Eter pod gilotyną

Eter pod gilotyną

Planowa eksterminacja ideologiczna, jakiej nie pamiętają nawet najstarsi pracownicy Polskiego Radia, stała się faktem

Już wiadomo, że w ramach ideologicznych czystek, zwanych dla niepoznaki „zwolnieniami grupowymi”, przeprowadzanych w Polskim Radiu przez wiernych rycerzy braci Kaczyńskich – prezesa Krzysztofa Czabańskiego, a przede wszystkim jego zastępcę Jerzego Targalskiego – wylecą z pracy 264 osoby, w tym
76 dziennikarzy. Miało być jeszcze „lepiej” – pierwotnie pracę miało stracić 445 pracowników, ale związki zawodowe uratowały najpierw 150, a potem jeszcze 31. Gilotyna poszła w ruch; lecą więc głowy eterowych fachowców, a na ich miejsce przychodzą nowi: mierni, bierni, ale wierni. Jak to ujął jeden z moich rozmówców: – To radiowi analfabeci, których nie da się niczego nauczyć. A ci, którzy muszą odejść, trafiają na zieloną trawkę. Dla wielu to osobisty i zawodowy dramat.
Jeden ze zwolnionych, Tadeusz Sznuk, radiowa legenda, znakomity dziennikarz, którego głos znany jest od morza do Tatr, mówi wprost: – Wokół zwolnień nie ma dyskusji merytorycznej, ponieważ zwalnia się pracowników pod pozorem likwidacji stanowisk. Nie chodzi więc o to, czym jest radio i jaki powinien być program. Nie dyskutujemy o tym, co publiczne radio powinno robić dla słuchaczy. Ważne wydaje się tylko, kto nasz, a kto nie nasz.
Inni wyrzuceni pracownicy także nie kryją rozgoryczenia i nazywają rzecz po imieniu: planowa eksterminacja, jakiej nie pamiętają nawet najstarsi pracownicy publicznej rozgłośni, stała się faktem.
– Kaczyńscy biorą media bez białych rękawiczek – mówi pragnący zachować anonimowość inny znany dziennikarz Polskiego Radia. – To, co robi ekipa Czabańskiego, jest absolutnie bezprecedensowe. Tu nie ma ceregieli. Oni chcą mieć tylko tych, którzy z nimi sympatyzują, wszystko jedno, czy mają kwalifikacje, czy nie. Chodzi o to, żeby z entuzjazmem wykonywać polecenia nowej siły przewodniej.
To wszystko już wiemy: antysemicki Michalkiewicz cacy, popularny Czejarek (który znalazł już gościnę w komercyjnym Radiu VOX) be, prokaczyński Sakiewicz świetny, obiektywny Sznuk do odstrzału. I te relacjonowane w mediach opowieści członków zarządu kierowane do pracowników: że ten to był w partii, tamten ma za bardzo lewicowe odchylenie, a ojciec tamtego to już taki komuch, że szkoda słów. I wypowiedź Targalskiego dla „Rzeczpospolitej”, że polskie media to „ubekistan”. I te korytarzowe klimaty: uważaj, nic nie mów, ściany mają uszy, ten donosi, tamten zmiękł, nie kłaniaj się Czejarkowi, bo Wolski go nie lubi.
Zresztą – korytarze… Smętnie dziś to wygląda, panuje atmosfera podejrzliwości, dominuje milczenie, wręcz paranoja. – Niech pan nie ma złudzeń – mówi mi jeden z pracowników Polskiego Radia. – Nikt tu panu nic nie powie, bo wszyscy zwolnieni boją się, że zanim odejdą, zostaną oskarżeni o działanie na szkodę spółki i kolejny kocioł gotowy. Nigdy wcześniej nie było takiej sytuacji, że ludzie nie rozmawiają ze sobą na korytarzu. Wraz z przyjściem nowej ekipy tak się stało. Zapanowała wszechobecna podejrzliwość, taki klimat z wczesnych lat 50.
– dodaje mój rozmówca. I zaraz, zanosząc się gorzkim śmiechem, opowiada, jak to Tadeusz Sznuk miał usłyszeć od jednego z obecnych radiowych decydentów: „Pan był głosem reżimu, był pan jak kapo w obozie koncentracyjnym krzyczący przez głośnik na więźniów”.
– Oczywiście, byliśmy „głosami PRL-u”, ponieważ chwilowo nie było innej Polski i innego radia – mówi Sznuk, który nie chce komentować korytarzowych opowiastek. – Ale byli słuchacze. I obdarzyli nas zaufaniem. Tymczasem dziś obaj panowie (Czabański i Targalski – przyp. autora) nie zdają sobie sprawy z tego, że to nie oni są radiem. Radiem są właśnie słuchacze. Nie można sobie wyobrazić radia bez słuchaczy.
Sznuk mówi, że wprawdzie nigdy nie widział się z Targalskim, uchodzącym w radiu za głównego machera od zwolnień, ale zna jego poglądy z prasy. – Ale i on, i jego przełożony, Krzysztof Czabański, mówią w zasadzie to samo w odniesieniu do osób, które w radiu pracują wiele lat, a mianowicie, że te osoby świetnie się czuły w stanie wojennym – stwierdza znany radiowiec.
– Akurat nie było mnie w wojennym studiu. Ale to im nie przeszkadza. Posługują się kłamstwem, żeby zniszczyć zaufanie do zwalnianych pracowników, a przecież zaufanie odbiorców to jest w gruncie rzeczy jedyny dorobek z lat pracy. Nie jest też prawdą, jak twierdzą, że byłem przeciwny lustracji, odwrotnie – kilka lat temu opowiedziałem się publicznie za lustracją dziennikarzy mediów. Listę sygnatariuszy można jeszcze znaleźć w internecie. Owszem, nie oddałem zarządowi zaświadczenia z IPN, ponieważ żądano go od wszystkich pracowników bezprawnie. Natomiast teraz, kiedy zgodnie z prawem mam złożyć oświadczenie lustracyjne, to je złożę – dodaje.
Inny mój rozmówca zauważa jednak, że kiedy zarząd wezwał pracowników do przyniesienia „glejtów czystości” z IPN, większość poddała się tej bezprawnej procedurze, licząc, że to ich uratuje. – Srodze się zawiedli, choć 80% radiowców poleciało do zarządu z zaświadczeniami – słyszę od wysokiego rangą pracownika Polskiego Radia. – Mimo że w IPN byli czyści, nie było ich też na liście Wildsteina ani w raporcie WSI, wylecieli. Nie było jednolitego kryterium wyrzucania. Wylatywali z pracy ci, których upatrzył sobie zarząd – nie wiadomo, dlaczego akurat tych. Na przykład 19 z 20 realizatorów dostało wymówienia. Dlaczego? – zastanawia się mój rozmówca.
Na radiowym korytarzu dopadam śmiałka, który, jak się zdaje, pogodził się z losem: – Powstawały listy, na które wpisywało się ludzi do odstrzału. Trafiały tam osoby podejrzewane o brak sympatii do partii Kaczyńskich. Po prostu. Kwalifikacje nie miały znaczenia. Kłania się 1968 r. Niektórzy zaczęli odchodzić sami, głównie młodzi, którzy nie odnajdowali się w tym coraz bardziej chorym klimacie.
Wyrzucani z pracy radiowcy na ogół słyszeli jedną śpiewkę: jest pan nieprzydatny. Kropka. To nic, że w firmie istniał formalny system polegający na tym, że przełożeni oceniali swoich pracowników. Nikt nie brał tego pod uwagę, lecieli ci, którzy mieli polecieć: młodzi, starzy, fachowcy z doświadczeniem – ludzie, którzy nie byli „z nimi”.
– Jest przykład młodego pracownika, wykształconego fachowca, który niefortunnie odszczeknął się prezesowi, że on lustracyjne kryteria ma gdzieś, bo z racji wieku nie musi składać oświadczenia. I prędko wyleciał – słyszę od jednego ze swoich rozmówców, który podkreśla, jak zresztą wszyscy, z którymi rozmawiałem, że czarnym charakterem radiowej czystki jest Jerzy Targalski, wiceprezes Polskiego Radia.
Targalski… Komuch jak się patrzy. To znaczy kiedyś, gdy służył Polsce Ludowej jako członek PZPR, w latach w 1974-1979. Wstąpił do partii jeszcze na studiach – tak podają oficjalne biogramy. Jako jej członek był studentem studium doktoranckiego w Instytucie Historycznym UW, ba, w 1976 r., a więc jeszcze zanim rzucił legitymację, współpracował z Komitetem Obrony Robotników. Działał więc na dwa fronty, i to na kilku polach: na przykład od 1977 r., a więc na dwa lata przed wystąpieniem z PZPR, współpracował już z pismem „Głos” i Wydawnictwem Krąg. Nie mógł się zdecydować, czy jak?
Do 1981 r. pobierał wynagrodzenie od reżimu jako oficjalny pracownik naukowy Instytutu Historycznego. W 1982 r. zszedł do podziemia, gdzie wytrzymał rok, bo później na 14 lat wyemigrował do Francji, gdzie spokojnie przeczekał bezkrwawą rewolucję i Okrągły Stół, współpracując z „Kontaktem” Wildsteina i Chojeckiego oraz z „Kulturą”. „Wyjechałem, gdyż chciałem trochę pożyć jak tzw. normalny człowiek”, twierdził w 1988 r.
I pożył, choć słabo się „lepił” do środowisk, z którymi współpracował. Jak kiedyś mówił w jednym z wywiadów, węsząc spisek: „Do „Kultury” pisałem kronikę ukraińską, białoruską i litewską. Giedroyć zamawiał za każdym razem konkretne teksty, jednak pewnego razu nie zadzwonił i nic więcej nie zamówił. Tu prawdopodobnie Hertzowa zadziałała. Ona mnie nie lubiła”. Nie tylko ona. Do dziś go nie lubią. On sam zdaje sobie zresztą z tego sprawę, dość wspomnieć takie jego słowa: „Nie jest moim celem, by mnie wszyscy lubili. Wiem doskonale, że jestem zły, że wiele osób uważa, iż psuję im układy, stosunki, jak to trafnie ktoś ujął – nie pozwalam spokojnie pracować albo wręcz stanowię zagrożenie dla „kaski””.
Jak na byłego komucha przystało, Targalski stał się w wolnej Polsce, gdy już do niej wrócił z Francji w 1997 r., radykalnym antykomunistą i zwolennikiem lustracji, a także apologetą IV RP i jej rodziców, Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Ten klasyczny neofita rozpoczął swoje rządy w Polskim Radiu od wyrzucenia z eteru audycji w esperanto, czym ściągnął na siebie gromy międzynarodowego środowiska esperantystów, a kiedy się z tego tłumaczył, nie omieszkał „zwrócić uwagi” na żydowskie korzenie Ludwika Zamenhofa; pozbył się też Radiowego Centrum Kultury Ludowej, jedynej tego typu placówki w Polsce.
I pozbywa się dalej – teraz już ludzi. Jego obecni radiowi podwładni mówią o nim „ekonom na folwarku”. – Nawet Krzysztof Czabański próbuje stwarzać wrażenie, że to wszystko dzieje się poza nim – słyszę od jednego z pracowników PR. – Targalski traktuje ludzi w sposób bardzo brutalny. Znanej dziennikarce, która prowadzi bardzo popularny program muzyczny, miał powiedzieć: „Nie cierpię starych bab”. Wszyscy, którzy mieli z nim styczność, a zwłaszcza kobiety, byli traktowani przez niego w sposób niezwykle chamski. Kiedy on się nauczył tych metod? Wszyscy, którzy nie mieli z nim styczności, bardzo się z tego cieszą – mówi mój rozmówca.
Co dalej? Jedni chodzą, drudzy przychodzą. Część z tych pierwszych, którzy wylecieli latem ub.r., do tej pory szuka pracy. Młodzi reporterzy pewnie zahaczą się w jakiejś komercyjnej rozgłośni. A inni? – Jak będą mieli w papierach, że wylecieli z Polskiego Radia, to żaden Springer ani „Rzeczpospolita” ich nie przyjmą, bo tam trafiają tylko żołnierze Kaczyńskich. Wielu wyrzucono tuż przed emeryturą, a ktoś taki w dziennikarstwie pracy nie znajdzie, co najwyżej będzie pilnował samochodów na parkingu. No bo co poza dziennikarstwem może robić radiowy realizator dźwięku, który przepracował wiele lat w radiu? Dla pracodawcy „cywila” on jest nikim – słyszę.
Tak wykuwa się stal IV RP.

 

Wydanie: 15/2007

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy