Fachowcy koronnych nie potrzebują?

Fachowcy koronnych nie potrzebują?

Świadek koronny stał się panem życia i śmierci: za nic nie odpowiada.

Barbara Piwnik – sędzia

Czemu brała pani najtrudniejsze sprawy?

– Wcale ich nie brałam, nie.

Tak mówią sędziowie.

– To czemu oni ich nie brali? Taka opinia wyszła ze środowiska. Teraz jest tak, że sędziemu przydzielana jest sprawa według alfabetycznej listy sędziów. Mogą zdarzyć się odstępstwa i każdy może sprawdzić, dlaczego do nich doszło. Kiedyś o wszystkim decydował przewodniczący wydziału – badał, jak bardzo dany sędzia jest obciążony, ile prowadzi spraw. Może wyróżniałam się tym, że nigdy nie podejmowałam dyskusji, kiedy przewodniczący mówił, że przydziela mi taką, a nie inną sprawę? (…) Ale wiem, że było różnie. Wiem, że sędziowie wyrażali niechęć sądzenia takiej czy innej sprawy. Więc historia wygląda tak: brałam akta pod pachę i szłam pracować. (…) Ale potem łatwo mówić: „Wypłynęła, bo trudne sprawy sądziła”.

Na sprawy trudne chętnych nie było?

– Dobrze to pani ujęła. Byli sędziowie, którzy potrafili powiedzieć przewodniczącemu wydziału: „A sam sobie to sądź!”. Potem, kiedy zostałam ministrem i trzeba mi było „dokopać”, to się mówiło: „Sprawy sobie wybierała”. Wybierać to sobie można zgniłe gruszki w koszyku. Niby przewodniczącemu pistolet do głowy przystawiałam? Do roboty chętnych jest niewielu, ale do zaszczytów kolejka jest długa, prawda? Nikomu spraw nie zabrałam, o żadne nie zabiegałam. Tak się w życiu zdarzyło, takie miałam szczęście, że widziałam i sądziłam wiele ciekawych spraw. Mam większe doświadczenie i wiedzę niż inni, ale ci inni mają więcej do powiedzenia niż ja. (…)

Kiedy zauważyliście, że przestępczość się zmienia?

– To znaczy, kto zauważył?

Sędziowie, prokuratorzy, policjanci…

– Nie wiem, czy i co zauważyli inni, mogę mówić o sobie, o sędziach, którzy orzekają tak długo jak ja. (…) Zmieniającą się przestępczość widać było z perspektywy Sądu Okręgowego Wydziału I instancyjnego w latach 1989-1991. Zmiany u nas, rozpadał się Związek Radziecki, kończył się Afganistan. W Polsce pojawiło się wielu ludzi po Afganistanie, żołnierzy, którzy włączyli się w działania przestępcze (…).

To było widać?

– Ależ oczywiście! Nie będziemy używać nazwisk, bohaterowie i tak wiedzą, o kogo chodzi. Była sprawa, w której przewodniczyłam – głośne zabójstwo na ul. Sasanki. Samochodem jechało pięciu obywateli byłego Związku Radzieckiego: był Ukrainiec, Rosjanin, Białorusin. W biały dzień wszystko się działo. Zdarzenie zakończyło się tym, że trzech z samochodu uciekło, dwóch – kierowca i pasażer, który siedział z przodu – zostało zastrzelonych. W biały dzień na oczach przypadkowych ludzi.

Kto ich zastrzelił?

– Pasażer, który siedział z tyłu samochodu. (…) Jeden z zastrzelonych, ten, który siedział obok kierowcy, to były bokser (…). Odnosił duże sukcesy. Ogromny mężczyzna. Pocisk 9 mm nie przebił mu czaszki. Z tyłu siedziało trzech: Siergiej P., Siergiej M. i Wiktor F., który został następnie zastrzelony w Szczecinie, a media pisały, że był przedstawicielem mafii białoruskiej na Polskę. Po śmierci „Mrówy”, syna „Dziada”, do dziś zresztą niewyjaśnionej, Piotr Pytlakowski z „Polityki” napisał artykuł o tym, jak to mafia rosyjska zawezwana przez Siergieja M. spotkała się pod Warszawą i się naradzała. Siergiej M. był tym, który siedział na tylnym siedzeniu, był wieziony na egzekucję. Z kierowcą samochodu znali się od dziecka, razem się wychowywali. (…) Ojciec tego zabitego kierowcy, jak przyjechał po ciało syna, płakał. Płakał nad synem. Płakał też nad zatrzymanym Siergiejem. Wiedział, że gdyby on nie zastrzelił jego syna, to jego syn zastrzeliłby Siergieja. Tak było. (…)
Wielu ekspertów uważa, że świadkowie koronni pomogli, że dzięki nim rozbito Pruszków czy Wołomin.
– Ja tak nie uważam. Połowa lat 90., proces: w większości wielokrotnych recydywistów. Poważne zarzuty, w tym dotyczący zabójstwa kobiety prowadzącej kolekturę totolotka na ul. Grójeckiej oraz napadów na terenie całej Polski. Grupa dobrze zorganizowana: podział ról, zysków. Kiedy zostali zatrzymani, jeden z nich zaczął składać wyjaśnienia. Opowiadał wszystko o poszczególnych zdarzeniach. Był niewątpliwie zagrożony, wszyscy byli aresztowani. Ryzykował zdrowie, a może i życie. Ale taki to świat, przestępca ma świadomość: Pójdę na współpracę z organami ścigania i dostanę karę np. 15 lat więzienia, a nie 25. Prosta kalkulacja, a nie „układanie się”, jak ma to miejsce w przypadku świadków koronnych. Wracając do sprawy: oskarżeni wiele robili, żeby nie dopuścić do procesu. Ten, który obciążał siebie i pozostałych, był straszony, dostawał grypsy. Taki gryps, podarty na strzępy, trafił do akt sprawy. Nieważne, w jaki sposób. Charakter pisma zdradzał, kto był jego autorem. Zawierał groźby. Doszło do tego, że kiedy współoskarżeni próbowali podważać wersję tego, który składał wyjaśnienia, zarzucając nielogiczność w tym, jak i przez kogo miała być wiązana ofiara, oskarżony zapytał: „Wysoki sądzie, mam powiedzieć, jak było?”, a słysząc potwierdzenie, odparł: „Ten (wskazał na jednego z oskarżonych) wiązał, a ten (wskazał na drugiego oskarżonego) sznurek mu podawał. To co, nie wiązali razem?”. Wtedy osoba decydująca się na współpracę z organami ścigania wiedziała, że może mieć nadzieję na łagodniejszą karę, mówiąc bezwzględną prawdę. To była korzyść, o którą przestępca decydował się walczyć, nawet występując wbrew środowisku. Wiedział, że tylko od sądu zależy, czy będzie oceniony jako wiarygodny, jaki otrzyma wyrok, a więc kiedy wyjdzie na wolność. Wtedy pierwszy raz otrzymałam ochronę.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy