Fałszywi spadkobiercy

Fałszywi spadkobiercy

Jak zostać w Warszawie bogatym kamienicznikiem? Najlepiej podrobić testament byłego właściciela

Wszyscy lokatorzy na Tykocińskiej 40 pamiętają, że Irena Krzeszewska była w karakułach. Może dlatego, że oni bez płaszczy, w kapciach, marzli na strychu, gdzie ich zgoniła, aby od drzwi wykrzyczeć, że jest właścicielką tej kamienicy, dotychczas komunalnej, a przed wojną należącej do Florentyny i Rocha Krzeszewskich.
To było zaraz po Bożym Narodzeniu 2002 r.
– Ja zapytałam – wspomina Hanna Mochecka – czy to spotkanie zapoznawcze powinno być na stojąco, w kurzu poddasza.
– To wyście powinni mnie zaprosić do któregoś z mieszkań, bo tu wszystko jest moje – odparowała. – Ta kamienica i cztery następne, wedle numerów: 30, 36, 38, 42. I jeszcze na Hożej, Wspólnej. Wszystko dostaliśmy z moim mężem Mirosławem w spadku po cioci Florentynie Krzeszewskiej.
– Zrobiło się nieprzyjemnie, bo gdy zaczęła mówić: ciocia to, ciocia tamto – dodaje mieszkająca piętro wyżej Barbara Grzeszykowska – chcieliśmy wiedzieć, gdzie byli, gdy chora pani Flora potrzebowała opieki. Odpowiedziała krzykiem i wtedy przyszło nam do głowy, że może ona tylko udawała, że ma papiery właściciela…
– Trzeba sprawdzić – zdecydowali. Najlepsza będzie do tego Hanna Mochecka. Społecznica z charakteru, przez kilka kadencji radna (obecnie już nie) niejedną trudną sprawę na warszawskim Targówku przepchnęła.
Kilka dni później skrzyknęli się z całej uliczki, bo Hanka (zasiedziali mieszkańcy znają się od dziecka, mówią sobie po imieniu) miała dla nich ważne wiadomości.
– Jest gorzej, niż myślałam – zaczęła. – Ci Krzeszewscy dostali kamienice w testamencie pani Flory, spisanym przez nią w 1982 r., kilka miesięcy przed śmiercią. Na wszystko są orzeczenia sądowe.
– Ciekawe – zauważył ktoś z obecnych – czy o tej spadkowej sprawie wiedziała Jola.
Jola, dziś koło siedemdziesiątki, mieszkała ze swoją ciotką Florentyną Krzeszewską przez 16 lat, aż do wyjazdu na studia. A i potem, razem z siostrami Elżbietą i Martą, były na każde zawołanie owdowiałej krewnej. I do końca jej życia w 1983 r. tylko one z rodziny pojawiały się na Tykocińskiej.
Mieszkańcy Tykocińskiej nie znali jej obecnego adresu.
– A czy wiadomo, jak brzmiał ten testament? – zapytała lokatorka, która od 1945 r. była sąsiadką Florentyny i zapamiętała słowa starszej pani, że gdyby kiedyś państwo zwracało majątek zabrany dekretem z 1945 r., to ona wszystko ofiaruje Kościołowi.
– Wiadomo – zapewniła Mochecka. Zdobyła kopię odręcznie napisanej ostatniej woli Florentyny Krzeszewskiej z 1982 r.:
– „Będąc świadomą, zapisuję cały swój majątek na rzecz mojego kuzyna Mirosława Czesława K., syna Franciszka, zam. w Bedlnie (…)”.
Uwiarygodniony przez sąd testament utorował bedlniakom drogę do Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast. Złożyli tam żądanie unieważnienia orzeczenia Prezydium Rady Narodowej, jakie Florentyna Krzeszewska otrzymała w roku 1965. Wtedy odebrano jej prawo własności tak do gruntu, jak i nieruchomości.
16 maja 2001 r. prezes urzędu stwierdził, że wywłaszczenie w czasach PRL nastąpiło z pogwałceniem prawa. W ślad za tą decyzją burmistrz gminy Warszawa Targówek cofnął skutki dekretu z 1945 r. i przyznał dzieciom Franciszka K. – Mirosławowi, Jerzemu i Krystynie – prawa użytkowania wieczystego gruntu pod kamienicą przy Tykocińskiej 40. Administracja Domów Komunalnych Targówek przeniosła na spadkobierców prawa własności budynku.
Na marginesie swej decyzji burmistrz nieśmiało zaznaczył, że w latach 1982-1983 kamienica przeszła remont kapitalny, m.in. została nadbudowana jedna kondygnacja. Część mieszkań sprzedano dotychczasowym użytkownikom.

Radna zawiadamia prokuraturę

– No to już z nami koniec. Ja na tak wysoki czynsz, jak ta w karakułach zapowiada, na pewno obrazami nie zarobię – zmartwił się artysta malarz z sąsiedniej kamienicy, która też przeszła w ręce spadkobierców z Bedlna.
Mocheckiej nie dawała spokoju jedna myśl. Zastanawiała się na głos: – Jak to się mogło stać, że pani Flora właśnie Mirosławowi zapisała cały swój majątek? Czy to jakaś rodzinna tajemnica? Kto na Tykocińskiej słyszał o wizytach krewnych z Bedlna? Nie ma innego – trzeba Jolę. Tylko ona może coś wiedzieć.
Dr Jolanta Kisielewska jest anestezjologiem w jednym z warszawskich szpitali. I tam wpadają sobie z Mochecką w ramiona. Bratanica pani Florentyny ze zdumieniem wysłuchuje opowieści swej dawnej koleżanki z podwórka. Nigdy nie słyszała o krewnym z Bedlna. – Przecież ja mam w domu testament cioci – mówi.
Jeszcze tego samego dnia radna dostaje do rąk pożółkły już papier z inwokacją w górnym rogu: „Jezu ufam Tobie”.
Czyta: „Spadkobierczynią moją ustanawiam bratanicę Jolantę Elżbietę Kisielewską, córkę Gustawa i Marii, aby wykonała mą ostatnią wolę i uszanowała moje intencje, obdarzając niżej wyszczególnione zgromadzenia religijne oraz charytatywne (….)”.
Na podane adresy zostały rozdysponowane hipoteczne kamienice przy ulicach: Wspólnej 75, Hożej 1a, Tykocińskiej.
– Nie wykonałam tego testamentu – tłumaczy Jolanta Kisielewska, bo odzyskanie majątku byłoby dla mnie bardzo kosztowne. Porozumiałam się w tej sprawie z prawnikami władz kościelnych, którzy poradzili poczekać na ustawę reprywatyzacyjną.
Mochecka zawiadamia Prokuraturę Rejonową Praga Północ. Prosi o wdrożenie postępowania w sprawie o domniemanie sfałszowania testamentu. Musi się dobrze nachodzić, nim przekona organy ścigania, że są powody do alarmu. Na szczęście zmienia się prokurator i od tej pory jest już z górki.
Przede wszystkim zostały zamówione ekspertyzy rzekomego testamentu Flory z roku 1982. Specjaliści z kilku niezależnych ośrodków badawczych byli zgodni, że wiek liter na papierze może być określony jedynie wówczas, gdy minie mniej niż 18 miesięcy od ich zapisania. Zatem jednakowo brzmiące słowa z roku 1982 i z 1979 będą nie do rozróżnienia. Trzeba było szukać innych tropów.
Ostatecznie biegli doszli do wniosku, że podpis Krzeszewskiej na testamencie z 1982 r., choć wygląda na autentyczny, został sfałszowany na podstawie jej prawdziwego z roku 1922, kiedy jako młoda wówczas kobieta parafowała akt notarialny.
Testament prawdopodobnie został sporządzony poprzez zeskanowanie poszczególnych liter, które wyszły spod ręki Florentyny, ułożenie z nich w programie komputerowym tekstu, następnie przekopiowanie wydruku na kartkę przez szybę. Litery niewystępujące w podpisie, a potrzebne w tekście testamentu usiłowano dopasować do pierwowzoru.
I to była pierwsza wpadka fałszerza.
Następnie potknął się na drobnym błędzie. Zapomniał, że pismo żadnego człowieka nie jest w ciągu jego życia stabilne. Tymczasem rzekomy testament z 1982 r. nie był odwzorowywany na próbce pism ofiarodawczyni z końca lat 70., gdy miała już trzęsącą się rękę, co widać na kartkach pocztowych, adresowanych do bratanicy Joli.
Zatem sfałszowany – ale przez kogo? W prokuraturze kazano Mirosławowi K. napisać pod dyktando kwestionowany testament. Mozolił się bardzo, stawiał kulfony, sadził grube błędy ortograficzne. Stało się jasne, że to nie on podrobił testament. Wobec niewykrycia sprawców przestępstwa postępowanie w sprawie podrobienia testamentu zostało umorzone.
Miesiąc później do sądu wpłynął jednak akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi K. O to, że w 1996 r. posłużył się sfałszowanym testamentem, twierdząc, że jest jedynym spadkobiercą po zmarłej Florentynie.
Do rozprawy było jeszcze daleko, ale oszustom zaczął się usuwać grunt spod nóg. Pod znakiem zapytania stanęło przyznane już odszkodowanie za place i kamienice w śródmieściu Warszawy przy ulicach Wspólnej i Hożej. Samozwańczych spadkobierców zgubiła chciwość. Gdyby zadowolili się kwotą, którą akceptował Urząd Mieszkalnictwa, mieliby miliony złotych w kieszeni. Ale oni chcieli jeszcze więcej, odwołali się, wchodząc w sądowy spór ze skarbem państwa. Nim doszło do wyroku, wypłynęła sprawa sfałszowania testamentu. Wówczas prezes Urzędu Mieszkalnictwa zawiesił postępowanie administracyjne i anulował swoje poprzednie decyzje; postanowiono rozpatrzyć wszystko od nowa.
Zachłanne ręce krewniaków z Bedlna zawłaszczyły natomiast rodzinny grobowiec Rocha i Florentyny Krzeszewskich. Zabytkowy obiekt, wyremontowany z kwesty na cmentarzu na warszawskim Bródnie, krył trumny jeszcze z ubiegłego wieku. „Spadkobiercy” usunęli ludzkie prochy. Administracja cmentarza wpisała Mirosława jako właściciela.

Testament Rocha

Mirosław K. robi wszystko, aby odwlec wyrok. Dwie pierwsze rozprawy na początku 2004 r. odroczono ze względu na nieobecność oskarżonego. Kolejna spadła z wokandy, gdyż pozwany zmienił adwokata.
Ale konkretna w robocie Mochecka nie marnuje czasu – przynosi od Jolanty Kisielewskiej kopię testamentu męża pani Flory. Treść tego dokumentu spisanego w 1950 r. w obecności notariusza wskazuje, że bedlniacy go nie znali. Notariusz zapisał bowiem: „Ob. Roch Krzeszewski, aczkolwiek chory na ciele, jest zdrowy na umyśle i podyktował swój testament w osnowie następujący:
I. (…) żonie mojej Florentynie zapisuję (…) nieruchomości w Warszawie: położoną przy ul. Wspólnej nr 75, położoną przy ul. Tykocińskiej nr 36, niepodzielną połowę nieruchomości przy ul. Tykocińskiej nr 38, oraz cały majątek ruchomy i wszelkie należności, jakie przypadać będą na mnie od osób trzecich.
II. Na własność wnuczce mojej Wiktorii Annie Florentynie Matyaszko zapisuję nieruchomość przy ul. Tykocińskiej nr 40.
III. Niepodzielną drugą połowę nieruchomości przy ulicy Tykocińskiej nr 38 zapisuję na własność w równych częściach siostrzenicom moim Stanisławie z Jędrzejczaków Kilanczyk, Ewie z Jędrzejczaków Ossowskiej – córkom Leokadii z Krzeszewskich Jędrzejczak i Helenie Kwiatkowskiej córce Łucji z Krzeszewskich.
Na wyżej wymienione wkładam obowiązek konserwacji grobu rodzinnego znajdującego się na cmentarzu Bródzieńskim na Pradze”.
– Zatem – tłumaczy radna – oszuści dostali od administracji kamienice, które pan Roch podarował w testamencie komu innemu.
Mochecka poszukiwała Wiktorii Matyaszko. Trafiła tylko na jeden ślad – zapis chrztu w kościele.
Tymczasem K. sprzedał kolejne domy przy ul. Tykocińskiej swoim córkom i ich mężom.
Wreszcie dochodzi do procesu – jest połowa 2004 r. W ławach dla publiczności siadają prawie wszyscy mieszkańcy ulicy Tykocińskiej. Mirosław K. nie ucieknie od ich nieżyczliwych spojrzeń, kpiących uśmiechów i zdumionych min. Ta widownia będzie weryfikowała każde słowo jego i świadków.
Lokatorzy domyślają się, dlaczego zarówno adwokat, jak i żona oskarżonego pilnują, aby nie palnął czegoś, co mu zaszkodzi w procesie. Z daleka widać, że to człowiek wręcz prymitywny, sprawia wrażenie, jakby nie rozumiał, czego sąd od niego chce. Mecenas jest wyraźnie spięty, gdy jego klient podrywa się, aby spontanicznie odpowiedzieć sądowi; przytrzymuje go ręką i z przylepionym do twarzy uśmiechem szepcze do ucha coś, co wygląda jak reprymenda.
O ile oskarżony sprawia wrażenie porażonego niemotą, to jego żona wręcz przeciwnie, wyrzuca z siebie lawinę słów.
– Jak to było z testamentem od cioci? – pyta sąd.
– Ano – opowiada pani Irena – wybraliśmy się kiedyś do znajomych w Warszawie, to był rok 1982, tuż przed Bożym Narodzeniem. Mąż mówi, że przy okazji odwiedzi ciotkę Florę. Przygotowałam paczkę, wiadomo, jakie wtedy były czasy, wszystko na kartki. I pojechał na Tykocińską – sam, bo ja tej ciotki nie znałam, tylko jej męża, gdy za moich panieńskich czasów przyjeżdżał do Bedlna pooddychać wiejskim powietrzem. Czekam, czekam, już się zrobiło ciemno, a mojego Mirka nie widać. Wreszcie dzwonek do drzwi. Wrócił. I gdy na chwilę zostaliśmy sami, szepnął mi: chodź na spacer, coś ci pokażę. Na dworze wyjął z kieszeni kopertę, przeczytaj, prosi…
(Pomruki z ław: „Przecież było ciemno, środek zimy, chyba pod latarnią czytali”).
– …Ja się patrzę – ciągnie niezrażona Irena Krzeszewska – a to testament.
– Czy ten? – upewnia się sędzia, pokazując „Ostatnią wolę” Florentyny z 1982 r.
– Tak. Mąż chciał od razu podrzeć i wyrzucić do kosza, ale mówię: „Schowaj na pamiątkę”. Aż gdzieś w roku 1995, może trochę później, obejrzeliśmy program telewizyjny, w którym jakiś pan powiedział, że w Warszawie powstało stowarzyszenie kamieniczników i żeby się tam zgłaszały osoby zainteresowane zwrotem własności zagrabionej przez komunistów. Pojechaliśmy na spotkanie. Tłok był wielki, przyszło około 500 osób. Sami poszkodowani. Tak jak my, mieli przedwojenne kamienice, ale na papierze. Mecenasi, którzy też tam byli, uczyli nas, jak postępować, żeby odzyskać swoją własność.
– A kim byli rodzice spadkodawczyni?
– Tego to ja nie wiem.
– Czy pani pisała listy do Florentyny Krzeszewskiej, może zachowała się jakaś korespondencja? – dopytuje się sędzia.
– Raz na jakiś czas to się posłało kartkę. Ale za to często dzwoniłam do cioci.
(W ławach ironiczne uśmieszki, dogadywania. Niby szeptem, ale niesie po sali: „Chyba na pocztę, bo pani Flora nie miała telefonu”).
Ostatnie pytanie tego dnia: – Kto to jest pani Jolanta?
– Dokładnie to nie powiem.
Na kolejnej rozprawie Mirosław K. opowiada, jak wyglądało przekazanie mu testamentu.
– Zwyczajnie, włożyła mi do kieszeni kopertę, powiedziała, że taka była wola wujka Rocha. I jeszcze dodała – może ci się to kiedyś przyda.
– A czy pani Florentyna była osobą wierzącą?
– Trudno powiedzieć. Chyba tak, jak to na starość, proszę Wysokiego Sądu.
– A jak wyglądało jej mieszkanie?
– Same stare graty.
– Proszę opisać dokładniej. Np. czy była łazienka, jak urządzona.
– Nic specjalnego. Kafelki, terakota.
(Z ław dla publiczności dochodzą do stołu sędziowskiego pomruki oburzenia. I szepty: „On tam nigdy nie był!”).
Sąd chce wiedzieć dokładnie, w jaki sposób Florentyna Krzeszewska zawiadomiła oskarżonego, że przekaże mu testament. Mirosław K. jest na to pytanie przygotowany, ma kilku świadków.
Zdzisław B. podaje do protokołu, że w roku 1982 r. pracował w firmie zabawkarskiej, rozwoził towar do chałupniczek. Gdy był w Warszawie u jednej z kobiet, przyszła babuleńka, pamięta, że miała na imię Flora. Poprosiła, aby szybko zawiadomił w Bedlnie jej krewnego Mirosława K., bo ona musi się z nim natychmiast widzieć.
Świadek nie pamiętał adresu, pod którym mieszkała ta chałupniczka.
Ale Sławomir S., kolejny sąsiad oskarżonego, znał dalszy ciąg prośby „babuleńki”. Zeznał pod przysięgą, że w 1982 r. właśnie siedział u Mirosława K. w kuchni, gdy wszedł pewien młody człowiek i powiedział gospodarzowi, że ma się zgłosić do Warszawy do jakiejś pani Flory w pilnych sprawach rodzinnych.
Żadna z tych opowieści nie wytrzymała konfrontacji z zeznaniami mieszkańców – byłych i obecnych – ulicy Tykocińskiej.
Najważniejszy świadek – Jolanta Kisielewska, która likwidując po śmierci ciotki jej mieszkanie, przeglądała szuflady, okazała sądowi znalezione różne dokumenty, zapiski, a także notes z telefonami. Choć roiło się w nim od nazwisk, nie było tam krewnych z Bedlna.
– Przechowuję dużo listów, które ciocia otrzymywała od znajomych, i nigdy nie przewinęło się w nich nazwisko oskarżonego – powiedziała pani doktor.
Świadek Henryk Żelażewski, który z Florentyną Krzeszewską przyjaźnił się przez lata i po sąsiedzku zaglądał do niej niemal codziennie, nigdy nie widział mężczyzny siedzącego w ławie oskarżonych. Nawet w pobliżu mieszkania starszej pani. Wie, że na pewno nie wyjeżdżała z mężem do Bedlna. Zarówno Żelażewski, jak i inne osoby stające za barierką dla świadka, jednomyślnie podawały, że w mieszkaniu pani Florentyny nie było wanny, glazury i tym podobnych „luksusów”. Żyła bardzo skromnie, do mycia miała miskę, gotowała na starej kuchence elektrycznej; pan Henryk czuł się w obowiązku łatać przepalające się sznury.
A co do religijności Florentyny Krzeszewskiej, to określenie oskarżonego, że „chodziła do kościoła, jak to człowiek w starszym wieku”, świadczy o zupełnej nieznajomości tej kobiety. Salezjanin, ks. prof. Marian Graczyk, zeznał: – Znałem panią Florę od 1971 r., gdy już nie mogła chodzić, nosiłem jej komunię. Była głęboko wierząca, oczekiwała ode mnie dysputy na tematy biblijne. Dużo czytała, stawiała pytania głębokiej treści. Do końca życia zachowała jasność umysłu. Parę razy mówiła mi, że chce przekazać swój majątek na KUL oraz Seminarium Archidiecezjalne w Warszawie. Niestosownością jest nazywanie jej babuleńką.

Tyranka

Lokatorzy walczyli w sądzie o prawdę, bo bali się samozwańczych, pazernych właścicieli kamienic, ale też targała nimi złość, że kobieta, która żyła wśród nich przez prawie 40 lat i nikt nigdy nie mógł powiedzieć na nią złego słowa, jest poniewierana po śmierci.
Z tego, co opowiadają, wyłania się obraz osoby nieprzeciętnej. Hanna Mochecka mówi, że jeśli jeszcze dzisiaj ktoś samotny, stary, niedołężny, a mieszkający przy Tykocińskiej może liczyć na to, że sąsiadki każdego dnia przyniosą mu zupę, poprawią poduszkę na łóżku, jest to zasługa pani Flory. Uczyła przykładem.
– Moi rodzice, którzy się z nią przyjaźnili, zawsze mi powtarzali, że mamy na Targówku anioła dobroci.
– To prawda – przytakują bratanice Florentyny Krzeszewskiej, Jolanta, Elżbieta i Marta – ale myliłby się ten, kto by sądził, że z naszej kochanej cioci spływała sama słodycz. To była silna kobieta, wcale nie lukrowana, z mocnym charakterem, jak czołg, gdy dążyła do celu. I wcale nie tak znów otwarta wobec obcych.
Życie bardzo mocno ją doświadczyło. W powstaniu zginęła jako sanitariuszka jej jedyna córka Danuta. Była studentką trzeciego roku filozofii. Po powstaniu Krzeszewska wyszła razem z siostrami zakonnymi do Pruszkowa. A potem wróciła z mężem do Warszawy, ale już nie do śródmieścia, tylko na peryferyjną Tykocińską. Akurat w jednej z upaństwowionych, niegdyś ich kamienic był wolny pokoik z wnęką kuchenną. I tak zostali lokatorami we własnym domu. Płacili czynsz, przestrzegali regulaminu wywieszonego na klatce. Gdy z pustymi rękami zjawili się na Targówku, jeden z sąsiadów dał im garnek, drugi miskę do mycia. Stara szafa została po poprzednich mieszkańcach.
– Nigdy nie żaliła się na swój los – twierdzą zgodnie mieszkańcy Tykocińskiej. – Mówiła, że ta bieda ją nie obchodzi. Tak jak nie obchodziło ją przed wojną jej bogactwo. „Trzeba sobie radzić”, powtarzała.
Już do końca życia musiała się liczyć z każdą złotówką, bo z powstania wyszła, tak jak stała, nieruchomości zabrano im dekretem, a mąż, już w podeszłym wieku, na żadną etatową pracę nie mógł liczyć. Niańczyła dzieci w rodzinie, zaprzyjaźnionej jeszcze sprzed wojny.
Gdybyż jeszcze te zarobione grosze przeznaczała na swoje potrzeby. Ale nie. Wyznawała zasadę, że musi wspomóc biedniejszych od niej, mniej zaradnych.

Grafolodzy są zgodni

Oskarżony Mirosław K. uchwycił się ostatniej deski ratunku – zażądał trzeciej ekspertyzy grafologicznej, tym razem na dowód, że sfałszowany testament otrzymał od spadkodawczyni.
Do analizy zostały wysłane różne kartki zapisane ręką Florentyny.
Prof. Tadeusz Tomaszewski, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, biegły sądowy, badał poszczególne litery za pomocą lampy emitującej promienie ultrafioletowe, a także mikroskopu stereoskopowego, stokrotnie powiększającego obraz. Szczegółowa opinia przesłana do sądu na kilkunastu stronach maszynopisu potwierdziła wcześniejsze ustalenia prokuratury.
Sąd uznał, że oskarżony co najmniej współdziałał w zleceniu podrobienia testamentu. Orzekł trzy lata bezwzględnego pozbawienia wolności. Przysłuchujący się wyrokowi – nieprawomocnemu – lokatorzy z ulicy Tykocińskiej odetchnęli z ulgą. Nabrali przekonania, że nad wszystkim czuwa z góry pani Florentyna. Szkoda tylko, że jak zwykle nie zadbała o pieniądze. Oskarżony przedstawił się w sądzie jako biedny rolnik z minimalną emeryturą, tymczasem oni zobaczyli w Bedlnie na posesji tego rzekomo wegetującego w nędzy chłopa luksusowy zajazd z hotelem. Swoje usługi Mirosław K. ogłasza w internecie.
Skazany złożył apelację. Wygrał ją o tyle, że zmieniono mu wyrok skazujący na w zawieszeniu. To nie koniec jego – a może raczej otaczających go adwokatów – triumfu. Bratanice Florentyny K., żeby spełnić jej ostatnią wolę, musiały wnieść sprawę cywilną o zmianę postępowania dotyczącego stwierdzenia nabycia spadku. Zapowiada się długa droga procesowa. Tymczasem ci, którzy podszyli się pod spadkobierców, już odebrali duże odszkodowania od gminy za mieszkania wcześniej sprzedane lokatorom.

 

Wydanie: 45/2007

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy