Fikcja pomocy dla Syrii

Fikcja pomocy dla Syrii

Kiedy mowa o przyjmowaniu uchodźców, polski rząd zasłania się „pomocą na miejscu”. Tyle że jest ona mikroskopijna

Bawiłam się na podwórku z czterema przyjaciółkami. Nagle usłyszałam głośny huk. Pamiętam krzyki ludzi i otaczający mnie gęsty, śmierdzący dym – 13-letnia Saja opowiada o tym, jak straciła nogę, tak jakby opowiadała o czymś zupełnie zwyczajnym. Nie przestaje się uśmiechać. – Potem poczułam straszny ból. I już nic więcej nie pamiętam.

Następnie widzimy, jak kuśtyka, goniąc piłkę. Ona sama uważa, że miała szczęście – jej cztery koleżanki w wyniku eksplozji zginęły na miejscu.

Saja to jedna z bohaterek kilkunastominutowego reportażu Marcina Wyrwała, który w 2017 r. wyruszył do Aleppo, by pokazać, w jakich warunkach żyją ci, którzy przetrwali bombardowania: ciągnące się kilometrami zgliszcza, zrujnowane szpitale i ludzie gnieżdżący się w gruzach budynków. Między kolejnymi zdaniami reportera co chwila słychać serie z karabinów – dźwięk na co dzień towarzyszący pozostałym w Aleppo Syryjczykom.

Według danych Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka do marca 2018 r. w wojnie domowej zginęło 511 tys. osób, w tej liczbie – według szacunków UNICEF – co najmniej jedna czwarta to dzieci. Z powodu wojny 1,5 mln Syryjczyków jest trwale niepełnosprawnych, a dla 86 tys. oznacza to, że nie mają co najmniej jednej kończyny. Historii podobnych do przytoczonej powyżej są tysiące. Według szacunków ONZ ryzyko zetknięcia się z minami i niewybuchami, którymi usiana jest cała Syria, dotyczy codziennie ponad 3 mln dzieci. To właśnie na skutek eksplozji miny Saja straciła nogę, a cztery jej koleżanki – życie.

Miny są jednak tylko jednym z problemów pozostających w kraju Syryjczyków. Największym jest trwająca od prawie ośmiu lat wojna. Tymczasem polski rząd niezmiennie powtarza argument o „pomocy na miejscu”. Tylko co to właściwie oznacza?

Polska wielkoduszność w teorii i praktyce

– Pomagamy uchodźcom na miejscu i w krajach, do których przybywają – chwaliła się Beata Kempa, minister w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiedzialna za pomoc humanitarną, na październikowej konferencji „Współpraca międzyreligijna w wybranych krajach świata i w Polsce”. Podkreślała, że Polska potroiła środki przeznaczone na rzecz uchodźców.

Tyle że ta szczodrość w wykonaniu minister ds. pomocy humanitarnej przybiera niekiedy kuriozalną formę. Rok temu Beata Kempa pojechała do dwóch obozów w Jordanii, by „rozeznać się” w zakresie potrzeb przebywających tam uchodźców. Jak ujawnił portal NaTemat, „aby zobaczyć, jak ludzie żyją w prawdziwej biedzie, zarezerwowała sobie rządowego embraera, podobno luksusowy hotel dla siebie i ekipy, a także zaprosiła prawicowych dziennikarzy”. „Fakt” szybko wyliczył, że godzina lotu embraerem kosztuje 11 tys. zł – jeśli pomnożyć to przez pięć godzin do Ammanu i tyle samo z powrotem, wychodzi ponad 100 tys. zł za sam przelot. „Obawiam się, że koszt delegacji minister Beaty Kempy przekroczył wartość zadeklarowanej pomocy”, napisał na Twitterze poseł Stanisław Żmijan. Pełna cena wyjazdu do dziś pozostaje tajemnicą. I chyba pilnie strzeżoną, biorąc pod uwagę liczbę mniej i bardziej oficjalnych pytań o koszty i wymijające odpowiedzi KPRM.

Słuchając premiera Morawieckiego i minister Kempy, można odnieść wrażenie, że Polska przoduje w pomocy ofiarom syryjskiej wojny. Zresztą oboje to sugerują: – Jesteśmy jednym z najbardziej aktywnych krajów Unii Europejskiej w Syrii i w Afryce Północnej. Przeznaczyliśmy kilkaset milionów złotych na pomoc humanitarną – mówił premier rok temu w TVP.

Rzeczywiście formalnie wydatki na pomoc humanitarną znacznie się zwiększyły: z 22 mln zł w roku 2015 do 122 mln zł w 2016 r. i 166 mln w roku 2017. Przedstawiciele rządu zapominają jednak zaznaczyć, że wzrost ten wynika z podwyższenia obowiązkowych składek na tzw. Instrument Turecki – fundusz Unii Europejskiej przeznaczony na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb uchodźców przebywających w obozach w Turcji. Jak zwraca uwagę OKO.Press, według planu budżetowego rządu na rok 2018 więcej niż na pomoc humanitarną dla uchodźców z Bliskiego Wschodu poszło chociażby na obsługę Kancelarii Prezydenta (ponad 200 mln zł) czy Instytut Pamięci Narodowej (363 mln).

Po odliczeniu od sum wypłacanych na rzecz uchodźców obowiązkowych składek wsparcie Polski wygląda jeszcze gorzej: w 2016 r. wynosiło 46 mln zł, w 2017 – 60 mln. Przy czym od tych kwot znowu należałoby odliczyć wpłaty na rzecz międzynarodowych funduszów powierniczych organizacji, których Polska jest członkiem – wyspecjalizowanych agend ONZ i Unii Europejskiej oraz UNICEF. Od roku 2016 wydatki na pomoc zagraniczną to ok. 0,14% PKB – daleko nam do osiągnięcia wyznaczonego przez ONZ standardu w wysokości 0,7% PKB.

– Z danych ONZ wynika, że plan pomocy humanitarnej dla Syrii w 2018 r. został pokryty zaledwie w 64%. Polska znajduje się w 1-2% tzw. pozostałych darczyńców. Nasze wsparcie jest na poziomie 0,1% całej pomocy – mówi Jacek Białas z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – A mówimy tu o najbardziej podstawowych potrzebach humanitarnych.

Na tle skali i potrzeb syryjskich uchodźców wpłacane przez Polskę kwoty wyglądają jeszcze bardziej żałośnie.

– Trudno powiedzieć, ile potrzeba, żeby zapewnić przetrwanie zimy jednej syryjskiej rodzinie – tłumaczy Rafał Grzelewski z Polskiej Akcji Humanitarnej. – W przypadku typowej syryjskiej rodziny 2+5 miesięczny koszt w obozie dla uchodźców to ok. 200 dol. – zakładając, że szkoła jest darmowa i nie trzeba opłacać transportu dzieci oraz że rodzina nie ponosi wydatków na opiekę medyczną. Ponadto w niektórych obozach płaci się za namiot prawie 100 dol. miesięcznie.

Na miejscu – czyli gdzie?

– Jeśli mówimy o pomocy „na miejscu”, to chodzi przede wszystkim o kraje ościenne: Jordanię, Turcję i Liban. Trzeba pamiętać, że pomoc bez pośrednictwa władz lokalnych i ONZ w samej Syrii jest niemożliwa – wyjaśnia z kolei Samer Masri, prezes Fundacji Wolna Syria. – Można wprawdzie prowadzić mikroprojekty ukierunkowane na pomoc kilku rodzinom czy konkretnej osobie, ale polskie organizacje pozarządowe są zbyt małe, żeby podjąć współpracę z ONZ lub pomagać na dużą skalę w samej Syrii.

Oznacza to, że jedynie pieniądze wpłacane agendom ONZ, UNICEF i Unii Europejskiej stanowią wsparcie dla Syryjczyków w kraju. W 2016 r. polski rząd wpłacił do wszystkich tych organizacji łącznie 18,5 mln zł. Reszta „milionów”, o których mówił premier, idzie na prowadzone przez polskie misje projekty poza Syrią, które – jakkolwiek potrzebne – nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb Syryjczyków pozostających w kraju ani zapewnić im bezpieczeństwa. Na przedsięwzięcia organizacji pozarządowych i placówki dyplomatyczne Polska wydała w 2016 r. 27,5 mln zł.

Niezależnie jednak od tego, na co konkretnie idzie znakomita większość przeznaczanych na uchodźców pieniędzy, sprawa dotyczy Syryjczyków przebywających w obozach dla uchodźców. Tymczasem w głoszonych przez premiera Morawieckiego opowieściach o polskiej pomocy dominują hasła o „inwestycjach” i „odbudowie”.

– Najbardziej realna i najbardziej konkretna pomoc dla uchodźców może być świadczona na miejscu, w tych krajach, z których oni chcą wyjeżdżać (…). I my, Polacy, polskie misje humanitarne, polski rząd pomagamy tym ludziom tu, na miejscu. To jest najbardziej efektywna pomoc – mówi premier Morawiecki na nagraniu opublikowanym przez swoją kancelarię, wyrażając nadzieję, że „polskie firmy zaangażują się w budowę domów, po to żeby uchodźcy zostali w Libanie i w Syrii”.

Samer Masri: – Nawet kwota rzędu 24 mln zł to w przełożeniu na jednego uchodźcę w obozie poza Syrią zaledwie 4 zł w skali roku. Trudno oczekiwać, żeby takie pieniądze powstrzymały kogokolwiek przed wyjazdem do Europy.

– Stworzyliśmy inicjatywy i instytucje, by pomagać w Syrii czy Libii. Chcemy być tam, gdzie te problemy powstały. (…) Nie zapominajmy, że Polska była najbardziej hojnym państwem, gdy powstała Inicjatywa Wzmocnienia Gospodarczego – deklarował tymczasem premier w wywiadzie dla CNN rok temu.

Rzecz jednak w tym, że program, na który powołuje się premier, przy wszystkich swoich zaletach nie odpowiada definicji tego, czym jest pomoc humanitarna. Utworzona przez Europejski Bank Inwestycyjny Inicjatywa Wzmocnienia Gospodarczego ma bowiem służyć wzmocnieniu gospodarek krajów rozwijających się, a nie zaspokojeniu podstawowych potrzeb ludzi znajdujących się na terenach ogarniętych wojną, czyli 13 mln Syryjczyków w kraju. „To bardzo potrzebna inicjatywa, której celem jest wzmocnienie gospodarek krajów Południowego Sąsiedztwa i Zachodnich Bałkanów, żeby lepiej radziły sobie z kryzysami społecznymi i gospodarczymi, takimi jak kryzys uchodźczy, jednocześnie podtrzymując ich wzrost gospodarczy. Program będzie finansował inwestycje w niezbędną infrastrukturę, rozwój sektora prywatnego, stymulowanie wzrostu gospodarczego i tworzenie miejsc pracy”, czytamy na portalu OKO.Press.

Choć, jak podaje OKO.Press, Polska w raporcie dla OECD za 2018 r. chwali się tendencją wzrostową świadczonej przez siebie pomocy rozwojowej dla krajów pogrążonych w kryzysie, zręcznie pomija fakt, że od 2017 r. wskaźnik oficjalnej pomocy rozwojowej (ODA) zaczął spadać. Z kolei według raportu Grupy Zagranica, federacji polskich organizacji pozarządowych, „pod względem wielkości udzielanej pomocy w stosunku do wielkości gospodarki Polska znalazła się na 27. miejscu na 29 państw należących do Komitetu Pomocy Rozwojowej OECD”.

Jednak najbardziej znamienny wydaje się fakt, że temat pomocy rozwojowej i inicjatyw gospodarczych poruszany jest przez rząd PiS tam, gdzie tematem powinna być pomoc humanitarna. Trudno bowiem wyobrazić sobie prowadzenie jakichkolwiek inicjatyw gospodarczych w kraju objętym wojną, gdzie ludzie umierają tu i teraz.

– Dopiero ustanie walk może być początkiem jakiejkolwiek realnej pomocy na terenie kraju. A według naszych informacji działania wojenne w Syrii trwają cały czas – mówi dr Monika Kacprzak z UNICEF Polska. – Pomoc humanitarna w tych okolicznościach jest znacznie utrudniona. Co chwila dostajemy informacje, że kolejny konwój został ostrzelany i pomoc nie dotarła do celu, choć nie ustajemy w wysiłkach, aby wesprzeć potrzebujące dzieci i ich rodziny.

Między wspaniałomyślnością a szczuciem

– Podstawowym celem jakiejkolwiek realnej pomocy dla uchodźców powinno być zapewnienie im bezpieczeństwa. Sama pomoc na miejscu jest oczywiście ważna, ale nie rozwiązuje problemu – mówi Jacek Białas. – Żeby zapewnić Syryjczykom bezpieczeństwo, państwa europejskie mogły zorganizować im legalne i bezpieczne trasy wjazdu do Europy. Relokacje nie są jedynym sposobem na to. To mogłoby być chociażby zwiększenie dostępu do wiz humanitarnych czy pracowniczych.

Taki pomysł powstał. W 2017 r. Caritas zaproponował rządowi utworzenie w Polsce tzw. korytarzy humanitarnych – mechanizm polegałby na wydawaniu specjalnych wiz małym, wybranym grupom ofiar potrzebujących specjalistycznego leczenia. Choć pomysł został poparty przez Kościół, który notabene miał opłacać to rozwiązanie, został ostatecznie zarzucony.

Zamiast tego polski rząd woli wzmacniać szczelność granic: – Moim zdaniem stanowisko polskiego rządu w sprawie uchodźców ma charakter ideologiczny. Pokazuje to zresztą aktywność Polski w kwestii zamykania przed nimi Europy. Mamy informacje, że Polska wysyła misje na Węgry, do Bułgarii i Macedonii, gdzie straż graniczna we współpracy z miejscowymi służbami pilnuje, żeby nikt się nie przedostał przez granice – dodaje Jacek Białas. – Jest to naruszenie prawa międzynarodowego, bo według jego zapisów każda osoba prosząca na granicy o azyl ma prawo przynajmniej do tego, aby została wszczęta odpowiednia procedura mająca zdecydować, czy może ona dostać ochronę międzynarodową, czy nie. Uszczelnianie granic pozbawia uchodźców tej możliwości.

Tymczasem przedstawiciele polskiego rządu, mówiąc o bezpieczeństwie, wcale nie mają na myśli dotkniętych wojną Syryjczyków – bezpieczeństwo jest za to koronnym argumentem za nieprzyjmowaniem uchodźców. Bezpieczeństwo i zagrożenie terrorystyczne pojawiły się również w uzasadnieniu odmownej decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie przyjęcia w Polsce syryjskich sierot po stoczonej w 2017 r. krwawej bitwie o Aleppo. Prezydent Sopotu Jacek Karnowski i prezydent Krakowa Jacek Majchrowski poprosili wtedy rząd Beaty Szydło o zgodę na przyjęcie kilkorga chorych, rannych i kalekich dzieci z Aleppo. Beata Szydło odmówiła. A gdy senator Bogdan Klich wysłał do MSWiA prośbę o uzasadnienie tej decyzji, po ponad roku dostał odpowiedź: „Należy pamiętać, że potencjalni terroryści wykorzystują każdy możliwy sposób do przedostania się na terytorium państw członkowskich UE, podając przykładowo fałszywe dane na temat swojej tożsamości i wieku”.

Do motywów zagrożenia terrorystycznego dochodzą argumenty o rzekomym zalewie imigrantów. Beata Szydło jeszcze jako premier mówiła o „milionach uchodźców z Ukrainy”, a sam Mateusz Morawiecki – choć przyznaje, że „większość z nich to pracownicy” – również wspomina w opublikowanym na stronie swojej kancelarii filmie o „milionach Ukraińców, dla których Polska stała się domem”. Do używanych argumentów dochodzą te o „sytuacji we Francji” i innych krajach. Jednak ci, którzy chcą „przestrzec” Polaków, zapominają zwykle podać kilku szczegółów. – Proszę zobaczyć, że słyszymy coraz głośniejsze sygnały od Jordańczyków, którzy mówią, że ich kraj nie wytrzyma kolejnej fali migrantów – ostrzegała Beata Kempa w rozmowie dla internetowej telewizji wPolsce.pl, uzasadniając „pomoc na miejscu”. Zapomniała jednak dodać, że liczba uchodźców z samej Syrii przebywających w Jordanii wynosi, według różnych szacunków, od 630 tys. do 1,3 mln. Tymczasem cała Unia Europejska przyjęła ich milion.

Natomiast w Polsce uchodźców nie ma prawie wcale. Według danych Urzędu ds. Cudzoziemców w 2016 r. status uchodźcy otrzymało 241 osób – zaledwie 2% wszystkich ubiegających się o niego. Wszystkich cudzoziemców, którzy dostali jakąkolwiek formę ochrony (status uchodźcy, azyl, ochrona międzynarodowa, ochrona uzupełniająca lub pobyt tolerowany), było natomiast 567. Rok później – 742, z czego status uchodźcy uzyskało 151 osób, w większości Ukraińców. Wszystkich wniosków było natomiast 5610.

Co więcej, przebywającym w naszym kraju cudzoziemcom jest coraz trudniej. Od 2017 r. rząd Prawa i Sprawiedliwości systematycznie tnie dotacje dla organizacji pozarządowych pomagających obcokrajowcom w integracji w Polsce poprzez zapewnienie im pomocy prawnej, wsparcia psychologicznego czy nauki języka. W takiej sytuacji znalazły się m.in. Fundacja Ocalenie i Fundacja Emic.

Do argumentów na rzecz niewpuszczania migrantów do Polski dochodzi straszenie zagrożeniem biologicznym: – Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie. (…) Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne – mówił w 2015 r. Jarosław Kaczyński na spotkaniu wyborczym PiS, przywołując na myśl antysemickie „przestrogi” przed tyfusem plamistym.

Trzeba przyznać, że sianie strachu przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu idzie rządowi PiS wyjątkowo dobrze: według danych CBOS jeszcze w maju 2015 r. 58% Polaków było za przyjęciem uchodźców, a 21% – przeciwko. W czerwcu ub.r. ten stosunek się odwrócił: 29% do 60%.

O skuteczności prowadzonego przez polityków PiS zarządzania strachem świadczą również przykre statystyki Prokuratury Krajowej, wedle których od 2015 r. wzrasta liczba przestępstw popełnianych na tle ksenofobii i nienawiści etnicznej czy religijnej: między 2013 a 2016 r. liczba ta prawie się podwoiła, z 835 do 1632. A mowa tu wyłącznie o przestępstwach zgłoszonych do prokuratury.

Tymczasem końca wojny w Syrii nie widać. A wraz z przedłużającym się konfliktem przybywa potrzebujących pomocy. – Liczba pozostających w kraju Syryjczyków potrzebujących pomocy sięga 13 mln, z czego 6 mln to dzieci – podkreśla dr Monika Kostera. Do tego dochodzi kilka milionów Syryjczyków w obozach w Jordanii i innych krajach ościennych. Sytuacja tych, którzy pozostają w kraju, jest niezwykle trudna: 70% syryjskich dzieci żyje w skrajnym ubóstwie, co często popycha zdesperowane rodziny do tego, żeby wydawać za mąż bardzo młode dziewczęta, a kilkunastoletnich chłopców posyłać na front. Trzeba też powiedzieć o braku opieki medycznej, przekładającym się często na brak wózka inwalidzkiego czy protezy, a także osieroceniu czy rozdzieleniu z bliskimi.

– Gdyby syryjscy uchodźcy rzeczywiście mieli zapewnione bezpieczeństwo i pomoc na odpowiednim poziomie – mam tu na myśli względnie normalne życie, a nie mieszkanie w obozowym namiocie – to prawdopodobnie nie decydowaliby się na podróż do Europy i ryzyko utonięcia – uważa Jacek Białas.

Według danych UNHCR, agencji ONZ ds. uchodźców, od początku 2015 r. do 30 listopada 2017 r. w Morzu Śródziemnym utonęło 12 tys. osób.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 4/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy