Filozofie, lecz się sam – rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejką

Filozofie, lecz się sam – rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejką

Nie ma środowiska filozofów, jest gromada sekciarzy – każdy zamyka się w swojej działce i by mieć spokój, nie wychodzi z niej

Prof. Zbigniew Mikołejko – filozof i historyk religii, pracownik Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, autor książek, artykułów i esejów, bohater wydanego w zeszłym roku przez Iskry wspólnie z Agorą wywiadu rzeki Doroty Kowalskiej „Jak błądzić skutecznie”.

Wśród ponad stu osób, które podpisały list otwarty w obronie filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, nie odnalazłem pańskiego nazwiska. Dlaczego?
– Nie zgadzam się z częścią zawartych w liście stwierdzeń, poza tym jestem dosyć brutalny w ocenie stanu polskiej filozofii. Wielu filozofów uprawia przyczynkarstwo, a nie filozofię.

Autorzy listu uważają, że zapowiedziane zlikwidowanie studiów filozoficznych w Białymstoku może uruchomić reakcję łańcuchową. Filozofia pozostanie jedynie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu.
– Nie uważam, by najważniejsza była kwestia obrony miejsc pracy filozofów, bo nie na wszystkich uczelniach filozofia jest konieczna. Tak naprawdę w tej chwili jedynie kilka ośrodków stać na realizowanie studiów filozoficznych na odpowiednim poziomie. W Polsce jest bardzo wielu filozofów, ale gdybym miał wymienić ważne dla mnie nazwiska, musiałbym się ograniczyć do kilku. Znam więc prace bardzo niewielu kolegów po fachu. Nie czytamy się nawzajem. Swego czasu głośna była sprawa pewnego profesora filozofii, który dopuścił się plagiatu. Wykrył go uczony pracujący w Niemczech. Okazało się, że profesor ściągał nie tylko od niego, ale także od kolegów z sąsiednich biurek, wiedząc, że nie przeczytają tego, co napisze. To bardzo wymowne świadectwo stanu polskiej filozofii.

Czy zgadza się pan z osobami, które poparły list, że likwidatorzy filozofii to wrogowie polskiego oświecenia?
– Brzmi to bardzo górnolotnie. Te słowa można jednak odczytywać nie tylko w szerokim kontekście społecznym, ale i partykularnym. To, że filozofia stała się dyscypliną akademicką, weszła na uniwersytety, było konsekwencją oświecenia. Chodziło o zapewnienie filozofom jakiegoś poziomu bezpieczeństwa, by nie byli zdani na szlifowanie szkieł optycznych jak Spinoza i nie przymierali – jak August Comte – głodem. Dzisiejsi filozofowie preferują spokojne życie – siedzą za biurkiem, dłubią swoje tematy, dostają granty, jeżdżą na zagraniczne staże i konferencje. Nie ma środowiska filozofów, jest gromada sekciarzy; każdy zamyka się w swojej działce i by mieć spokój, nie wychodzi z niej.

Obowiązek publiczny

Dawniej filozofowie – od Brzozowskiego do Kołakowskiego – wywoływali niepokój, projektowali wizję lepszego świata, wpływali na myślenie i postawy ludzi. Pan – krytykując choćby Kościół katolicki i polską religijność – jest obok Magdaleny Środy i Jana Hartmana jednym z wyjątków, filozofów publicznych.
– Ja też mógłbym się zamknąć w gabinecie i pisać o pojęciu interesu u Husserla. Ale poza innym temperamentem mam też poczucie pewnego obowiązku publicznego, który na mnie ciąży, oraz potrzebę wykłócania się o kształt rzeczywistości. W ubiegłym roku – z racji wydania dwóch książek – odwiedziłem ponad 30 miejscowości. Na spotkania przychodziły dziesiątki, setki osób zainteresowanych tematami blisko związanymi z filozofią. Wśród nich nie było jednak filozofów. Najbardziej zdumiała mnie ta absencja podczas debaty „Bóg-nauka-ateizm” zorganizowanej w listopadzie przez miesięcznik „Znak” w krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Przyszło na nią z 500 osób – studenci, nauczyciele, lekarze, przedsiębiorcy. Wielu filozofom brakuje zatem świadomej odpowiedzialności publicznej, taktyka nienarażania się nikomu i myślenie o filozofii jako bezpiecznym miejscu pracy na państwowej uczelni są niebezpieczne dla filozofii i filozofów. Jakoś nie słyszałem, by któryś z filozofów z Uniwersytetu w Białymstoku przed decyzją Rady Naukowej Wydziału Historyczno-Socjologicznego protestował na zebraniu uczelnianym czy wydziałowym, opublikował gniewny tekst w gazecie, alarmował media. A przecież ta sprawa nie wybuchła z dnia na dzień, lecz dojrzewała przez co najmniej dwa lata.

Mimo wszystko sądzę, że sam fakt, iż w Białymstoku jest filozofia, że przekazuje się inne niż religijne tłumaczenie świata, jest cenny. Może warto o nią walczyć?
– Projekt wyjścia z tej sytuacji jest zły. Nie podoba mi się twierdzenie, że filozofia nie może być rentowna, należy ją bezwzględnie zachować, rezygnując w tym celu z opłat za studiowanie drugiego kierunku. Zamiast wysuwać żądania, należy się zastanowić, co zrobić, by zwiększyć zapotrzebowanie na filozofię. Procesu likwidacji filozofii nie da się zatrzymać, nie dopuszczając do zamknięcia kierunku na Uniwersytecie w Białymstoku. To jedynie objaw choroby, która toczy cały organizm.

Co wywołało tę chorobę?
– Poparte przez uczelnie państwowe reformy byłej minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbary Kudryckiej, polegające na przebudowie szkolnictwa wyższego w duchu pragmatycznym, technokratycznym, ekonometrycznym. Zastosowano parametry przeniesione z USA – ale nie z Massachusetts Institute of Technology, najlepszej uczelni świata, na której pracuje m.in. bardzo wybitny lingwista i filozof, ideolog lewicy Noam Chomsky, lecz z trzeciorzędnych amerykańskich uniwersytetów stanowych z ich nastawieniem na kształcenie praktyczne, przydatne, zawodowe. Te zmiany spotkały się z pragmatycznym nastawieniem społeczeństwa, z oczekiwaniem rodziców, że dzieci powinny uzyskać konkretny zawód dający wymierne korzyści. Kierunki studiów zostały podzielone na „praktyczne” i „niepraktyczne”. Lepiej skończyć informatykę czy medycynę, nawet jeśli nie ma się do nich serca ani powołania, niż studiować – bez wyraźnego i doraźnego pożytku – filozofię, historię sztuki, etnologię. Te kierunki są postrzegane jako rodzaj degradacji, dlatego młodzież omija je z daleka. Zmniejszenie liczby studentów zagraża – jak w Białymstoku – istnieniu niepopularnego kierunku, bo zgodnie z reformami minister Kudryckiej na uczelnie wkroczyły ekonometria, rozmaite parametry badające efektywność i skuteczność.

Sprzeciwia się pan postulatowi zniesienia opłat za studiowanie filozofii jako drugiego kierunku?
– To rozwiązanie doraźne, należałoby je zresztą zastosować wobec pozostałych „niepraktycznych” kierunków studiów, które są tak samo zagrożone jak filozofia.

Filozofia do szkół

Co w takim razie robić?
– Można pewnie wymyślić jakieś protezy ratujące etaty filozofów – wymusić na uczelniach państwowych wykładanie filozofii jako przedmiotu uzupełniającego. Ale wówczas pojawi się pytanie: dlaczego należy wyróżnić w ten sposób akurat filozofów?

Bo filozofia, jak pisał Hegel, jest królową nauk.
– Rzeczywiście zachowała się tradycja traktowania filozofii jako wstępu do wszelkiej innej wiedzy, formy inicjacji intelektualnej, podbudowy kultury wysokiej. Ale podobnie można potraktować np. literaturę. Moim zdaniem, studia filozoficzne można zachować, znajdując miejsca pracy dla absolwentów. Najlepiej pójść śladem innych państw i wprowadzić filozofię do szkół średnich. Ale to muszą być szkoły średnie z prawdziwego zdarzenia, a nie rozdwojone na gimnazja i licea. Dlatego najpierw należy wrócić do systemu liceów, techników i szkół zawodowych, a następnie umieścić w ich programach nauczania filozofię i logikę.

Na razie w szkolnych programach jest religia. Dzieci uczą się odpowiedzi na pytania, o której godzinie zmarł Ojciec Święty, jak na drugie imię miał Lolek i pod jakim wezwaniem jest kościół w Wadowicach, w którym Karol Wojtyła przyjął chrzest święty. Państwo, które za to płaci, chce oszczędzać na filozofii. Mnie to oburza.
– Nie byłbym tak bardzo przeciwny nauczaniu religii w szkołach, gdyby dawała ona wiedzę. W czasie wykładów muszę odwoływać się do Augustyna, rekonstruować Koheleta, Księgi Hioba. Wciąż się przekonuję, że studenci w ogóle nie znają Ewangelii, nie mają żadnego przygotowania teologicznego. Absolwent szkoły średniej w swojej wiedzy religijnej pozostaje na poziomie drugiej klasy szkoły podstawowej – okresu, kiedy przygotowywał się do pierwszej komunii. Ten stan się nie poprawia, przeciwnie, znam przykłady zastępowania dobrych katechetów gorszymi, ograniczającymi się do klepania pacierza i śpiewania nabożnych pieśni. Dyrektorzy szkół godzą się na dowolnego nauczyciela religii, którego przyśle Kościół, bo nie chcą się narażać.

Podobnie jak kuratoria oświaty, które mają prawo do oceny katechetów, lecz z niego nie korzystają. Za to popularyzują wśród uczniów konkursy typu „Kościół moim domem” i organizują uroczystości opłatkowe.
– To ilustruje mentalność naszej klasy politycznej, urzędników. I lewica, i prawica są przekonane, że dobre stosunki z Kościołem opłacają się, dlatego decydują się na większe ustępstwa niż te, których oczekuje Kościół.

Instynkt państwowy

Ta nadgorliwość doprowadziła m.in. do finansowania z budżetu państwa wydziałów teologii katolickiej na uniwersytetach państwowych, czego nie przewiduje konkordat. W październiku ub.r. Międzywydziałowa Katedra Teologii Katolickiej Uniwersytetu w Białymstoku zorganizowała – m.in. na terenie Uniwersytetu Medycznego – konferencję o „obronie życia nienarodzonych”. Filozofia marnieje, teologia tężeje.
– Nie może być inaczej, skoro politycy i urzędnicy nie mają instynktu państwowego. Kiedyś Jan Paweł II próbował przekonać François Mitterranda do zwiększenia roli Kościoła katolickiego we Francji. Mitterrand odpowiedział papieżowi, że choć jest katolikiem, jako prezydent musi stać na straży świeckości państwa.

My mamy zasadę neutralności światopoglądowej, której się nie przestrzega. Nie wiem, komu służy wiceminister sprawiedliwości, a zarazem oblat benedyktyński Michał Królikowski, sprzyjający m.in. zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej.
– Moim zdaniem, podobnie jak większość polskiej klasy politycznej nie rozumie on, że czymś innym jest państwo, a czymś innym prywatna praktyka religijna. Urzędnicy sprawują obowiązki, kierując się nie konstytucją i ustawami, lecz własnymi przekonaniami i odczuciami. Kościół nie uzyskałby tego, co ma, gdyby nie klasa polityczna. On bierze to, co mu dają.

Umniejsza pan w ten sposób aktywną działalność Kościoła, który oplata gęstą siecią struktury państwowe i publiczne, prowadzi tzw. nową ewangelizację w środowiskach zawodowych. Na stronie głównej portalu Krajowego Duszpasterstwa Nauczycieli umieszczono zapis 80-minutowego wystąpienia ks. prof. Dariusza Oko w kwestii gender. Edukacja, wychowanie, medycyna, prawo – te dziedziny mające oparcie w aksjologii są pod wpływem Kościoła. Niewielu filozofów ma odwagę to dostrzec.
– To problem znacznie głębszy. W Polsce nie było prawdziwego oświecenia, które ukształtowało w Europie klasę średnią. Pewnie by się wytworzyła, gdyby nie powstanie listopadowe. System edukacji i nauki, który narodził się w okresie panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, rozwijał się w Królestwie Polskim – to wtedy kształciło się pokolenie Mickiewicza, Krasińskiego, Chopina. Konsekwencją powstania listopadowego był upadek nauki. Mieliśmy oczywiście potem Prusa, Orzeszkową, Konopnicką, Żeromskiego, Brzozowskiego, ale to jedynie drobne wypryski. Nie było polskich uczelni ani placówek naukowych, brakowało instytucji zatrudniających klasę średnią. Ta klasa rodzi się dopiero teraz, w bólach, niosąc na plecach bagaż wszystkich braków z przeszłości i sienkiewiczowską wkładkę sentymentalno-romantyczno-narodową. Zanim klasa średnia jako całość zrozumie, że państwo powinno mieć charakter świecki, upłynie wiele lat.

A na razie przychodzi biskup do rektora państwowego uniwersytetu, piją kawę i załatwiają parę spraw związanych z teologią, z zatrudnieniem kolejnego księdza na uczelni.
– Rektor nie musi czekać na spotkanie z biskupem, inicjatywa może wyjść od niego. Także władze uczelni często nie mają świadomości, że reprezentują instytucję państwową, która powinna strzec neutralności światopoglądowej.

Jesteśmy zatem skazani na kuratorów oświaty upowszechniających bajki o Lolku i wiceministra opowiadającego się za karaniem kobiety, która spadła z roweru i straciła ciążę?
– Aby to zmienić, trzeba tworzyć środowiska oporu przeciw zawłaszczaniu coraz to nowych sfer przez Kościół, instytucjonalnej nadreprezentacji Kościoła.

W tym ruchu oporu nie widać wielu filozofów. Profesor filozofii z uniwersytetu w dużym ośrodku akademickim opowiadał mi o wydziale teologii trzęsącym uczelnią. Mówił prywatnie…
– Czego się bał? Przecież za takie słowa nie wtrącają do więzienia, nie wyrzucają z uczelni, nie zabierają pensji. Pana rozmówca chciał mieć – jak wielu filozofów – święty spokój. Ale filozofowie zapomnieli, że święty spokój jest tylko na cmentarzu. Dlatego teraz, gdy nad ich etatami pojawiło się widmo likwidacji, dziwią się, że wynoszą trupy.

Wydanie: 4/2014

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy