Fotograf mistrzów

Fotograf mistrzów

Nie godzę się z tym, żeby publikować zdjęcia baletnic z obciętą ręką albo śpiewaczki, której widać plomby

Juliusz Multarzyński – artysta fotografik

Fotograf w teatrze odgrywa rolę służebną, tak jak wielu rzemieślników czy ludzi związanych z teatrem – to dewiza Juliusza Multarzyńskiego, artysty fotografika, rocznik 1948. Prof. Ewa Łętowska, miłośniczka muzyki klasycznej, powiedziała kiedyś, że Multarzyński znany jest z solidności. Trudno znaleźć kogoś z pokaźniejszym dorobkiem fotograficznym związanym z muzyką poważną i polską sceną operową: 120 tys. klatek zdjęć, ponad 30 lat współpracy z najważniejszymi instytucjami polskiej kultury.

Znakomita pianistka Tatiana Szebanowa mówiła, że ma pan dużą wrażliwość muzyczną i rzadką umiejętność wykorzystania dramaturgii frazy muzycznej. To dawało jej pewność, że nie usłyszy migawki. Uważała pana za wyjątkowego artystę fotografika, współpracującego z muzykami.

– Przede wszystkim trzeba lubić muzykę, teatr, lubić ludzi. Umieć być z tyłu, nie pokazywać się. O mnie mówią moje zdjęcia, a nie to, że będę brylował z aparatem, podchodził do artysty i błyskał fleszem. Brakuje mi obecnie traktowania artystów z szacunkiem. Fotografujący muszą wiedzieć, że śpiewak czy aktor jest w pracy na najwyższych obrotach i trzeba mu pomóc, a nie przeszkadzać. Przed laty Teatr Dramatyczny wystawił sztukę „Ja, Feuerbach” z Tadeuszem Łomnickim. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z sytuacją, że aktor chciał wcześniej ze mną rozmawiać. Z duszą na ramieniu szedłem na spotkanie z wielkim aktorem, wielką osobowością. Zastanawiałem się, jak mam się do niego zwracać: panie profesorze, maestro, mistrzu? Malował się w garderobie, zaprosił, bym usiadł. Zaczął do mnie mówić, półsłówkiem coś odpowiadałem, ale to on cały czas mówił. Kiedy inspicjent zaprosił na próbę, rozpaczliwie rzuciłem: „Ale pan chciał ze mną rozmawiać”. Złapał mnie za rękę: „Co się pan martwi, ja panu pomogę”. Rozstawiłem aparat fotograficzny, duży, głośny, na statywie. Łomnicki cały czas grał dla mnie. On mi pomagał. Byłem przyklejony do tego obiektywu, a on cały czas do mnie mówił. To było coś niebywałego. Jedyny raz coś takiego mnie spotkało i pewnie nigdy nie spotka, bo takiego aktora nie ma ani takich czasów. Będę to do końca życia pamiętał.

Mistrz Łomnicki pełen pokory wobec pana pracy… To raczej pana dewiza.

– Trzeba być pełnym pokory wobec aktorów, śpiewaków i tancerzy, wobec artystów. Po to robię zdjęcia, żeby udokumentowały i utrwaliły zamysł reżysera, wrażliwość artysty, jego ekspresję. Mogę dołożyć swoje spojrzenie czy umiejętność, jakiś swój akcent. Nie godzę się z tym, żeby publikować zdjęcia baletnic z obciętą ręką czy nogą albo śpiewaczki, której widać plomby.

Ma pan kolekcję zdjęć wspaniałych dyrygentów. Powstał z nich album.

– Wielką przyjemnością jest fotografowanie dyrygentów, czuję się czasem wybrańcem, bo mało kto ma okazję patrzeć w oblicze dyrygenta. Oglądałem i fotografowałem wielkich mistrzów: Bernsteina, Aszkenaziego, Barenboima, Gergieva, a z naszych m.in. Wita, Krenza, Skrowaczewskiego, Kaspszyka. To są niesamowite przeżycia, każdy jest inny. Po kilku godzinach na estradzie dwa, trzy zdjęcia nadają się do dyskusji. Miałem możliwość fotografowania Kilara, Góreckiego, Lutosławskiego, Pendereckiego. Jestem chyba, nieskromnie mówiąc, jedyną osobą, która sfotografowała wszystkie jego opery wystawiane w Polsce. Większość zdjęć dyrygentów powstawała nie dlatego, że ktoś mi kazał – robiłem zdjęcia, bo mnie to interesowało. Dzisiaj wydawnictwa przygotowujące publikacje o Verdim, pianistach, dyrygentach czy balecie sięgają po moje zdjęcia. Przygotowałem wspólnie z Małgorzatą Komorowską książkę o wybitnej, lecz zapomnianej polskiej śpiewaczce i wielkiej patriotce, Marcelli Sembrich-Kochańskiej. Pod koniec roku powinna trafić do księgarń muzycznych.

Pianiści na pana fotografiach? Alfabetycznie: Anderszewski, Argerich, Brendel, Kobayashi, Lang Lang, Pobłocka, Smendzianka, Zimerman…

– Sfotografowałem prawie wszystkich najważniejszych pianistów, którzy gościli u nas w kraju. Podobnie z laureatami konkursu chopinowskiego. Krystiana Zimermana tylko raz fotografowałem, i to z wielkimi przygodami. Czasem z góry ktoś mówi, że nie chce mieć zdjęć, grymasi, takie rzeczy oczywiście się zdarzają. Nigdy nie próbowałem ośmieszać artystów. Zawsze się starałem, żeby byli zwyczajnie „do ludzi podobni”, a nie jacyś zniekształceni. Takie mam spojrzenie i to raczej się podobało.

Fotografował pan artystów z różnych dziedzin sztuki.

– Zupełnie inaczej robi się zdjęcia baletu, zupełnie inaczej spektaklu teatralnego, inaczej opery, a jeszcze inaczej koncertu, dyrygenta, pianisty. Taniec, szczególnie klasyczny, wymaga precyzji, bo tancerz pracuje nad pewną pozą, punktem kulminacyjnym, nad skokiem i sztuką jest uchwycić tę jego ekspresję w najważniejszym momencie. W przypadku pianisty to jakiś punkt uniesienia, emocja w twarzy, w geście, element skupienia. U dyrygenta przemawia gest, choć czasem i twarz mówi wiele. U śpiewaka emocja, kulminacja. Hiolski np. nie bardzo lubił się fotografować. Zrobiłem mu kiedyś zdjęcie w „Traviacie” w Bytomiu, ładne, jak mi się wydawało. Są artyści, którzy bardzo lubią zdjęcia, i tacy, których to kompletnie nie interesuje. Część zaczynała się interesować zdjęciami, kiedy odchodziła na emeryturę, prosiła o odbitki na pamiątkę. Pan Hiolski też mnie poprosił i usłyszałem: „To jestem cały ja, nikomu dotąd nie udało się zrobić takiego zdjęcia, z którego byłbym zadowolony”. Bogdan Paprocki natomiast kolekcjonował własne zdjęcia. Miał wielkie wyczucie smaku.

Mówi się, że jest pan jedyną osobą w Polsce, która słuchała najwięcej muzyki Wagnera na żywo, na naszych scenach.

– Mogę przekornie powiedzieć, że mnie muzyka nie przeszkadza w pracy. Fotografowałem wszystkie próby w Teatrze Wielkim czy Operze Wrocławskiej, wszystkie spektakle w kraju. Człowiek, który nie jest muzykiem, nie jest w stanie nauczyć się Wagnera na pamięć, mogę go słuchać po wielokroć. Mamy zresztą wspaniałych wykonawców repertuaru wagnerowskiego. Przygotowałem album na 200-lecie urodzin Wagnera, rocznica minęła, a ja wciąż staram się go wydać.

Współpracuje pan z Teatrem Wielkim już 30 lat. Co dalej?

– To koniec. Dziś jest niemożliwością, by ktoś współpracował z teatrem tyle lat. Nawet jeśli bardzo będzie chciał, nie ma realnej szansy, bez względu na zdolności. Życie mu nie pozwoli. Podobnie niemożliwe jest współpracować ze wszystkimi operami, scenami muzycznymi w kraju, jak mnie się zdarzyło. Komu dzisiaj by się chciało jeździć z jednej opery do drugiej? To już koniec epoki takich jak ja. Młodzi ludzie pytają: „Proszę pana, jakim aparatem pan robi i ile ma pan pikseli?”. No to ja odpowiadam: „Chłopcze, takim i takim aparatem, natomiast nie aparat robi zdjęcia. Najpierw się naucz, że zdjęcia musisz robić głową, a dopiero potem będziemy rozmawiać”. Rzadko się zdarza, żeby ktoś przyszedł na drugą rozmowę.

Foto: J. Multarzyński

Wydanie: 19/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy