Gawron nie popłynie?

Gawron nie popłynie?

Lepiej przerwać ciągnącą się od siedmiu lat budowę korwety, która już w chwili wejścia do służby będzie przestarzała

Szukające oszczędności Ministerstwo Obrony Narodowej znów wytypowało marynarkę. Zawieszona zostanie budowa pierwszej z siedmiu korwet, które miały uzupełnić naszą flotę wojenną. Mało kto już dziś pamięta, że budowa ta ciągnie się od siedmiu lat.
W samej końcówce lat 90. Stany Zjednoczone podarowały Polsce dwie wielkie fregaty klasy Oliver Hazard Perry. Są to okręty nienowe, ale wyremontowane i nowocześnie wyposażone. Co prawda koszty eksploatacji tych jednostek są ogromne, ale summa summarum okręty te są niezłym nabytkiem.
Uzupełnieniem fregat miało być siedem uniwersalnych korwet nowej klasy Gawron. Wszechstronnie wyposażone i potężnie uzbrojone korwety miały dominować na Bałtyku i w Cieśninach Duńskich. W ich projektach uwzględniono zarówno modułowy system MEKO, jak i technologię STEALTH, czyli znaczne ograniczenie możliwości namierzenia obiektu przez radar, która na tak małym akwenie jak Bałtyk, gdzie większość obiektów można zobaczyć przez silną lornetkę, była grubą przesadą

i tylko podnosiła koszty.

W listopadzie 2001 r. podpisano umowę na budowę korwet. Wkrótce potem premier Leszek Miller wbił symbolicznie pierwszy nit do stępki pierwszego okrętu. Wszystko zapowiadało się różowo zarówno dla marynarki, jak i dla Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni, która miała całość zlecenia realizować. Sceptycy co prawda już wówczas twierdzili, że stocznia nie posiada ani infrastruktury, ani oprzyrządowania do realizacji kontraktu i że niemiecka Blohm und Voss z Hamburga zbuduje korwety znacznie taniej, szybciej i dając większe gwarancje. Oferty składały też stocznie duńskie i szwedzkie. Ale je odrzucono.
Pierwsze 200 mln zł, które stocznia otrzymała, wydano bynajmniej nie na budowę pierwszej korwety nazwanej Ślązak, lecz na zakup oprzyrządowania i własnego wyposażenia, co już pachniało skandalem. Ale optymiści zapewniali, że wydatki się zwrócą, a po wybudowaniu trzech pierwszych korwet będzie już nawet zysk netto. Budowa pierwszego okrętu, którą rozpoczęto de facto w 2002 r., bardzo się ślimaczyła. Koszt korwety planowany w 1999 r. na ok.
250 mln zł, w 2002 r. wzrósł już do 700 mln zł. Za 600 mln zł Niemcy oferowali tymczasem wybudowanie fregaty klasy Brandenburg, znacznie większej, dostosowanej do działań również oceanicznych, lepiej wyposażonej, uzbrojonej itd. W tej sytuacji w 2003 r. MON ograniczyło zamówienie do dwóch jednostek, pozostałe pięć przekładając na bliżej nieokreśloną przyszłość. Budowę Ślązaka kilkakrotnie przerywano z braku środków, a koszty ciągle rosły. Do końca 2006 r. wydano już 497 mln zł, a wybudowano

zaledwie sam kadłub.

Tymczasem nadszedł czas zapłaty za zamówione uzbrojenie i wyposażenie. Są to bardzo znaczące sumy, bo też zamówienia były bardzo ambitne. Polska korweta przy długości ok. 90 m i wyporności 1650 ton ma mieć 16 kasetowych wyrzutni przeciwlotniczych pocisków sea sparrow na dziobie. Również na dziobie ma być umieszczona uniwersalna armata 76 mm włoskiej firmy Melara. Na rufie natomiast lądowisko – ale bez hangaru dla śmigłowca amerykańskiego typu Kaman oraz cztery wyrzutnie pocisków przeciwokrętowych – alternatywnie szwedzkiego Saaba-Boforsa lub amerykańskiego Harpoona. Wszystko to ma być uzupełnione dwiema wyrzutniami torped 324 mm oraz jeszcze dwiema wyrzutniami rakiet przeciwlotniczych bliskiego zasięgu na rufie. Już z tego prostego wyliczenia widać wyraźnie, że stosunkowo mały okręcik ma być uzbrojony niczym krążownik. A już śmigłowiec bez hangaru w warunkach bałtyckich jesiennych i zimowych sztormów to bezsens. – Po prostu go zmyje – śmieją się eksperci. Jednak nie może być powodu do śmiechu w sytuacji, kiedy korweta jest daleka od ukończenia – obecnie mówi się, że może to być rok 2012. Jej koszt wyniesie co najmniej 1,5 mld zł, a będzie przestarzała już w chwili wejścia do służby. Bo oczywiście można modyfikować zamówienia, czyli sprowadzić nowsze typy radarów, systemów kierowania ogniem, sonarów itd. Tyle że to wszystko będzie kosztować bajońskie sumy. Ponadto historia wojen na morzach dowodzi, że okręty

przeciążone uzbrojeniem

bardzo często giną nie w bitwach, ale w sztormach, szkwałach, cyklonach, gdyż mają zbyt wysoko położony środek ciężkości.
Dziś nasza złota korweta, bo tak się ją już nazywa ze względu na astronomiczne koszty, stoi na pochylni. Trochę rdzewieje przy okazji. Prace są kontynuowane w żółwim tempie, bo środków brakuje. Minister w ramach cięć budżetu teoretycznie zezwolił marynarce na kontynuację budowy, ale wyłącznie w ramach jej własnego nader skromnego budżetu. Prawdopodobnie lepiej i mądrzej byłoby już budowę przerwać i pogodzić się z istniejącą stratą. Można nabyć kilka prostszych, ale zbudowanych w dłuższych seriach, czyli tańszych w eksploatacji korwet od Niemiec, Danii czy Szwecji.

Korweta – mały okręt wojenny przeznaczony do zadań głównie przeciwpodwodnych. Wyporność współczesnych korwet to przedział 900-1800 ton. Korwety odegrały obok fregat i niszczycieli eskortowych kluczową rolę w bitwie o Atlantyk, podczas II wojny światowej. Były budowane masowo w stoczniach amerykańskich i brytyjskich. Konstrukcja oparta była na kadłubie statków wielorybniczych, jednostek o dużej dzielności morskiej, zdolnych do pływania w każdych warunkach pogodowych, prosta i tania.Obecnie dla flot państw małych, o niewielkich możliwościach finansowych są jednostkami podstawowymi. Obok zadań przeciwpodwodnych wykonują też inne, takie jak zwalczanie samolotów i okrętów przeciwnika.

Wydanie: 7/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy