Gdybym był królem

Gdybym był królem

Z dziecięcych marzeń o królowaniu chyba najskuteczniej leczyła do tej pory, czyli od blisko stu lat, powieść Janusza Korczaka „Król Maciuś Pierwszy”. Tegoroczny Sejm Dzieci i Młodzieży pokazał, że pamięć o Maciusiu sczezła. Może książka już wyleciała z kanonu lektur szkolnych, a może tylko jej duch opuścił narodowe ciało pedagogiczne. Inaczej nie mogłoby się zdarzyć, że jakiś smarkacz na trybunie sejmowej drze cudzą flagę. Ktoś nauczył go podlizu, zanim rówieśnicy nie obili mu buziulki za coś podobnego.

Do obchodzenia się z dziecięcymi marzeniami bardziej potrzebny jest doktor niż Instytut Pamięci Narodowej. Tymczasem, jak słychać, do castingu na posła IPN przygotował dla szkół temat z naśladowania Pawki Morozowa, który zadenuncjował komu trzeba własnych rodziców.

U dziatwy, która chciała się zabawić w Sejm z okazji Dnia Dziecka, należało zamówić wypracowanie pod hasłem „Gdybym był królem”. Dzieci w rolach monarchów sprawdzają się lepiej niż dorośli, którym się wydaje, że są królami. W każdym razie mniej jest po nich sprzątania, a znacznie więcej korzyści dla ustawicznego meblowania własnej wyobraźni. Gdyby monarsze dziecięciu przyszło do głowy ułaskawić wszystkich kumpli z podwórka, zanim w ogóle coś przeskrobią i pójdą siedzieć, nic by się nie stało. Jeden klaps i po wszystkim. Kiedy po królewsku postępuje w taki sposób prezydent z upoważnienia posła, sprawa się komplikuje i potem podwórko trzeba długo zamiatać.

Zabawa w króla nie opłaca się nikomu, kto nie jest na tronie. Mimo to w żadnym ustroju nie brakowało nigdy śmiałków gotowych na serio przejąć i samemu potrzymać berło. Zawsze też, nawet w najbardziej opresyjnych systemach, znajdują się odważni, poeci, publicyści, a nawet dworscy trefnisie, którzy zrobiwszy sobie puklerz ze zdania „Gdybym był królem”, potrafią powiedzieć władzy (władcy, satrapie) to, czego nikt ze strachu nie mówi głośno.

Dopada i mnie taka potrzeba.

Gdybym był królem, zaprosiłbym do siebie na zamek pisarzy i, poczęstowawszy kawą, przemówiłbym do nich tak: – Panie i Panowie, nie jestem ani znawcą, ani miłośnikiem literatury pięknej, toteż na moje osobiste zainteresowanie liczyć nie możecie. Jestem bardzo zajęty.

Nie zamierzam wcale korzystać z waszych usług doraźnych. Nie będę was opłacał za pochlebstwa ani za propagandę moich zamiarów. Nie przywiązuję wagi politycznej do waszych poczynań. Myślę, że normalne, czynne społeczeństwo nie kieruje się w swoich odruchach nastrojami poddanymi przez literaturę. Hasło rzucone przez poezję działa tylko na społeczeństwo będące w stanie nerwicy, a właściwie tylko na jego szczególne grupy – więc aby literatura mogła spowodować konkretne skutki polityczne, społeczeństwo musi się znaleźć pod wpływem owych grup podatnych na poetyckie inspiracje, to zaś zdarza się tylko wtedy, gdy władza polityczna z jakiegoś powodu przestaje funkcjonować, gdy większość społeczna traci świadomość swojej siły i wartości albo gdy wróg podbije i zajmie ojczyznę. Za mojego panowania to się nie zdarzy.

Ja waszych powieści ani wierszy czytać nie będę, ale wiem, że one świadczyć będą o mnie i o moim panowaniu. Róbcie swoje. Wasze sukcesy zaliczę do swoich sukcesów, wasze niepowodzenie będzie moim niepowodzeniem.

Całym tym wystąpieniem udaję tutaj nie tylko zwykłego władcę, ale też pisarza, króla polskiej eseistyki i felietonistyki Andrzeja Kijowskiego. Kradnę mu także tytuł. Choć tekstów zaczynających się od słów „Gdybym był królem” są tysiące, wskazuję tego Autora jako prawowitego właściciela, bo on za mojej pamięci zapłacił najwięcej za tę niewinną retorycznie zabawę w monarchę, w czasach kiedy rządził I sekretarz. Ten z jego felietonów drukowanych w latach 1970-1971 w „Tygodniku Powszechnym” 15 lat czekał na wydanie w książkowym zbiorze.

Dzisiaj król nie musi zwoływać wszystkich twórców i stawiać kawy. Wystarczy, że puści stosownego tweeta. Tyle że nie wiadomo, kogo namówić do zabawy we władcę, kiedy nasz władca nie ma ani Twittera, ani zamku, ani własnego tronu, żadnego atrybutu władzy ani tytułu. Wypadałoby, żeby ćwierknął w tej sprawie Piotr I Gliński i dał wreszcie spokój ludziom teatru, festiwalom i reżyserom.

Za Kijowskim odezwę się wtedy do wielkiego Piotra: – Sire, niech nas Bóg broni od twojej opieki. Twoje literackie zamiłowania dla nas i dla kraju byłyby nieszczęściem. Rób swoje, Sire, myśl o przyśpieszeniu wszystkich obrotów życia. Ani się obejrzysz, jak nasza wyobraźnia pomnoży wyobraźnię twoich konstruktorów i twoją własną i jak ty sam zaczniesz naszymi przemawiać słowami.

Wydanie: 24/2017

Kategorie: SZOŁKEJS
Tagi: dzieci, monarchia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy