Hajer ekspektejszyns

Hajer ekspektejszyns

Ostrzegałem Amerykanów w zeszłym tygodniu, że pora się bać wyników następnych wyborów i „Głosu Mordoru”. W tym tygodniu chcę ich przeprosić, bo na razie nie widać żadnego zagrożenia dla cywilizacji amerykańskiej ze strony organu polskiego korpoludu. Gazeta zmieniła tytuł na „Mordor Voice”, ale nadal pisze mniej lub bardziej po polsku i np. każdemu, kto się czuje za mały, oferuje buty podwyższające o 7 cm. Były to zatem tylko takie strachy na Appalachy.

Gwałtowny wzrost potęgi jakiegoś pisma budzi lęk, bo są powody. W Polsce umierają papierowe dzienniki.
W prasie nie używa się terminu zawrotny nakład, chyba że ironicznie. Z masowym czytelnictwem można się spotkać tylko w dużych sklepach, w których klienci studiują naklejki, nadruki i ulotki z warunkami promocji. Jeśli więc ktoś z numeru na numer podnosi nakład ponaddwukrotnie, mogą się odezwać radosne dzwoneczki, ale może też dzwon.

Hasłem odnowionego organu jest ujmująca prostotą odezwa do ludu czytającego: „MORDORY, ŁĄCZMY SIĘ!”. Słychać w niej nutkę rewolucji 1917 r. w Rosji i jeszcze starszą, bo pamiętającą starożytny Rzym, inkluzję retoryczną. Nie mówimy: WY, proletariusze, prekariusze, mordory, ŁĄCZCIE SIĘ, lecz raczej przyjaźnie zachęcamy: ŁĄCZMY SIĘ, my proletariusze, my prekariusze, my mordory itd. Ten zabieg retoryczny uchodzi dzisiaj za najbardziej wydajny w użyciu. Wodzowie i kaznodzieje najchętniej tak zagrzewają swoich do jedności ze sceny, z ambony i drabinki, sugerując jednocześnie, że ci swoi to niemal my wszyscy, oczywiście z wyjątkiem osobników, którzy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pokazują raz na miesiąc modlącemu się mówcy białe róże nienawistki (rosae invidiae).

Jedność jest dla „MV” nakazem chwili, bo gazeta, rozdawana do tej pory tylko na Służewcu (nie na wyścigach, ale w zagłębiu korporacyjnym), trafia teraz do pracowników korporacji w trzech innych miastach: w Krakowie, we Wrocławiu i w Gdańsku. Za zwiększonym nakładem (z 30 do 70 tys. egz.) przyjdzie większa reklama – jak się spodziewa redaktor naczelna – ale na razie chodzi o wydajność majdaniarzy i wskazanie celów, które w przyszłości mogą zjednoczyć sam mordor. W pierwszym numerze już zabłysło kilka iskierek, z których może buchnąć płomień.

„Mordor Voice” odcina się od swojej przeszłości. Najpierw właścicielka i naczelna w jednej osobie odcięła się od wspólniczki, co dobrze zrobi tytułowi, bo jeśli dwie panie robią to samo, to nie jest to samo, co zresztą odnosi się także do panów. Rewolucyjne zerwanie z przeszłością widać już na łamach. Jeszcze w lutym tego roku w historycznym artykule „Seks w wielkim korpo” pismo lansowało tezę, że „częsty seks zwiększa odporność na stres, podnosi efektywność pracy w stendbaju i ogólnie poprawia samopoczucie”. Autor wskazywał windę w pracy jako miejsce do uprawiania wewnątrzkorporacyjnego seksu, wcale nie gorsze od ołpenspejsu, magazynu albo toalety. W majowym numerze już tego nie ma. Autor publikacji „Czy jadąc windą w krawacie mniej awanturujemy się” nie uwzględnia np. sekswindy w swojej stratyfikacji dźwigów osobowych. Jest tu chillwinda, winda regular i freakwinda. Jest też pomysł, aby windy w miarę możliwości DEDYKOWAĆ określonym oczekiwaniom pasażerów, no więc jeśli zjednoczony mordor ujawni roszczenia wzmożone narastającą potencją, potrzebna będzie taka inwestycja.

W kosztach należałoby uwzględnić cenę słownika frazeologicznego języka polskiego.

Dawniej „Głos Mordoru” drukował tylko rozmowy z uchodźcami z korporacji, a teraz w ogóle przecina pępowinę, która go łączyła z korpomatką. Naczelna, sama uciekinierka, pozwoliła w nowej odsłonie „MV” zrobić ze sobą wywiad. Rozmowa pełna jest śmiechu, zaznaczanego jak w stenogramie w nawiasach (śmiech – red.), żeby ułatwić czytanie ze zrozumieniem intelektualnym i emocjonalnym. Pełno też w niej bólu, ukrywanego pod konspiracyjnym hasłem, że „mordor to nie miejsce, to stan umysłu”. Na znak jedności z korpoludem naczelna redaktorka sadzi takie same byki językowe jak jej zbuntowany lud i np. myli karawan, który jedzie, z karawaną, która przecież idzie i idzie, nie zważając na szczekające psy. Pochwała polonistki z liceum w tym kontekście nie powinna być przez nią odwzajemniona.
Wiem po lekturze ABC korporacyjnego survivalu i np. wyznaniach autora czelendżowanego w korporacji codziennymi uwagami o hajer ekspektejszyns, że tu się rodzi rewolucja. Nie trzeba rozumieć języka korpoludków, żeby ujrzeć jutrzenkę swobody w ich przekonaniach i deklaracjach na łamach.

Justyna Szawłowska, właścicielka i redaktor naczelna „MV”, jest w stopce podpisana pod zdjęciem brodatego czytelnika swojego pisma. Spiskowanie wymaga wyrzeczeń.

Wydanie: 23/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy