Gdzie jest sprawiedliwość?

Gdzie jest sprawiedliwość?

O sędziach coraz częściej mówi się, że widzą paragrafy, a nie człowieka i jego sprawę

To jeden z wyroków, które w ostatnich miesiącach zbulwersowały wielu Polaków: Artur W. z Gogolina, oskarżony o zabójstwo 15-letniej Wiktorii C. (napadł na nią, pozbawił przytomności, ukradł telefon, po czym nieprzytomną dziewczynę utopił w kolektorze ściekowym), został we wrześniu skazany na 14 lat więzienia i zapłatę 200 tys. zł zadośćuczynienia rodzicom ofiary. Jeżeli w więzieniu będzie się zachowywał nienagannie, wyjdzie po siedmiu latach. Prokuratura żądała 25 lat – najsurowszej kary dla niepełnoletniego (w chwili zbrodni sprawca był 17-latkiem).

Sąd w Opolu uznał, że Artur W. nie zamierzał zabić Wiktorii C., a tylko godził się z możliwością jej śmierci, co stanowi okoliczność łagodzącą. To natomiast oznacza, że według sądu sprawca mógł też przewidywać, że nieprzytomna dziewczyna, tonąca w ściekach na dnie kolektora, ocknie się i wydostanie ze zbiornika. Było to zgodne z tokiem rozumowania obrończyni mordercy, która wnosiła o skazanie go tylko za rozbój, negując zarzut, że liczył się ze śmiercią ofiary. Ot, czysty przypadek, że straciła życie.

Jeszcze łagodniejszy wyrok zapadł w marcu w sprawie 24-letniego Mateusza K. z Lubartowa, który trzy lata temu poderżnął gardło swojej byłej dziewczynie, bo nie chciała do niego wrócić. Dostał 12 lat i nakaz zapłaty 100 tys. zł. Lubelski sąd uznał, że morderca w istocie pragnął pogodzić się z byłą partnerką, słał do niej romantyczne esemesy, w prezencie zrobił origami, ale widocznie usłyszał od niej coś, co wywołało jego atak gniewu, no i ją zabił. Mateusz K., pochodzący z zamożnej lekarskiej rodziny, miał dobrą obronę. Sąd uwzględnił ekspertyzę psychiatryczną, która wykazała, że mógł kierować swoim postępowaniem, ale miał ograniczoną poczytalność. Ponadto gdy kilkanaście minut po morderstwie pojechał na działkę swoich rodziców, postępował tak, jakby chciał popełnić samobójstwo – podpalił samochód, w którym siedział, a gdy poparzony wybiegł z płonącego auta, rzucał się na maski jadących ulicą samochodów. Zdaniem sądu powinno to stanowić przesłankę wydania łagodniejszego wyroku (rodzice zabitej jedynaczki nie podzielali tego przekonania).

Mateusz K. odsiedział już trzy lata, więc zapewne wyjdzie przedterminowo po następnych trzech. Wolności zakosztował zresztą wcześniej, bo złożył do sądu pozytywnie rozpatrzony wniosek o przerwę w wykonywaniu kary z powodu operacji. Miał bowiem rany po poparzeniach, a lekarze, do których sąd zwrócił się o ekspertyzę, uznali, że zabiegu nie można dokonać w żadnym szpitalu więziennym, lecz tylko na wolności, gdzie skazany przebywał jeszcze w październiku, choć zabieg został wykonany 19 września. Teoretycznie do szpitala należało go dowieźć z więzienia, ale sąd uznał, że morderca może wyjść na przepustkę, bo wróci. Zasądzonego zadośćuczynienia dotychczas nie zapłacił.
Nie wrócił – to jeden z wielu takich przypadków – 43-letni Roman P. odsiadujący 25 lat za zabójstwo. W czerwcu miał się stawić w więzieniu po zakończeniu przerwy w wykonaniu kary wymierzonej mu przez sąd penitencjarny. Dobrze, że chociaż nie słychać o żadnym dokonanym przez niego przestępstwie. To inaczej niż w przypadku 31-letniego recydywisty Roberta K., odsiadującego 13 lat za rozboje, pobicie i gwałt, który w wyniku decyzji opolskiego sądu (mimo negatywnej opinii wychowawcy więziennego) w grudniu 2015 r. wyszedł na trzymiesięczną przepustkę bez żadnych zobowiązań (w postaci np. regularnego meldowania się w komendzie policji). Robert K. przygotował sobie ucieczkę za granicę – ale w styczniu zgwałcił 22-letnią dziewczynę, która chcąc się ratować, wyskoczyła z okna i złamała kręgosłup. Szczęśliwie zamknięto go ponownie.

Praktycznie płazem uszło pielęgniarce zabicie własnego, niedawno urodzonego trzeciego dziecka, w czasie dyżuru szpitalnego. Dostała dwa lata z zawieszeniem, chociaż było to zabójstwo z premedytacją, bo nie stwierdzono u niej szoku poporodowego. Oskarżona z sali sądowej wyszła z uśmiechem, a wcześniej przewidywała, że tak właśnie sprawa się zakończy.

Podobnych przykładów sędziowskich decyzji budzących społeczne oburzenie można podać dużo więcej. Niemal zawsze są one całkowicie zgodne z przepisami. Czy także z elementarnym poczuciem sprawiedliwości? Niekiedy można mieć co do tego wątpliwości – i trudno zrozumieć, jakimi ścieżkami podąża rozumowanie sędziów (zwłaszcza jeśli – co się nierzadko zdarza – uzasadnienie jest niejawne).

Uczciwy też się boi

Ludzie nie muszą akceptować wszystkich wyroków. Ważne jednak, by jasne były dla nich motywy sędziowskich decyzji – i mieli przekonanie, że są one rozumne. Służy to budowaniu zaufania do trzeciej władzy, co jest jednym z warunków funkcjonowania państwa prawa.
Tego zrozumienia i zaufania do sądów wciąż w Polsce brakuje, do czego wszyscy po trosze się przyczyniają. Sędziowie – nie dbając o należytą komunikację ze społeczeństwem i wyjaśnianie mu zawiłości prawnych. Media – prezentując skrajny brak obiektywizmu i koncentrując się na najbardziej bulwersujących i sensacyjnych elementach postępowań. Społeczeństwo – lekceważąc podstawy edukacji prawnej i nie rozumiejąc, że ignorantia iuris nocet. Budowaniu szacunku dla sędziów nie sprzyjały telewizyjne występy sędziów Anny M. Wesołowskiej i Artura Lipińskiego w sensacyjnych programach udających rozprawy.

Osobne miejsce należy się tu obecnej władzy. Prawo i Sprawiedliwość już dawno słusznie uznało, że patologie naszego wymiaru sprawiedliwości, rzeczywiste czy medialne, stanowią znakomite paliwo wyborcze. Cóż, wcześniej rządzące ekipy z PO bardzo niewiele zrobiły, by je ograniczyć. Po wyborach parlamentarnych krytykowanie sędziów i szykowanie rozwiązań mogących ograniczyć ich niezawisłość stało się państwowym narzędziem realizowania celów PiS.

Sędziowie zresztą nie utrudniają tego zadania. Trudno bowiem uznać, że polski wymiar sprawiedliwości funkcjonuje idealnie. Nie bez racji wicepremier Mateusz Morawiecki krytykuje sądy za niefrasobliwą łagodność, zarzucając, że „puszczały z wyrokami skandalicznie niskimi ludzi, którzy okradali państwo polskie na setki milionów złotych”. Nie chodzi jednak tylko o przykłady łagodnych kar, nieodpowiadających ciężarowi drastycznych niejednokrotnie przestępstw. Są i przypadki, gdy wahadło bezsensownie przechylało się w drugą stronę. Wyrok 100 zł grzywny za kradzież wafelka o wartości 99 gr z zamianą na pięć dni aresztu (ociężały umysłowo sprawca odsiedział trzy, bo resztę grzywny wpłacił za niego dyrektor więzienia) czy podobne kary orzekane za wyniesienie ze sklepu soczków lub cukierków kosztujących niewiele ponad złotówkę pokazują, że polskim sądom czasem bardzo trudno trafić w sedno sprawiedliwości.

Z aresztem za pan brat

Od niesłusznego wyroku można wnieść apelację. Nie ma natomiast obrony przed wlokącymi się latami postępowaniami doprowadzającymi ludzi do załamania, a firmy do ruiny. Takie skutki często są nie do naprawienia, nawet jeśli uniewinnienie po latach otworzy drogę do walki o odszkodowania.

Na przykład pięć lat trwało, ostatecznie zwycięskie, starcie z wymiarem sprawiedliwości suwalskiej sędzi Grażyny Zielińskiej, oskarżanej o zwalnianie z aresztu i wydawanie łagodniejszych wyroków w zamian za łapówki i domowe wędliny. Dowodem były zeznania świadka, eksmilicjanta i przemytnika, które w końcu uznano za niewiarygodne, a sędzię uniewinniono. Inna suwalska sędzia oskarżona w tej sprawie nie doczekała się sprawiedliwości i popełniła samobójstwo.

Od 2009 r. ciągnie się proces (poprzedzony długim postępowaniem przygotowawczym) pięciu osób oskarżonych o zaniżenie ceny sprzedaży Zakładów Graficznych Domu Słowa Polskiego w Warszawie. Sprywatyzowane w 2002 r. zakłady już dawno nie istnieją. Sprawa wróciła natomiast do prokuratury w celu uzupełnienia dowodów i zapewne będzie toczyła się jeszcze długo.

12 lat trwał proces byłego przewodniczącego Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie Bronisława Wilka oskarżonego o korupcję. Od jednego zarzutu został uniewinniony, w drugim pomogło przedawnienie.

Dopiero pod koniec zeszłego roku zakończyła się sprawa słynnego lobbysty Marka Dochnala, zatrzymanego pod zarzutem korupcji w 2004 r. Dochnal dostał ostatecznie trzy lata, a w aresztach tymczasowych spędził prawie cztery. Niemal rok siedział więc za niewinność.
Od 2007 r. trwa sprawa rapera i producenta muzycznego Andrzeja Żuromskiego oskarżonego o handel narkotykami. Obecnie postępowanie jest zawieszone. Nie można bowiem przesłuchać oskarżającego go przestępcy, który gdzieś zniknął.

Nadal mamy do czynienia z praktyką aresztów wydobywczych, które zyskały dużą popularność podczas pierwszego ministrowania Zbigniewa Ziobry. Zasadą jest, że delikwent ma siedzieć dopóty, dopóki nie wydobędzie się z niego oczekiwanych zeznań – na ogół obciążających inną osobę, którą śledczy pragną zamknąć. Pomówienie ze strony przestępcy pragnącego uzyskać polepszenie swojej sytuacji jest zaś często uznawane przez sądy za taki sam powód do zamknięcia w areszcie jak zeznanie uczciwego człowieka.

O zastosowaniu najsurowszego środka zapobiegawczego, jakim jest areszt tymczasowy, decyduje sąd na wniosek prokuratora i w ponad 80% przypadków uwzględnia jego wnioski, ponieważ początkowo poznaje głównie argumenty na rzecz oskarżenia. Obrona nie zawsze zaś potrafi przekonać sąd, że podejrzany czy oskarżony może zostać na wolności.

Wieloletnie areszty wciąż nie są więc niczym niezwykłym. Twórca Amber Gold Marcin P. siedzi od 2012 r. i prędko nie wyjdzie, bo jego rozpoczęty w marcu proces będzie trwał latami. Teraz telewizyjny teatr medialny koncentruje się na badającej aferę Amber Gold sejmowej komisji śledczej, która podobno odkrywa gigantyczne nadużycia prokuratury w tej sprawie.

Dyskretny urok korupcji

Czy jeszcze ktoś pamięta komisję śledczą badającą porwanie i zamordowanie Krzysztofa Olewnika, która zakończyła pracę pięć lat temu? Komisja sformułowała wiele wniosków, ale nie zrobiono z nich użytku. Oficerów policji, oskarżonych o zaniedbywanie – niekiedy bardzo dziwne – obowiązków przy wykrywaniu tej zbrodni, nie spotkała żadna kara. Doczekali przedawnienia. Tajemnicze zgony w więzieniu trzech morderców Olewnika uznano natomiast za samobójstwa.

Złą kartą, zapisywaną od paru lat przez polskich sędziów, są ich decyzje w sprawach reprywatyzacyjnych. Trudno pojąć, dlaczego cwaniaków skupujących roszczenia reprywatyzacyjne sędziowie ustanawiali kuratorami zaginionych właścicieli (którzy często musieliby mieć ponad sto lat). Niestety, trudno nie pomyśleć, że w tych przypadkach mogło dojść do korupcji: sędziowie ustanawiali handlarzy roszczeń kuratorami „osób nieznanych z miejsca pobytu”, a potem urzędnicy bezprawnie oddawali tym kuratorom nieruchomości.

Nic dziwnego, że Polacy źle oceniają sądy. Tylko raz, pod koniec 2007 r., po porażce wyborczej PiS, w badaniach opinii społecznej sądy otrzymały więcej ocen dobrych (ok. 43%) niż złych (ok. 32%). W najnowszym sondażu, z marca br., 29% respondentów oceniło sądy dobrze, a 46% źle.

Wobec sądów czujemy nie tyle respekt, ile bezsilność – nie tylko w sprawach karnych, w których gwarancje proceduralne dla stron są dość mocne, ale i w cywilnych. Czyli tam, gdzie przewija się normalne, a nie patologiczne życie społeczeństwa.

Chyba każdy, kto miał okazję być stroną w sprawie cywilnej bez pomocy adwokata (co dość często się zdarza, bo usługi adwokackie są drogie, a o bezpłatnej pomocy prawnej w sprawach cywilnych trudno marzyć), przekonał się, jak trudno od sędziego uzyskać jakiekolwiek objaśnienia czy informacje pozwalające na bardziej świadome uczestniczenie w postępowaniu. Sędzia może pytać – to oczywiste. Ale czy naprawdę musi być tak, że sędziego trudno o cokolwiek zapytać (a listownie jest to w ogóle nierealne, bo nie raczą odpowiadać)?

Paragrafy i żywi ludzie

Ponad pół wieku temu tak zatytułował swoją książkę prof. Jerzy Sawicki. Dziś o sędziach coraz częściej mówi się, że widzą paragrafy, ale nie widzą człowieka i jego sprawy. To jest coś, co trudno udowodnić, ale jest zauważane przez większość obserwatorów naszego sądownictwa.
Może niedostrzeganie człowieka to skutek uboczny kształcenia w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury, która miała ujednolicić szkolenie na aplikacjach sędziowskich, ale chyba stwarza za mało okazji do bezpośredniej obserwacji pracy doświadczonych sędziów? A może też nieuchronny efekt zmiany pokoleniowej, która kilka lat temu doprowadziła do odmłodzenia kadry sędziowskiej? Według raportu CBOS z końca 2011 r. „Stan kadry sędziowskiej”, sędziowie przeciętnie zaczynają pracę w wieku 31-32 lat, a średni wiek sędziów sądów rejonowych, których jest najwięcej, to 35-40 lat.

W prawidłowym ocenianiu ludzi i czynów trudno też liczyć na ławników. Od lat bowiem ich stanowiska są łupem pomniejszych działaczy partii rządzących w samorządach oraz krewnych i znajomych królika.

Być może wreszcie sędziom nieco przeszkadza, nierzadkie niestety, ich przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Celnie, szczerze i prosto ujęła to na tegorocznym Kongresie Sędziów Irena Kamińska z Naczelnego Sądu Administracyjnego, mówiąc, że sędziowie „to jest zupełnie nadzwyczajna kasta ludzi”. Za jej słowa przeprosiło potem Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia.

Inna sprawa, że w wyjrzeniu poza paragrafy nie pomagają sędziom procedury, które w ostatnich kilkunastu latach zmieniały się wielokrotnie – i niemal zawsze w kierunku coraz niekorzystniejszym dla obywateli.

W Polsce można np., nic o tym nie wiedząc, zostać skazanym przez sąd na zapłatę kary w postępowaniu nakazowym lub upominawczym. Ktoś, kto wyjechał na parę tygodni i nie odebrał listu poleconego, dopiero od komornika dowie się, że musi płacić (z dodatkowymi kosztami związanymi z rozpoczęciem egzekucji). Gdy pozwany otrzyma informację w porę, może oczywiście wnieść sprzeciw i wtedy sprawa zostanie znowu rozpatrzona przez sąd. Tyle że nie zostanie powiadomiony o tym, jaki wyrok zapadł podczas ponownej rozprawy (a bardzo często sędziowie wydają wyroki jakiś czas później, by mieć czas na zastanowienie). Jeśli więc zechce poznać finał sprawy i ewentualnie wnieść apelację, musi najpierw dzwonić do sądu i pytać, czy wyrok już zapadł, po czym udać się osobiście do jego siedziby (która może być w innym mieście) i poprosić o wydanie odpisu wyroku, a potem jeszcze o sporządzenie jego uzasadnienia.

W procedurze cywilnej obowiązują natomiast reguły nakazujące zgłaszanie wszystkich wniosków dowodowych bezzwłocznie (czyli w praktyce na samym początku postępowania). Dowody przedłożone później nie są brane pod uwagę. Z tym wymogiem lepiej radzą sobie ludzie, których stać na wynajęcie adwokatów, sporządzających możliwie wcześnie jak najwięcej wniosków dowodowych. Oczywiste kłopoty mają zaś biedniejsi i mniej zaradni. Wprawdzie sąd może uwzględnić także dowody złożone później, jeśli wnosząca je osoba wykaże, że nie mogła ich przedstawić wcześniej, w praktyce jednak sędziowie nie chcą dokładać sobie pracy, godząc się na późniejsze dopuszczanie wniosków dowodowych.

Natomiast w sądach karnych w zeszłym roku wprowadzono zmianę polegającą na tym, że rozprawa jest sporem toczonym przez oskarżenie i obronę. Sędzia tylko ocenia, czyje argumenty są mocniejsze, i na tej podstawie wydaje wyrok. Sędziowie oczywiście powitali tę nowość z aprobatą, bo ujmowała im pracy (nie musieli już sami przesłuchiwać świadków i troszczyć się o gromadzenie dowodów). Biedniejsi oskarżeni, bronieni z urzędu, mieli jednak mniejsze szanse w starciu z oskarżycielami.

PiS w kwietniu cofnęło w parlamencie tę zmianę, co akurat było słusznym posunięciem (i jednym z powodów konfliktu tej partii ze stanem sędziowskim), ale sprawy rozpoczęte pod rządami zreformowanej procedury muszą być prowadzone według jej przepisów.

Czucie i wiara czy szkiełko i oko

W powszechnym przeświadczeniu sprawy w sądach się wloką. Opinii o przewlekłości postępowań nie potwierdzają jednak statystyki. Z danych Unii Europejskiej wynika, że w 2012 r. sporne sprawy cywilne i gospodarcze trwały u nas średnio ok. 200 dni (danych o sprawach karnych nie było).

Zdaniem sędziego Waldemara Żurka, rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa, statystyki wymiaru sprawiedliwości pokazują, że polscy sędziowie pod względem czasu załatwiania spraw plasują się w środku tabeli. Czas postępowań jest u nas niewiele dłuższy niż w Niemczech, choć tam na wymiar sprawiedliwości wydaje się rocznie 100 euro na osobę, a w Polsce 37 euro.

Podobny jest wydźwięk najnowszego raportu Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości (IWS) zatytułowanego „Sądownictwo. Polska na tle pozostałych krajów Unii Europejskiej”. Raport oparto na danych Europejskiej Komisji na rzecz Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ) z 2014 r. Mówią one, że w Polsce załatwia się tylko 89% procesowych spraw cywilnych napływających w ciągu roku do sądów. Średni wskaźnik dla Europy to 103%, czyli załatwianie wszystkich spraw z danego roku i 3% z lat ubiegłych. Najlepiej wypadają – o dziwo – Włochy, gdzie sądy dają sobie radę ze 131% spraw.

Efektywność poniżej 100% może świadczyć o dość niskiej sprawności systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Z drugiej jednak strony procesy nie są u nas zbyt długie.

Jak wskazuje raport IWS, średni czas trwania procesowej sprawy cywilnej i gospodarczej wynosi w Polsce 195 dni, a w Europie 282 dni (wicepremier Morawiecki mówi, nie wiadomo na jakiej podstawie, że w Polsce na wyrok w procesie gospodarczym czeka się średnio prawie 800 dni).

Nie nagorzej wygląda też bieg spraw karnych. W pierwszej instancji trwają one u nas 114 dni – dużo poniżej średniej europejskiej wynoszącej 174 dni.

Nie da się ukryć, że te wyniki wyraźnie różnią się na korzyść od naszego przeświadczenia o nierychliwości polskich sądów.

Potrzebni są mistrzowie

W styczniu tego roku przedstawiciele stowarzyszeń skupiających osoby, które uważają, że zostały skrzywdzone przez sądy, spotkali się z członkami poselskiego zespołu na rzecz nowej konstytucji (nie uczestniczą w nim posłowie z PO i PSL), aby domagać się wpisania do ustawy zasadniczej jakiejś formy kontroli nad władzą sądowniczą. Ich zdaniem dziś w wyniku braku tej kontroli reprezentanci wymiaru sprawiedliwości są praktycznie całkowicie bezkarni. Podobne inicjatywy są oczywiście wodą na młyn PiS oraz ministra Zbigniewa Ziobry.
Tyle że dużo łatwiej wyliczać niedomagania naszego wymiaru sprawiedliwości, niż znaleźć na nie skuteczną terapię bez naruszenia podstawowej reguły państwa prawa, jaką jest niezawisłość sądów. Dotychczas nikomu się to nie udało.

Najwięcej zależy tu od samych sędziów. Na pewno poprawa nie nastąpi, jeśli nie będą oni ciągle doskonalić swych umiejętności, uczyć się od starszych i bardziej doświadczonych, skutecznie korzystać z rozlicznych kursów i szkoleń, jakie mają do dyspozycji.

Urząd sędziego jest słusznie nazywany koroną zawodów prawniczych. Wielką władzę wymierzania sprawiedliwości wykonują ludzie gruntownie wykształceni, po studiach i trudnej Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Ale to często nie wystarcza. Potrzebny jest jeszcze kurs mistrzowski. Zawodowy i życiowy.

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy