Patryk przeżył cudem

Patryk przeżył cudem

Siedem razy ginekolog robił USG ciężarnej pacjentce. Nie widział poważnej wady dziecka

W listopadzie ub.r. w reportażu „Oskarżam lekarzy” napisałam o osobistej tragedii związanej ze śmiercią mojego nowo narodzonego dziecka. Napisałam wówczas, że drżę na myśl, iż w chwili, gdy opłakuję moją Marysię, ci sami lekarze, którzy błędnie diagnozowali moją ciążę, badają teraz inną kobietę. Otrzymałam mnóstwo listów i e-maili z opisem podobnych tragedii. Małgorzata Sowisło w opisanym przeze mnie szpitalu miejskim w Piekarach Śląskich przeżyła najdramatyczniejsze wydarzenia swojego życia.

Dziura w brzuchu

Małgorzatę bolą ręce, krzyż i mięśnie brzucha od ciągłego noszenia Patryka. Gdy pada ze zmęczenia, zastępuje ją teściowa, mąż lub teść. Wszyscy z niepokojem obserwują małego. Każdy płacz, nadmierne ulewanie, zbyt twardy brzuszek kończą się wyjazdem do szpitala lub wzywaniem pogotowia. Nie są przewrażliwieni. Jeszcze kilka tygodni temu bali się, że Patryka w ogóle nie będzie.
Małgorzata Sowisło nie miała kłopotów z zajściem w ciążę. Ma wszelkie predyspozycje fizyczne do bycia matką. Doktora Andrzeja S. poleciła jej szefowa z zakładu optycznego, w którym Małgosia pracuje. – To bardzo miły lekarz – zapewniała.
Rzeczywiście, okazał się nader troskliwy. W czasie ciąży przyjął ją 12 razy, siedem razy zrobił USG. Przyjmował w szpitalu lub w gabinecie prywatnym.
– Zawsze wszystko było w porządku – opowiada Małgosia. – Gdy byłam w siódmym miesiącu, mówił, jaki to zdrowy i duży chłopak, większy niż przeciętnie. Do tego ma dużą armatkę – śmiał się. Nie zorientował się, że ta „armatka” to jelita na wierzchu i niezrośnięte powłoki brzuszne.
Gdy nadszedł dzień porodu, mąż Małgosi postanowił uczestniczyć w przyjściu potomka na świat. Oboje są młodzi – ona ma 22 lata, Rafał 25. Jeszcze nigdy nie widzieli noworodka.
Wszystko przebiegało prawie normalnie. Prócz tego, że wody płodowe miały paskudny, zielonobrązowy kolor, nie zdarzyło się nic niepokojącego. – Urodził się chłopak – poinformowała położna i nagle zaniemówiła. Dwaj lekarze, położna i pielęgniarka wpadli w popłoch. Tylko Rafał zrazu nie był niczego świadomy. Myślał, że tak powinno wyglądać dziecko – z niewielkim otworkiem w brzuszku i wystającym czymś, co wziął za pępowinę. Niestety, były to jelita.
– Nie wiedziałam, co się dzieje – opowiada Małgorzata ze łzami w oczach. – Zabrali mi synka, nie mogłam go nawet dotknąć. Wsadzili do inkubatora i wezwali karetkę z kliniki dziecięcej w Katowicach-Ligocie. Mój mąż wybiegł z sali z głośnym płaczem, a ja wpadłam w histerię. Dali mi coś na uspokojenie. Pytali tylko, kto robił mi USG, i krótkim strasznym słowem określili mojego lekarza, którego zresztą nie było przy porodzie.

Przez trzy dni walczył o życie

Patryk cierpiał na schorzenie, które nazywa się wytrzewienie jelit. Robiąc USG, lekarz powinien zauważyć niepokojące objawy.
– Obraz przypomina plaster miodu leżący w płynie owodniowym – informuje doc. Janusz Świetliński, kierownik Kliniki Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. – Podczas badania USG można to zauważyć już w 17.-19. tygodniu ciąży. Stwierdza się wówczas także podwyższone stężenie alfa-fetoproteiny i acetylocholinoesterazy w płynie owodniowym. Ostatecznym potwierdzeniem takiej diagnozy jest podwyższony poziom alfa-fetoproteiny w surowicy krwi matki. W takim przypadku ciążę kontynuuje się do szóstego, góra siódmego miesiąca i rozwiązuje ją za pomocą cesarskiego cięcia – aby jelitka nie uszkodziły się przy przechodzeniu przez kanał rodny i powłoki skórne nie zamknęły się zbyt mocno, uniemożliwiając włożenie narządów do środka. Dziecko powinno rodzić się w specjalistycznej klinice z oddziałem chirurgii dziecięcej. Postępowanie po porodzie polega na zabezpieczeniu dziecka przed wyziębieniem i odwodnieniem z powodu dużej utraty wody i ciepła z powierzchni jelit. Jelita po porodzie narażone są na niedokrwienie i szybką martwicę.
Przy właściwym postępowaniu zagrożenie życia noworodka jest niewielkie. Przy naturalnym porodzie, do jakiego dopuścił lekarz prowadzący ciążę Małgosi, uratowanie Patryka było cudem. – Przez trzy dni żyliśmy w niepewności, czy syn przeżyje – mówi Rafał. – Byłem przy nim cały czas, potem Małgosia wyszła ze szpitala na własne żądanie i jeździliśmy do niego na zmianę.
– Nie pozwoliłam go ochrzcić, aby nie zapeszyć – mówi Małgosia. – Przez cały czas utrzymywałam pokarm, bo liczyłam na to, że będę mogła go karmić.
Gdy zobaczyła go po raz pierwszy, przeżyła szok. Igła w główce, jątrząca się rana na nóżce, skomplikowana aparatura wspomagająca życie. W dzień siedziała w szpitalu, w nocy modliła się o zdrowie synka. Kilka dni po porodzie Rafał z ojcem dostrzegli lekarza S. przed jego gabinetem. – Byłem bliski rękoczynu – opowiada dziadek Patryka – tym bardziej że pan doktor z miłym uśmiechem powiedział, że przecież dziecko miało tylko jakąś małą przepuklinkę i nie ma się czym przejmować; w tym czasie wnuk walczył o życie. Z trudem opanowaliśmy się, aby nie rozkwasić tego milutkiego uśmiechu. Cóż, może właśnie dzięki takiej aparycji doktor został radnym w naszym mieście.
Sowisłowie zgłosili sprawę do prokuratury, która prowadzi postępowanie przygotowawcze. Każdemu, komu tylko mogą, odradzają leczenie się u pana S.
Patryk ma teraz prawie trzy miesiące. Musi być pod stałą kontrolą chirurga i gastroenterologa. Małgosia nie może go karmić, bo przez sześć tygodni pobytu w szpitalu przyzwyczaił się do butelki i sztucznego pokarmu. – Jesteśmy tak wstrząśnięci, że postanowiliśmy nie mieć więcej dzieci – mówią młodzi rodzice. – Cieszymy się, że dzięki fachowości lekarzy z kliniki na Ligocie mamy Patryka. Zajęto się tam nie tylko nim, także nami. Wyjaśniono nam wszystko, co było i co może jeszcze się zdarzyć. Dziękujemy Bogu, że Patryk żyje, ale lekarzowi nie popuścimy.

Niedouczeni

Bezpośredni przełożony Andrzeja S. zgodził się na prywatną rozmowę i prosił, abym nie ujawniała jej szczegółów, tym bardziej że błąd powstał poza szpitalem, gdyż Małgosia była prywatną pacjentką doktora S. Powiedział jednak ważne zdanie, które chciałabym przytoczyć: – Lekarze uczą się całe życie, a największą wiedzę zdobywają w praktyce. O naszych porażkach jest głośno, ale o sukcesach cicho. A my nie możemy uniknąć porażek.
Błędy w diagnostyce płodu powstają często z braku dobrego przygotowania lekarzy do odczytywania obrazu USG. Szkolenia w tym zakresie są prowadzone przez akademie medyczne lub stowarzyszenia ultrasonograficzne. Za każde lekarz musi płacić z własnej kieszeni. Jednodniowy kurs kosztuje 500 zł. Szpital w Piekarach Śląskich – podobnie jak setki innych placówek – nie ma funduszy na dokształcanie specjalistów.
Patryk musi teraz odbyć długą, kilkumiesięczną rehabilitację. Na skutek ciężkiego stanu po porodzie stwierdzono u niego obustronną przepuklinę, skrzywienie kręgosłupa, zwiotczenie mięśni nóg i słabe mięśnie brzuszka. Rehabilitacja powinna odbywać się dwa razy w tygodniu, rodzice najprawdopodobniej sami muszą za nią zapłacić. Czy to nie skandal?

 

Wydanie: 13/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy