Gest Morawieckiego

Gest Morawieckiego

Komisja Europejska uruchomiła w stosunku do Polski art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, co stawia nasz kraj w sytuacji trędowatego. Niby w Unii jesteśmy, ale nas się brzydzą. A może być jeszcze gorzej.

Dodajmy jeszcze jedno – Komisja to nie jest, jak przedstawia to rządowa propaganda, dwóch, trzech urzędników, Timmermans, Juncker i jeszcze ktoś. To są komisarze ze wszystkich państw członkowskich UE. Jeżeli więc Polska jest wystawiana za drzwi, to na mocy decyzji całej Europy.

I teraz pytanie zasadnicze – czy tak musiało być? Czy można było temu zapobiec, ewentualnie to głosowanie jakoś przełożyć?

Tego pewnie się nie dowiemy. Za to na pewno wiadomo, że polska dyplomacja nic w tej sprawie nie zrobiła. Czekaliśmy na unijną decyzję, gwiżdżąc sobie na nią i nawet nie starając się w tej sprawie lobbować.

Skąd ta wiedza? Stąd, że Polska od miesięcy nie ma ambasadora w Unii i nic nie wskazuje na to, by chciała ten stan zmienić. Ba, wygląda to tak, jakby polski rząd specjalnie chciał jak najgorszych stosunków z Unią (której wciąż jesteśmy częścią).

Na początku października 2017 r. w zbiorze zastrzeżonym Instytutu Pamięci Narodowej cudownie odnaleziono dokumenty wskazujące, że ówczesny ambasador RP przy UE Jarosław Starzyk był współpracownikiem służb specjalnych PRL. Zdaje się, że chodziło o wywiad wojskowy. Po tej informacji Starzyk podał się do dymisji. Nawiasem mówiąc, ku cichej satysfakcji tych, którzy go znali, bo taki był sympatyczny. Koniec, kropka.

Owszem, możemy uznać, że spalenie Starzyka to efekt wojny, którą w tamtym czasie Andrzej Duda toczył z Antonim Macierewiczem. I jeden drugiemu odstrzeliwał urzędników, nie bacząc na cokolwiek. Ale nie bądźmy dziećmi! Jak dowodzi przykład Andrzeja Przyłębskiego, zarzuty o współpracę z PRL-owskimi służbami nie są w PiS i w MSZ traktowane zbyt poważnie. Gdyby Waszczykowski chciał Starzyka obronić, toby go obronił. Jakoś by go wytłumaczył.

A skoro już Starzyk wrócił do Warszawy, czym prędzej trzeba było zamontować w Brukseli kompetentnego następcę. Czyli jakiego? Specyfika tej placówki polega na tym, że w Brukseli pracują najlepsi dyplomaci, najbardziej doświadczeni, stare wygi, na dodatek znający się od lat. Żaden świeżak nie ma tam szans. Z tej specyfiki szefowie MSZ zdawali sobie sprawę, zawsze kierując na stanowisko ambasadorów przy Unii ludzi z najwyższej półki.

Jak widać, Witold Waszczykowski takiej osoby albo nie miał, albo nie potrafił znaleźć. Pozostawił więc placówkę pod kierownictwem 40-letniego chargé d’affaires. Tym samym odpuszczając sobie jakiekolwiek próby oddziaływania na brukselski establishment.

Co gorsza, mając w perspektywie sprawę art. 7 plus nadchodzące negocjacje budżetu Unii i inne sprawy, typu wycinka w Puszczy Białowieskiej.

Trudno to postępowanie i Waszczykowskiego, i rządu racjonalnie tłumaczyć. Wygląda to tak, jakbyśmy już Unię sobie odpuścili, jakbyśmy już nie chcieli czegokolwiek tam załatwiać. Symbolem tego jest zresztą zachowanie premiera Mateusza Morawieckiego, który opuścił przedwcześnie szczyt Unii. Poprosił premiera Węgier, by reprezentował Polskę i wrócił do Warszawy. Bo miał… ważne spotkanie z ministrem koordynatorem ds. służb specjalnych. To co, szef szpiegów nie mógł na niego dwie godziny poczekać?

Żałośnie to wygląda.

Wydanie: 1/2018

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy