„Gizmo” idzie w koronę

„Gizmo” idzie w koronę

Prawda jest taka, że od 20. roku życia byłem bandytą

„Gizmo” wrócił na Wybrzeże z podboju Francji. Początkowo pomieszkiwał u znajomych. Poszedł do starych kumpli z dzielnicy, a ci załatwili mu robotę na bramkach w dwóch gdyńskich dyskotekach. Budował sobie legendę legionisty, który zdezerterował, bo nie znosił wojskowego drylu. Chciał być akceptowany i poważany w towarzystwie, a służba w Legii Cudzoziemskiej, choć krótka, dawała prestiż. Przynajmniej w tym środowisku.

– Spierdoliłem, bo byle szmaciarz nie będzie mi rozkazywał – tłumaczył kumplom.

Ci chętnie proponowali go do obstawiania bramek w knajpach, bo wiedzieli, że „Gizmo” nie pęka i cały czas utrzymuje świetną formę. (…)

Obstawianie bramek w nocnych klubach wiązało się też z wsiąkaniem w półświatek. A ten wciąga i potrafi zachwycić, bo to szybka i łatwa kasa. (…) „Gizmo” dzięki kontaktom z knajp poznał ludzi, którzy tak naprawdę rządzili w Trójmieście. Był rok 1995 i na Wybrzeżu rozkwitała gangsterka. Kłosińskiemu imponowali chłopaki z miasta. Zawsze mieli grubą kasę. (…) Na razie jednak musiał być wykidajłą, choć marzył, że wkrótce będzie jak chłopaki z miasta.

Wtedy też zakochał się w Aśce. Szybko razem zamieszkali i wkrótce spodziewali się dziecka. (…)

„Gizmo”: Miałem jakby podwójne życie. Jedno – dom, konkubina, kochane dziecko i dbanie, by mieli to, co najlepsze; a drugie – „praca”, czyli bandyterka, z której się utrzymywaliśmy. Kradzieże i rozboje traktowałem jak zwykłą robotę. (…)

Już po decyzji o tymczasowym aresztowaniu „Gizmo” został przewieziony do Sztumu. To ciężkie więzienie dla recydywistów na trasie między Malborkiem a Kwidzynem. Więźniowie mówią o nim polskie Guantanamo, bo rygor jest dużo większy niż w innych kryminałach. „Gizmo” dostał enkę, czyli celę dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. To nora z niewielkim okienkiem na wysokości głowy. Ma 6 m długości i jakieś 1,5 m szerokości. Miejsca starcza na kojo i mały metalowy stolik. Sprzęty są przykręcone do podłogi. Jest jeszcze sracz i oczywiście oko kamery, które śledzi więźnia 24 godziny na dobę. (…) Enka to nie tylko absolutna izolacja i brak kontaktu z innymi, ale też ciągłe upokarzanie. Na przesłuchania do sądów jeździ się w specjalnych konwojach. Nie ma możliwości samodzielnego spacerowania, zawsze w eskorcie kilku klawiszy, ze skutymi nogami i rękoma, truchtem i w pozycji pochylonej. (…).

Nie takiego finału spodziewał się „Gizmo”. W jednej chwili rozpadł się jego poprzedni świat. (…)

Złamiemy mu łapę, to będzie pamiętał o długach

Początkowo „Gizmo” nie był znany w gdyńskim półświatku. Ot, kolejny dresiarz wykidajło, jakich wielu wówczas podczepiało się pod lokalne gangi.

Pierwsze poważniejsze zlecenie dostał od „Królika”, szefa siłowni na Grabówku, gdzie przerzucał tony żelastwa. Była jesień 1997 r. Mieli odzyskać kilkanaście tysięcy złotych długu od właściciela sklepu spożywczego, który mieszkał niedaleko klubu. Wieczorem „Gizmo” zapukał do jego drzwi w czteropiętrowym bloku. Był z dwoma kumplami. Powiedzieli, że są z mleczarni i będzie musiał z nimi pojechać i pogadać. Sklepikarz jeszcze niczego się nie obawiał, choć goście groźnie wyglądali. Ubrał się i spokojnie wsiadł do terenówki, którą przyjechali „Gizmo” z kumplami.

– Długi się oddaje – przywitał go kolega Kłosińskiego. – Pojedziemy w ciche miejsce pogadać.

Oplem fronterą pojechali 20 km za Gdynię. Krętymi drogami wjechali w lasy pod wejherowskim Koleczkowem. (…) Gdy wysiedli z auta, słychać było jedynie szelest liści, po których schodzili z leśnej drogi. Kumpel Kłosińskiego przywalił sklepikarzowi pięścią w twarz. Gdy ten upadł, „Gizmo” złapał go za rękę i zrobił dźwignię na obojczyku. Rozległ się trzask kości, a delikwent nie wytrzymał bólu i zemdlał.

– Złamiemy mu drugą łapę, to będzie pamiętał, żeby długi oddawać – krzyczał podniecony „Królik”. (…)

Pobitego zostawili w lesie. Pojechali po kasę do właściciela hurtowni. Za pobicie dłużnika dostali po tysiącu na głowę. Pierwsza robota nie skończyła się dobrze dla „Gizma”. Sklepikarz zgłosił sprawę na policję. Wpadli „Królik” i właściciel hurtowni jogurtów. „Gizmo” musiał zniknąć. Na miesiąc wyjechał do Niemiec. Kasę wyłożył „Królik”. Kiedy sprawa przycichła, wrócił do Polski.

Po pobiciu szefa szalikowców Arki Gdynia „Gizmo” miał coraz więcej znajomości w półświatku. Regularnie dostawał zlecenia na pobicia za długi. Nie zawsze sam jeździł na akcje. Czasem ściągał kumpli i potem odpalał im dolę. Przykładowo za pobicie dłużnika znanej sieciówki prowadzącej telesprzedaż sprzętu AGD zainkasował 2 tys. dol. Wykonawca dostał 500 zielonych. Tyle kosztowało pobicie do nieprzytomności – złamanie szczęki i nosa. (…)

Fragmenty książki Krzysztofa Wójcika, Psy wojen, Rebis, Poznań 2017

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 42/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 42/2017

Kategorie: Kraj
Tagi: przestępcy

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy