Straszenie śmiercią klasy średniej to niedorzeczność

Straszenie śmiercią klasy średniej to niedorzeczność

Polski Ład premiera Morawieckiego to „polska łatka”. Oszczędny program, a nie żadna antyliberalna rewolucja


Łukasz Komuda – ekonomista, ekspert Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, współtwórca podcastu „Ekonomia i cała reszta”. Redaktor, autor przekładów książek ekonomicznych, komentarzy i analiz.


 

Czy 10 tys. zł to dużo?
– Zależy oczywiście dla kogo. W Polsce dla osoby zarabiającej płacę minimalną i zadłużonej to majątek, jakiego sama nie zaoszczędzi przez kilka lat. Dla osoby należącej do 1% najzamożniejszych to pewnie miła premia do miesięcznej pensji, ale 10 tys. w jedną stronę czy drugą nie robi komuś takiemu zasadniczej różnicy. Mamy w naukach społecznych pojęcie granicznej wartości dobra, w tym pieniądza, które sugeruje, że za pewną granicą bogactwa nawet z dużych pieniędzy trudno zrobić zauważalny pożytek.

Pytam rzecz jasna dlatego, że w Polsce trwa od pewnego czasu dyskusja o granicach klasy średniej – czy ktoś, kto zarabia owe 10 tys. miesięcznie, jest krezusem, czy średniakiem?
– To ciekawe, jak nerwowo ludzie reagują dziś na zapisanie ich do klasy wyższej. Ile złości budzi w człowieku, który zarabia dwie, trzy lub cztery przeciętne pensje, nazwanie go bogatym! Ekonomiści wymyślili, żeby po prostu ująć w ramach klasy średniej tę połowę społeczeństwa, która zarabia medianę dochodu na rękę per capita – lub nieco powyżej albo poniżej tej kwoty. Zgodnie z najczęściej stosowanymi miarami klasa średnia stanowi ok. 54% polskiej populacji w wieku 24-64 lata. Od tej połowy średniaków biedniejsze jest 30% społeczeństwa, a zamożniejsze kolejne 16%. Sam wzór jest dość skomplikowany, ale założenia tego myślenia są proste, prawda? W Polsce to oznacza, że w środku są osoby, które mają między 1,5 tys. a 4,5 tys. zł gotówki na osobę w gospodarstwie domowym.

I część osób, gdy widzi te liczby, mówi, że sobie z nich kpicie. 1,5 tys. zł na osobę to nie jest żadna klasa średnia, bo dziś za tyle pokoju albo kawalerki w Warszawie nie wynajmiesz, nie mówiąc już o utrzymaniu się – krzyczą. I ja, prawdę mówiąc, tej irytacji się nie dziwię.
– Ja też się nie dziwię. Ale to kwestia zderzenia wyobrażeń o klasie średniej z popkultury i telewizji z rzeczywistością ekonomiczną. Stereotyp mówi, że osoba z klasy średniej może jeszcze nie lata na wakacje na Malediwy, ale domek na przedmieściach i własne auto ma. Niestety, to mit, a konkretnie połączenie dwóch mitów. Obietnicy III RP o tym, jak powinno wyglądać przyzwoite życie w kapitalizmie, i wyobrażenia o potędze klasy średniej z krajów zamożnego Zachodu. Nakarmieni tymi mitami myślimy, że mały domek na własność i zdolność oszczędzania to jakieś życiowe minimum. Tymczasem w polskich warunkach własna nieruchomość może oznaczać już milionowy majątek, a według danych 40% gospodarstw domowych wciąż nie posiada żadnych oszczędności. Dlatego ekonomiczne, dochodowe podejście do klas społecznych budzi sprzeciw. Te granice klasy średniej wydają się z obu stron zaniżone. 1,5 tys. zł – przecież za tyle ktoś głoduje i właściwie trzeba mu pomóc! A niecałe 5 tys. zł z drugiej strony to przecież także, jak się wydaje, żadna zamożność – nikt za tyle nie kupi sobie ani domu, ani jachtu, ani sportowego samochodu.

Ale to nie jest tylko polski przypadek. Młody Włoch albo Hiszpan, którego nie stać nawet na kawalerkę i mieszka z rodzicami do 30. roku życia, zarabiając pensję minimalną, również by się zezłościł, gdyby ktoś chciał go zapisać do klasy średniej.
– To jest problem z ekonomistami. Często zupełnie arbitralne liczby i stworzone na ich podstawie granice – inflacji czy zadłużenia – każemy traktować jako święte i obowiązujące. W rzeczywistości nic nie jest takie proste. Ale spójrzmy, co by było, gdyby nagiąć te ekonomiczne granice klasy średniej do oczekiwań ludzi na temat stopy życiowej i ich potrzeby porównywania się z zagranicą – szybko by się okazało, że np. 70% Polek i Polaków należy do klasy niższej, choć mają etat, stabilną pracę i może nawet jakieś oszczędności. Czy to byłoby uczciwsze? Czy wtedy nie irytowalibyśmy ludzi? Każdy model pozostawi kogoś niezadowolonym. Ale jasne, czasem i ja muszę sam sobą potrząsnąć i zastanowić się, czy trzymam się tego ułamka albo procenta, bo ma to uzasadnienie, czy po prostu uległem czarowi okrągłych liczb.

Po tym jak premier ogłosił założenia Polskiego Ładu, część publicystów zaczęła wieszczyć rychły koniec klasy średniej, która umrze pod ciężarem nowych obciążeń podatkowych. Słusznie?
– Dotychczasowy polski system podatkowy to było kuriozum. Biedniejsi płacili proporcjonalnie większy odsetek swoich dochodów w podatkach i składkach niż bogaci. To jest coś, czego nikt nigdzie na świecie świadomie nie buduje. Trudno znaleźć nawet jakieś ultraliberalne czy libertariańskie argumenty za taką konstrukcją – tam dominuje raczej marzenie o idealnym podatku liniowym zanurzonym w próżni, takim samym od każdej formy dochodu. PiS w Polskim Ładzie proponuje pewne łagodne zmiany w stronę progresji. Ale nie ma tam przecież kolejnego progu, radykalnej podwyżki stawek, za to znajdziemy kilka elementów łagodzących. Mówienie o jakiejś zagładzie klasy średniej w tym kontekście jest podwójnie śmieszne.

Podwójnie?
– Po pierwsze, dlatego że skala tych zmian jest tak niewielka. Zarabiam miesięcznie 10 tys. zł brutto na rękę, podnoszą mi podatki o 85 zł, idę sobie podciąć żyły? No nie żartujmy. Po drugie, sztafeta publicystów „Newsweeka” czy „Gazety Wyborczej” strasząca nas teraz nieuchronną zagładą klasy średniej tak naprawdę reprezentuje klasę wyższą. Tylko nie chcą oni tego przyjąć do wiadomości! Często są to osoby, które nawet nie mówią w imieniu zwyczajnie zamożnych, tylko same znajdują się na szczycie szczytów, w gronie powiedzmy 5% najlepiej zarabiających Polaków. I rozumiem, że one sprzeciwiają się większej progresji podatkowej. Ale obowiązkiem zarówno ekonomisty, jak i uczciwego dziennikarza jest powiedzenie, że ci obrońcy dotychczasowych stawek podatkowych nie należą do klasy średniej.

Premier Morawiecki powiedział niedawno – co szybko zyskało rozgłos – że bogaci w Polsce nie dokładają się wystarczająco do systemu, do szkół i dróg, z których w końcu korzystają. Ale on sam jest milionerem, a gdy mówi „bogaci”, ma na myśli głównie zarabiających po 6-8 tys. zł albo 10 tys. To kwoty absolutnie nieporównywalne z jego własnym majątkiem i zarobkami prezesa banku. Dlaczego na to się nabieramy?
– To prawda i trzeba zwrócić uwagę, że w Polskim Ładzie nie ma mowy o podatkach nakierowanych na najzamożniejszych: majątkowym i spadkowym. Nie ma o tym słowa. Ja zaś stoję na stanowisku podobnym do tego, które reprezentują np. badacze z grupy Dobrobyt na Pokolenia. Mianowicie: potrzebujemy podatku majątkowego, aby chociaż pomóc sfinansować straty, jakie budżet państwa poniósł w czasie lockdownów i pandemii COVID-19. Podatek majątkowy w Polsce nie przyniesie państwu jakichś imponujących przychodów, ale po 10 latach wyrówna nam większość kosztu tarcz antykryzysowych. Choć trzeba pamiętać, że Polacy są bardzo mało majętnym narodem. Rzeczywiście zatem w kraju, gdzie majątki są tak śmiesznie małe, sam podatek majątkowy niestety nie pozwoli nam obniżyć choćby opodatkowania pracy. Żeby to zaczęło się opłacać, stawki podatku majątkowego musiałyby być groteskowo wysokie. Ale to nie znaczy, że nie należy o takich rozwiązaniach mówić i nie należy próbować sięgać dzięki dobrze zaprojektowanemu podatkowi majątkowemu do kieszeni tych naprawdę najzamożniejszych. Na przykład polityków…

Właśnie! Politycy, nawet zwykli parlamentarzyści, często należą w Polsce do elit finansowych. Choć lubią swoje majątki ukrywać albo robić inne dziwne manewry.
– Ale zarazem nie może nas dziwić, że akurat politycy do tej klasy wyższej się zaliczają. Chociaż ukrywania majątków nie można pochwalać.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 24/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy