Głupstwa

Drobiazgi, głupstwa, szczegóły i szczególiki potrafią być ozdobą życia. Życie jako takie jest dość posępne, a w dodatku w stu procentach przypadków kończy się śmiercią. Lecz znosi się je łatwiej na przykład przy dobrej, słonecznej pogodzie, która przecież nie jest niczym szczególnie ważnym, dla wielu znaczną ulgę w największych nawet kłopotach życiowych przynosi udany zakup, zwłaszcza z dziedziny garderoby, wszystkim iskierkę nadziei daje miłe lub zabawne słówko, wtrącone w rozmowę lub ucieszna wiadomość, przeczytana w gazecie. Nie są to oczywiście żadne odkrycia i na tę właściwość natury ludzkiej dość już dawno wpadli politycy, posługując się sympatycznymi szczegółami i głupstewkami, wówczas gdy pragną poprawić swój obraz lub odwrócić uwagę współobywateli od spraw prozaicznych. Prezydent Sarkozy na przykład, gdy entuzjazm wokół jego osoby nieco przygasł, wydobył zza pazuchy nową narzeczoną i większość Francuzów mówi teraz o tej nowej parze, nie zaś o tym, co naprawdę należy zrobić z ubogimi przedmieściami francuskich miast, zamieszkanymi przez imigrantów, które są stale tykającą bombą zegarową. Pani Clinton przegrywając z Barackiem Obamą w przedbiegach prezydenckich, zdobyła się na łzy malowniczo zraszające jej chłodne zazwyczaj oblicze, co odsunęło nieco w cień zasadnicze podejrzenie, że Ameryka ma dosyć swego establishmentu politycznego, nawet w tak dobrym wydaniu jak Clintonowie, i naprawdę chce zmian. Także nasz premier, zderzając się coraz brutalniej z realiami rządzenia krajem, coraz częściej pokazuje nam swoje zdjęcia w kostiumie piłkarskim, jakby szykował się do Euro 2012 albo do jakiegoś transferu, nie zaś do rozwiązywania istotnych problemów społecznych, które są trudniejsze, niż mu się wydawało. Głupstwa i szczegóły wtedy jednak tylko odgrywają rolę tonizującą, jeśli traktuje się je lekko, jako szczegóły właśnie, nie zaś jako problemy, z racji których należy skakać sobie do oczu. Daleki jestem od uznania dla rządów Lecha Kaczyńskiego w Warszawie, dla którego stolica była po prostu trampoliną do posady prezydenckiej, tak jak poprzednie jego miejsca pracy w NIK i Ministerstwie Sprawiedliwości były kuźnią kadr dla IV RP. Ale doprawdy nie jestem w stanie wzbudzić w sobie świętego gniewu na widok rachunku na 500 zł, które Kaczyński lub ktoś z jego otoczenia wydał na służbową kolację w restauracji La Boheme, co media przedstawiały nam jako dowód niepoczytalnej rozrzutności PiS-owskich władz Warszawy. Jeśli zaś przyjmiemy, że w biesiadzie tej uczestniczył także ówczesny wiceprezydent, a dziś szef TVP, p. Andrzej Urbański, to patrząc na jego figurę, należy uznać, że suma rachunku była wręcz głupstwem. Niedawno, za sprawą „Faktu”, gorącym tematem polemiki prasowej stało się futro przewodniczącej związku zawodowego pielęgniarek, Doroty Gardias, w którym wystąpiła ona przed kamerami telewizyjnymi, zapowiadając strajk swoich koleżanek w walce o podwyżkę uposażeń. Głupstwo, temat do lekkiego żarciku przerodził się jednak w ręku polemistów w zagadnienie społeczne, z czego miało wynikać, że pielęgniarkom powodzi się pysznie, a domaganie się przez nie wyższych płac jest zwykłą fanaberią, podniecaną przez związek zawodowy. Ta transformacja głupstwa w problem nie odbyła się oczywiście przypadkiem, ponieważ zamówieniem politycznym jest teraz podgryzanie związków zawodowych – pielęgniarek, lekarzy, nauczycieli i górników – które po okresie ospałości zaczynają wracać do swojej właściwej roli. Nie tak dawno przecież dwaj autorzy z „Gazety Wyborczej” nawoływali górników z kopalni Budryk, aby wręcz „odebrali władzę związkowcom”, którzy prowadzą ich do strajku, a takich nawoływań jest więcej. A więc futerko pani Gardias, które, jak dumnie powiedziała prasie, dostała od męża – która kobieta nie pochwaliłaby się takim mężem i takim futrem? – pasuje do tej kampanii jak ulał. Całkiem niedawno obiegła prasę wiadomość, że rząd, który miał się zająć reformą służby zdrowia, zebrał się w tej sprawie nie w tym czasie, co powinien, a może nawet nie w tym miejscu, co zwykle. Oczywiście, że istnieje pewnie jakiś regulamin pracy rządu, który określa, co, gdzie, jak i kiedy należy uchwalać, normalnym ludziom jednak jest to całkowicie obojętne, byleby efekty tej pracy były należyte. Rzecz w tym jednak, że więcej dowiedzieliśmy się o głupstwie, jakim jest regulaminowość obrad rządu, niż o meritum reformy służby zdrowia, które wygląda niepokojąco. Bo co to znaczy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 03/2008, 2008

Kategorie: Felietony