Resortowe śmieci

Resortowe śmieci
Ukazała się ostatnio książka „Resortowe dzieci. Media”. Autorami są aż za dobrze mi znana Dorota Kania (nazywana w pewnych kręgach „Panią Sernik”), znany mi (na szczęście nie osobiście) Jerzy Targalski i zupełnie mi nieznany (też nie żałuję) Maciej Marosz.
Ze wstępu dowiaduję się, że „po przeczytaniu tego tomu nikt już nie powinien się dziwić, dlaczego media głównego nurtu mówią jednym głosem w sprawach lustracji i dekomunizacji lub też dlaczego zajmują dość jednolite stanowisko w konflikcie – sprawa polska a integracja europejska”. Zdaniem wydawcy, „sprawa jest prosta. Winne są korzenie środowiska, z którego wywodzą się luminarze polskich mediów”.
Trudno się zgodzić z tym poglądem. Gdyby tak było, co najmniej jeden z autorów, pan Targalski mianowicie, powinien być zagorzałym przeciwnikiem lustracji i dekomunizacji, a zdaje się nie jest.
Dość dziwacznie prezentuje się też pogląd, że istnieje jakaś zasadnicza opozycja między „sprawą polską” a „integracją europejską”. Jak wynika z przyjętego założenia, ktoś, kto jest zwolennikiem integracji europejskiej, nie jest dobrym Polakiem. Osobiście uważam, że przeciwnie, ktoś, kto jest dobrym Polakiem, dobrze życzy Polsce i rodakom, opowiada się dziś za integracją europejską. Ci, którzy są jej przeciwni, w moim przekonaniu szkodzą Polsce, ale mimo to ich polskości i dobrych intencji nie neguję. Oczekiwałbym jednak od nich podobnie tolerancyjnej postawy. Nikt nie ma monopolu na definiowanie polskości i patriotyzmu. Uzurpowanie sobie takiego prawa jest zbrodnią przeciw demokracji.
O ile grzebanie w ludzkich życiorysach w poszukiwaniu jakichś haków jest czymś podłym z natury, to grzebanie w życiorysach rodziców czy krewnych jest czymś podłym do kwadratu. Jeśli efekty tego grzebania uzupełniane są półprawdami, insynuacjami czy wprost kłamstwami, to podłość podniesiona zostaje do sześcianu.
Nikomu nie odmawiam prawa do bycia podłym do sześcianu. Niech sobie będzie. Ludzie, których dobra osobiste zostały w tej książce naruszone, mogą swoich praw dochodzić w sądzie. Mogą też publicznie odpowiedzieć na kłamstwa i insynuacje, tym bardziej że na ogół sprawnie, o wiele sprawniej niż autorzy książki, posługują się piórem i słowem.
Ale w książce opluto też osoby, które już nie żyją i które takich możliwości nie mają. To m.in. Jerzy Zimowski. Jedna z piękniejszych i najszlachetniejszych postaci polskiej opozycji demokratycznej, współtwórca III Rzeczypospolitej. Jerzemu Zimowskiemu autorzy poświęcili zaledwie kilkanaście linijek. Wypominają mu karierę w PRL-owskiej prokuraturze, członkostwo w PZPR. Tak, to prawda. Jerzy Zimowski był prokuratorem w PRL. Ale w przeciwieństwie do jednego z prominentnych działaczy PiS nie był nim do końca PRL. Z prokuratury i partii odszedł w 1980 r. Aby w tych czasach rzucić legitymację partyjną i porzucić pracę w prokuraturze, trzeba było mieć charakter i odwagę cywilną. Zimowskiemu nie zabrakło ani jednego, ani drugiego. Zapłacił za to. Ale przecież wiedział, że zapłaci. Przez jakiś czas był radcą prawnym w pegeerze na Pomorzu Zachodnim, później radcą prawnym w szczecińskim MPK. Był aktywnym członkiem „Solidarności”, współorganizatorem strajku. Za tę działalność został po wprowadzeniu stanu wojennego internowany. Przesiedział w „internacie” m.in. w Strzebielinku – nawiasem mówiąc, razem z Lechem Kaczyńskim – ponad rok. O kilka miesięcy dłużej niż Lech Kaczyński. Później czynnie działał w podziemnych strukturach „Solidarności”.
W 1989 r. został posłem z listy Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W Sejmie jako poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego pracował nad reformą służb policyjnych i specjalnych. Nic dziwnego, że po przejęciu MSW przez solidarnościowe kierownictwo Tadeusz Mazowiecki powołał go na stanowisko wiceministra w tym resorcie. Jako wiceminister Zimowski przygotowywał ustawę o Straży Granicznej, organizował też służby państwowe do spraw cudzoziemców. Nie spotkałem człowieka, który kwestionowałby jego fachowość, oddanie i poświęcenie w pracy dla państwa, a przy tym ogromną prawość i życzliwość dla ludzi. Po 1996 r. wycofał się z polityki, prowadząc praktykę adwokacką.
Jego zasługi dla budowy suwerennej Polski docenił prezydent Komorowski, odznaczając go, niestety już pośmiertnie, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
Tego wszystkiego w książce nie ma. Nieznający realiów, a próbujący posługiwać się logiką czytelnik łamie sobie teraz głowę, za co ten Kiszczak z Jaruzelskim internowali ludzi. Za działalność w PZPR i pracę w prokuraturze? Swoją drogą większość czytelników tej książki nie będzie zapewne próbowała takiego intelektualnego wysiłku.
Jerzy Zimowski zmarł nagle na serce w czasie urlopu w Odessie w sierpniu 2007 r. Fakt ten autorzy „Resortowych dzieci” odnotowują, ale męcząca ich paranoja każe im dodać: „zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach”. Nawet informacja o śmierci okraszona musi być jakąś insynuacją, wszędzie musi być jakiś spisek!
Można pisać atramentem, ale można też jadem i plwociną. Z tym drugim przypadkiem mamy do czynienia w tej książce.
Wydanie: 5/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 14 lutego, 2014, 20:55

    dziękuję Panie Profesorze ! Jurek był moim kolegą (również po „fachu”)). Bardzo Go lubiłe, CENIŁEM i często wspominam, opowiadając o ‚tamtych czasach” młodym… Żal że tacy ja Jurek już odeszli…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy