Gonienie w piętkę

Gonienie w piętkę

Jak wyjaśnia Witold Doroszewski, powiedzenie „gonić w piętkę” wywodzi się ze slangu łowieckiego. Chodzi o psa, który niby goni po śladzie, ale wstecz, pod trop. „Stąd ogólnie: gonić w piętkę – tracić rozum, głupieć”. Zgadzając się w całości z uogólnieniem na pierwszym piętrze, zachwyciłem się jednak przede wszystkim parterem metafory. Oto ktoś, kto mógłby powiedzieć coś nowego, cofa się w zamierzchłe czasy i wydobywa szpargały dawno już ośmieszone i negatywnie zweryfikowane.

Nie mogłem się oprzeć temu skojarzeniu, czytając w „Gazecie Polskiej” artykuł Andrzeja Wrońskiego „Los straceńców”. Zaczyna się od cytatu z „Dziesięciu obrazów z wyprawy do Polski 1833 r.” Michała Chodźki: „Masz przed sobą żywot i śmierć – swobodę i nędzę – Raj i wieczne wygnanie – Królestwo boże i piekło – Boga i szatana – Ojczyznę i Mikołaja – Lud i tych wszystkich, którzy nad nim panować pragną – Wybieraj! Nikt dwom panom razem służyć nie może”. Jakie to piękne, patetyczne i patriotyczne. Niestety, potem trzeba przejść do faktów. W nocy z 19 na 20 marca 1833 r. dziewięciu (sic! – L.S.) uzbrojonych ludzi pod dowództwem płk. Józefa Zaliwskiego przedostaje się do Królestwa Polskiego i – jak pisze Andrzej Wroński – rozpoczyna „nowe powstanie narodowe”. Jak widać, dla autora dziewięć osób plus wszyscy, którzy udzielili im pomocy zbrojnej lub logistycznej (maksimum 200 osób), to naród. Jednakowoż podług Wrońskiego, „zrodzony na ziemi francuskiej plan nowego powstania z taktycznego punktu widzenia nie był bez szans”. Gdyby oczywiście wsparła go Francja, Turcja i Królestwo Boże. Aliści, pisze ten sam Wroński (i gdzie tu cień konsekwencji?): „Spiskowcy nie rozumieli, że racją stanu tych państw była poprawa stosunków z Rosją. Wobec sprawy polskiej ówczesna Europa była zupełnie obojętna”. Jak więc to rozumieć – były szanse czy ich do śmieszności nie było?

Pisze dalej Wroński: „Same starcia nie były szczególnie spektakularne, najczęściej były to ataki na mniejsze posterunki kozackie lub drobne potyczki w lasach”. Stwierdzenie to mieści się w akapicie pod efektownym tytułem „Wściekłość cara”. Nie ma tymczasem żadnych dowodów, by car interesował się jakąś marginalną ruchawką w Polsce, a nawet by dowiedział się o niej. Natomiast dla rosyjskich nadzorców Królestwa Polskiego była to upragniona okazja do ostatecznej rozprawy z opozycją. Wroński załamuje ręce, że „liczne osoby uznane zostały za winne, chociaż odmówiły pomocy powstańcom – winę ich stanowił fakt, że nie złożyły donosu władzom o pojawieniu się partyzantów”. Dodajmy, co pozornie wyda się wodą na młyn naszego „historyka”, że przy okazji aresztowano również wielu obywateli niemających nic wspólnego z zaliwszczykami, ale mogących potencjalnie sprzyjać „złoczyńcom”. Obserwująca bacznie wydarzenia emigracja polska w Paryżu tym razem okazała się trzeźwa. Potępiła „awanturę”, która „nic sprawie polskiej nie przyniesie”, spowoduje natomiast ślepe represje i dalsze ograniczenie praw Polaków w Królestwie. Co na to Wroński? „Tym bardziej zapiszmy los tych straceńców z 1833 r. do kanonu naszych największych dokonań narodowych”. I zaraz przemawia przez niego słowotwórstwo IPN: „Zaliwski jeszcze pod koniec kwietnia przedostał się do Galicji, gdzie wkrótce został aresztowany. Dla Rosjan natomiast i ich polskich służalców partyzanci Zaliwskiego pozostali »żołnierzami wyklętymi«. Zrobiono wiele, by wszelka pamięć o nich szybko zaginęła”. Tutaj, przyznam, nie rozumiem już nic. „Żołnierz wyklęty” to w nowomowie IPN bohater i patriota. Takimi mieli być Zaliwski i jego partyzanci dla Rosjan i ich służalców? Fakty przeczą, dla nich byli tylko bandytami, w najlepszym wypadku rebeliantami. W oczach ówczesnej polskiej opinii patriotycznej – szkodliwymi awanturnikami. Nie ona, ale Wroński nadaje im status herosów. Goni w piętkę, wraca do powstania listopadowego, powiązuje je z Zaliwskim i oto gotowe kolejne „powstanie” mające się zaliczać do „naszych największych dokonań narodowych”.

Smutny zaiste byłby to naród z takimi największymi dokonaniami. Nie o to jednak chodzi. Otrzymujemy tutaj pełną wykładnię „żołnierza wyklętego”. Jest nim ten, który nie liczy się z żadnymi realiami politycznymi czy społecznymi, strzela na oślep do myślących inaczej, powoduje represje na współobywatelach oraz straty materialne niewinnych i przypisuje sobie z tego powodu ideologiczną chwałę. Nie akceptowały takiej postawy patriotyczne środowiska polskie w XIX i XX w. Aż przyszedł IPN i uznał, że każdy, kto walczył z Ruskimi, w Królestwie Polskim czy nawet w PRL, przykładem dla dzieci jest. Na marginesie więc tylko podam, że Józef Zaliwski, uciekając z Kongresówki, złożył Austriakom szczegółowe zeznania o swojej działalności, z nazwiskami wspólników włącznie, a dni swoich dożył szczęśliwie w Paryżu (zmarł 1 kwietnia 1855 r. w IV dzielnicy), co nie było koniecznie udziałem tych, których wplątał w swoje megalomańskie wizje. Cóż to jednak znaczy wobec faktu, że udało mu się (podobno) zabić kilku Ruskich? Kanon naszych największych dokonań narodowych. Amen.

Wydanie: 16/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy