Góralom nie żal…

Góralom nie żal…

Połowa mieszkańców Podhala żyje w Ameryce. Tylko domy zostały

Czarny Dunajec, rano. Osesek przy piersi posapuje przez sen, a jego młodziutka mama już ponad godzinę rozmawia przez telefon z siostrą w Chicago. Obie mają pociechy w tym samym wieku. Co jakiś czas przywoływana jest do słuchawki babcia, Anna Chlebek; już ona będzie wiedziała, co robić, gdy maluch w Ameryce płacze, choć nakarmiony. Mija kolejna godzina. Amerykańska abonentka nie zbankrutuje. Karta na cztery godziny gadania kosztuje tylko 5 dol.
Pan Stanisław, mąż Anny, odrywa się od komputera – właśnie odbiera przez Internet najnowsze zdjęcie swego amerykańskiego wnuka. – Ale od którego pokolenia? 100, 200 lat temu? – precyzuje moje pytanie, nim odpowie, od jak dawna jego ród emigruje do Ameryki, bo najstarsza wzmianka o Chlebkach jest z roku 1425.
Pierwsza wielka fala emigrantów ruszyła do Ameryki po epidemii cholery w XIX wieku. Nie było lekarstw ani ratunku – tego, kto zachorował, zamykano w chałupie, zabijano drzwi i okna deskami, a pożywienie podawano na kiju. Kto przeżył, uciekał. Najpierw lądem do portów Hamburga lub Bremy, stamtąd statkiem parowym do Nowego Jorku, a następnie do kopalń w Pensylwanii. Niektórzy docierali nad jezioro Michigan, gdzie były rzeźnie. Los tych wygnańców pozostanie anonimowy. To wtedy Bałucki napisał słynny wiersz „Góralu, czy ci nie żal…”.

Targał Tobom holny srogi, az ciy wyrwoł w inne progi. Wywioł ciy do Ameryki, a po tobiy smutek wielki. Cies siy zyciem Jańciu miyło, zebys se ty zdrowo była. A syćku, co piykne i wymarzone, niyk bedziy spełnione. *

Spisane drzewo genealogiczne Chlebków z imionami bliższych i dalszych krewnych, a także nielicznymi fotografiami, obejmuje tylko ostatnie 10 pokoleń. Razem prawie 300 osób.
Mogę spojrzeć na Annę z Komperdów i Ludwika Chlebka, jak siedzą na przyzbie w swej gazdówce. Za rok zdarzy się morderstwo w Sarajewie, wybuchnie wojna. Ona położyła ręce na kolanach i surowym wzrokiem wpatruje się w obiektyw.
Mieli dwadzieścioro dzieci, z których trzynaścioro przeżyło. Pierwszych synów, Aleksandra i Jana, Anna wyprawiła za wielką wodę cichcem, bo dostali powiastkę do wojska austro-węgierskiego. Musiała za to przez kilka miesięcy odsiadywać areszt w cyrkule.
Skąd o tym wiadomo? Bo Aleksandra, jedna z córek Anny i Ludwika, zapisywała informacje o rodzinie w Biblii.
Jest jej zdjęcie. Stoi omotana w zimową chustę przed ladą na rynku w Czarnym Dunajcu – sprzedaje sukno. Duża chłopska twarz, jak u matki, bez cienia uśmiechu.
I fotografia Antoniego, który był 19. z gromadki dzieci Anny i Ludwika Chlebków. W 1940 r. uwolniony z robót przymusowych dzięki niemieckiemu oficerowi, któremu przydały się dolary z Ameryki. Antoni nigdy już nie był taki jak przed wojną. Nie na darmo mówią na Podhalu: „Choćby chlib i woda, ale śleboda” („Choćby chleb i woda, ale wolność”). Ożeniony z Anną z Krużlów, spłodził dwanaścioro dzieci. Zachowało się zdjęcie 24-letniej Anny – wyraziste kości policzkowe, wysoko sklepione czoło, duże ciemne oczy. Włosy zwinięte w węzeł. Żadnej kokieterii.
Wszystkie Antoniowe dzieci urobiły ręce za wielką wodą. Pierworodna córka Helena była w Ameryce parę lat. Zarobiła na nową chałupę i wróciła na gazdówkę w Czarnym Dunajcu. Jej siostra Maria, po mężu Staszelowa, mieszka w Chicago do dziś. Również czworo ich dzieci. Podobnie brat Jasiek, który popłynął do Bostonu na pokładzie „Batorego” 28 grudnia 1966 r. ostatnim kursem tego statku. Potem, jak wszyscy emigrujący z Podhala, wykupił bilet kolejowy do Chicago. Miał tam zapewnione łóżko u siostry Anny, która po kolei ściągała rodzeństwo, podpisując im prośbę o wizę.
W Meat Company, gdzie znalazł robotę, dosięgły go zadawnione pretensje o miedzę pod Tatrami. Niejacy Gubałowie złośliwie donieśli FBI, że Jan Chlebek jest komunistą, podobnie jak jego brat, Bronisław Chlebek, prokurator w Nowym Targu. Dwa tygodnie siedział Jasiek za kratami, nim oczyszczono go z zarzutów. W 1974 r. sprowadził do Ameryki resztę swojej najbliższej rodziny. – Ale nie wszystkich złapał pieniądz – zauważy Anna Chlebkowa, gdy już nagada się z córką w Chicago.
Zofia, 11. z tej gromadki, mieszka w Kolorado. Właścicielka motelu.
Aleksandra, ta ze zdjęcia na targu, to siostra dziadka pana Stanisława, u którego mozolnie wodzę palcem po gałęziach rodu Chlebków. Będzie po drodze jeszcze kilku Stanisławów, aż dojdę do urodzonego w roku 1939, czyli mojego rozmówcy. W tym miejscu jest napisane: ożeniony z Anną Szaflarską. Od tej pary prowadzi sześć gwiaździście rozchodzących się wektorów z imionami dzieci: Halina, Andrzej, Małgorzata, Joanna, Maria, Krystyna. Połowa z nich mieszka w Ameryce.

Pirsy rocek mijo w zdrowiu i radości, niek w serdusku Twoim Pon Jezus wse gości. Prosto do Kanady te scyre zycenia ślom Michłku tobie dziadki z Poronina.

Ameryka jest po to, aby w niej zarobić – ta dewiza nie zmienia się na Podhalu od wieków. Tylko potrzeby są inne. Były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, Wojciech Gąsienica-Byrcyn, pojechał w 1986 r. do Stanów, żeby wydać wiersze swego ojca, niepiśmiennego bacy (ale czytać się nauczył), który w szałasie miał półkę z książkami w czarnych od dymu okładkach. Uczony syn cztery miesiące pracował w slamsach Chicago, aż z zarobionymi dolarami poszedł do tamtejszej drukarni. Przywiózł gotowe tomiki w dwóch walizkach i 5 dol. – ledwo starczyło mu na pociąg z Warszawy do Zakopanego.
Anna i Stanisław Chlebkowie zbierali w Ameryce zielone na budowę domu. – Miałam dwadzieścia parę lat – opowiada góralka – trójką naszych dzieci zajęła się mama, a ja wyjechałam do Chicago. Na
27 miesięcy. Złapałam dwie roboty. Jedną przez osiem godzin dziennie przy taśmie w fabryce okien, drugą przy sprzątaniu biura – siedem godzin. Ale nie było co narzekać, jechało się z nastawieniem, aby zarobić, a nie zwiedzać. Wtedy, w 1972 r., dolar stał w Polsce bardzo dobrze. Wróciłam i parę miesięcy później pojechał Staszek. Stał tam przy tokarce. I też brał nadgodziny.
Nie wzgardziły okazją zarobienia dolarów ich dzieci, choć w domu niczego im nie brakowało. Najmłodsza córka, studentka prawa, w ubiegłoroczne wakacje przez 12 godzin dziennie sprzątała od piątej rano chicagowskie domy. Wróciła do Polski, chce jak brat Andrzej skończyć tu studia. Co potem, jeszcze nie wie.
Andrzej był bardziej zdeterminowany. Gdy konsul odmówił mu wizy, dostał się do Chicago nielegalnie przez Bahamy. Dziś to typowy przedstawiciel middle class. Prowadzi firmę budowlaną. Jego willa stoi w dobrej dzielnicy, na przedmieściach Chicago.
– Tam nie ma ani jednego czarnego – zaznacza gospodyni. Andrzej ożenił się z Kasią rodem z Podczerwonego, którą poznał w Ameryce na weselu. Ich zdjęcie stoi naprzeciw mnie, na kominku.

Juz wtóromsi wiosenke zycio, picio i baciarki mos za sobom, ćwierć wieku jak nic. Z tyj okazji zycymy Ci zdrowio, scynscio, miłosci i śwarnej baby w tym Chicago, coby Ciy chocioz ze trzy razy dziynniy koło ścion przegoniyła. Rozsondku w zyciu, umiaru w piciu Pietrowi spod Wykrocia zycy…
Takich fotografii w złoconych ramach, na których młode pary z uśmiechem opierają się o swoje samochody, frontony domów czy drabinkę do własnego basenu ze szmaragdową wodą, zobaczę w Czarnym Dunajcu wiele. W domu sołtysa Władysława Klimowskiego są nawet zdjęcia willi jego dzieci z lotu ptaka – trochę to przypomina rezydencje z „Dynastii”.
Siostra sołtysa w Cichem, Józefa Fryźlewicza, jedna z sześciorga rodzeństwa, które razem z matką opuściło Podhale, ma w Chicago kilka domów. Żyje z remontowania starych budynków i wynajmowania mieszkań. Jej siostrzenica, która skończyła w Ameryce studia, jest wiceszefem banku.
Słyszę po wielokroć: – Nasze dzieci są daleko od Jackowa, Wojciechowa, Trójcowa czy Józefowa – chicagowskich dzielnic, nazywanych tak w zależności od tego, pod jakim wezwaniem był polski kościół. Jeśli tam zaglądają, to tylko z krewnymi z Podhala, którzy po kilkumiesięcznym pobycie chcą coś kupić do domu, a nie potrafią się dogadać z Amerykanami. A tam zachowały się sklepy z ekspedientami mówiącymi po polsku.
Owszem, jest w Chicago Związek Podhalan, a w nim „wsyckie ludzie trzymajom się kupy, zbierajom się, coby śpiewać, potońcyć”, ale to rozrywka dla starszych, już na rentach, albo młodzieży szkolnej. Tacy jak młodzi Chlebkowie żyją amerykańskim rytmem: praca, przerwa na lunch, weekend z najbliższą rodziną. Rodaków widzą głównie na weselach.
Gdy Anna i Stanisław Chlebkowie wydawali w Chicago córkę, a potem syna, za każdym razem bawiło się ponad 500 osób. Była góralska orkiestra przy wyprowadzeniu młodych z kościoła, „Serdeczna Matko” przy błogosławieństwie na nową drogę życia, polski stół z wódką przed nakryciem dla gości (osobno amerykański bar). To jest okazja, gdy wielu górali przywdziewa serdak i cuchę. Ale tylko do zdjęć, po powrocie z kościoła oczekiwana jest zmiana stroju na długie suknie i smokingi.
Nie zdarzyło się, aby jakaś para amerykańskim zwyczajem zostawiła gości i wyjechała w podróż poślubną. Ma się odbywać tak jak na Podhalu, tyle że bez bitki. Jeszcze by przyjechała policja imigracyjna, a nie wszyscy biesiadnicy zalegalizowali pobyt.

Od samiuśkich Tater słonecko zasiwiecało, bo Wom scynsio słozyć fciało. Sumi holny wiater i takom nowine niesie, ze nas kochany tata w USA urodziny ma się.

Wszystkie fabryki na Podhalu upadły i kto nie ma wsparcia z Ameryki, ledwo „dycho”. We wsi Ciche jest tylko jeden gazda utrzymujący się wyłącznie z gospodarstwa. I tylko on ma wychodek na podwórzu, obok gnojówki. Gdzie indziej łazienki, living roomy, kominki, jak na tych zdjęciach z Chicago.
Co drugi mieszkaniec Podhala pracuje w Ameryce. Jeśli ambasada odmawia wizy, szuka się nielegalnej drogi. Nie odstraszają dramatyczne opowieści o przeprawie z narażeniem życia przez góry Meksyku. Nie powstrzymuje obawa przed utratą pieniędzy – 8 tys. dol. to zwyczajowa stawka za jedną osobę – wręczonych pośrednikowi. Złapią go albo ktoś oszuka, trzeba pożyczyć od rodziny w Ameryce jeszcze raz. Potem będzie się odrabiać, choćby przez kilka lat.
Do niedawna na Podhalu grasował niejaki Kozioł, działacz sportowy. Przemycał górali do Ameryki jako rzekomych sponsorów Polskiego Związku Wyciskania. Od mieszkanki Cichego, która chciała wraz z dziećmi dotrzeć do męża w Chicago, wziął 21 tys. dol. Tak naciągnął 70 osób. Niedoszli emigranci zostali zatrzymani na lotnisku w Hamburgu. Deportowano ich do Polski. To się zdarzyło przed sześcioma laty. Dziś nie ma na Podhalu ani jednej osoby z tej grupy. Dotarli do wymarzonej Ameryki nielegalnym szlakiem przez Florydę. Płacili po 15 tys. dol. od osoby.
Kilka dni temu pogranicznicy w Chyżnem znaleźli w bagażu siedmiu Podhalan paszporty belgijskie. W toku śledztwa okazało się, że lewe dokumenty przygotował Piotr H. Górale jechali do Meksyku, skąd zamierzali się przedostać do USA już jako obywatele Belgii, zwolnieni z obowiązku wizowego. Ujawniono kilkadziesiąt innych takich przypadków. Piotr H. jest teraz w areszcie, ale odmawia składania zeznań.

Wyjechołeś za Wode, w trokach się miłujes, Ameryke zwiydzos i ciynsko pracujes. Niech ciy dobry los obdarzy syćkim, o cym ino marzys.

Większość spośród przemyconych przez granicę pozostanie na Jackowie. Przyswoją sobie kilka obcych słów na zasadzie, jak mówią, „half na pół”. Będą mieszkali w bismencie – suterenie (ang. basement), wkrótce na samochód powiedzą kara (ang. car). Kobiety sprzątające „na domkach” nauczą się dastować (odkurzać, od ang. dust), łoszmaszynkować (używać zmywarki, od ang. wash machine). Jak dobrze pójdzie, zarobią tygodniowo około 150-250 dol. Po pół roku wyślą na Podhale pierwsze fotografie z Chicago: nad lejkiem, czyli jeziorem (ang. lake) Michigan i ze swoją karą kupioną z drugiej ręki, i na tle supermarketu Bobaks Sausage, ziomka z Zakopanego Franka Bobaka. Pokażą do obiektywu palcami kółeczko na znak, że jest OK.
W któryś weekend zrozumieją, że dziś bez wykształcenia wyniesionego z Polski nie dogonią Ameryki. Zostaną w góralskim getcie. Może będą nadrabiać miną. Jak Jędrzej Leja z Czarnego Dunajca (znany na Podhalu sołtysi ród), który w Chicago nosił na szyi dwa owcze dzwonki. Jeden klapac, a drugi spizocek. – Dlaczego? – pytano. Odpowiadał: – Zwonki nosi Leja Jendrek z Dunajca, zaś jagniuski byle kto.
Może kiedyś kupią sobie pastwisko w sąsiednim stanie Wisconsin, jak Jacek Toczek z Witowa, który, gdy posyłał życzenia na Sejm Związku Podhalan w Ameryce Północnej, napisał: „Ej, napasołek się oj po holach owiecek, nawyrobiołek oscypków, teroz tyz wyrobiom tu w mieście Chicago jako pod Tatrami, zeby wos ugościć”.
Jedno jest pewne – jeśli są nielegalnie, nie wrócą do kraju. Bo w ten sposób odcięliby się od możliwości ponownego wjazdu do Ameryki. A gdzie góral może jeszcze dorobić?

Jak z wiyrsycka na dół leci bystro woda, tak nom rocki lecom. Skoda ze ik, skoda. Nie tak dawno przecie ślub zeście w Czarnym Dunajcu swój brali a dzis Perłowych Godów my się docekali. Serdeczne zyczenia ślą do Chicago…

Wieczorem sołtys Czarnego Dunajca, Władysław Klimowski, idzie przewietrzyć kilka pustych domów, które emigranci zostawili pod jego opieką. We wsi takich budynków jest ponad sto. Niektóre stoją puste już dwadzieścia kilka lat. Wiele ma zabite deskami otwory na okna, bo na wykończenie zabrakło pieniędzy; właściciel pojechał do USA i już nie wrócił.
– Połowa mieszkańców naszej gminy – podlicza Klimowski – mieszka w Ameryce. Tu i tam żyje po 3,5 tys. osób. Gdyby zniesiono wizy, wielu wyjechałoby, ale też wielu wróciło. – Ale już nie do gazdowania, tylko z emeryturami w kieszeni – wyrokuje inny mieszkaniec Czarnego Dunajca, Stanisław Miętus, który też ma dzieci w USA. I radzi mi przejść się na cmentarz, aby zobaczyć, jakie marmurowe grobowce wystawiają sobie „Amerykany” pragnący pod Tatrami stare kości złożyć.
W Cichem jest jeszcze gorzej. Gdy nadchodzi noc, ciemnymi oknami straszy 250 pustych budynków. Sołtys Fryźlewicz zgadza się z Miętusem: – Gdyby Amerykanom zależało na gospodarce, dokupywaliby ziemi. A w tym interesie zastój.
Kiedyś było inaczej. Gdy Maria i Józef Krzeptowscy-Jasinkowie zbierali materiały do książki o Gąsienicach, byli zaskoczeni, że tak niewielu z tego sławnego i bardzo rozgałęzionego rodu opuszczało ojcowiznę. Znaleźli wytłumaczenie – Gąsienice pilnowali swoich hal. Na Podhalu morga ornego gruntu od wieków miał stałą cenę: tyle co sifkarta – bilet okrętowy do USA (shipcarte). Takie pieniądze emigrant odłożył przez trzy miesiące. Ale jeśli się obijał albo nie był honorny, morga ziemi przechodziła na własność krewnego w Ameryce, który pożyczył na bilet. Również zaproszenia potrzebne do otrzymania wizy były jak weksle do wykupienia.
Teraz ziemia na Podhalu niewiele znaczy. Sołtys Klimowski nawet z tego się cieszy, bo gdy poszerzali drogę czy budowali halę sportową i 40 gospodarzy musiało oddać po paseczku, nikt z tego powodu się nie awanturował.
Góralowi nie żal. Ani ziemi, ani kraju. Może tylko własnej rodziny, co pobrzmiewa w tęsknych życzeniach-rymowankach wysłanych za ocean za pośrednictwem „Tygodnika Podhalańskiego”.

Cytaty pochodzą z kolumny ogłoszeniowej „Tygodnika Podhalańskiego”.

Wydanie: 31/2004

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy