Gorycz zasłużonych

Gorycz zasłużonych

Politycy z Unii zachowują spokój. Przyjmą każdy wynik wyborczy i… dadzą sobie radę. Spoistość Akcji maleje, utrata władzy byłaby jej końcem

„Społeczeństwo obywatelskie” było przed ćwierćwieczem jednym z dwóch najważniejszych pojęć – fetyszy ówczesnej opozycji demokratycznej. Drugim był „naród” (lepiej: „Naród”). Opozycja zresztą dzieliła się już wtedy w taki właśnie sposób, że jedni stali raczej za Społeczeństwem Obywatelskim, a drudzy za Narodem. Ta linia podziału biegnie potem przez całe dzieje Solidarności aż po dzień dzisiejszy, do koalicji UW-AWS, w której Unia jest raczej obywatelska, AWS zaś raczej narodowy. Z przygód i prób ćwierćwiecza naród wyszedł względnie cało, aczkolwiek spora część jego wyznawców ma teraz wątpliwości, czy aby nie traci on zbyt szybko i zbyt dużo z dopiero co odzyskanej suwerenności: Jan Łopuszański jest może wodzem bez wojska, ale na pewno nie prorokiem bez wyznawców. Proroków mniejszych jest zresztą bez liku. Ale to są, jak dotąd, tylko skazy na posądu, naród trzyma się mocno i jest przedmiotem codziennych, powszechnych inwokacji swoich wiernych.

Natomiast Społeczeństwo Obywatelskie spokraczniało okropnie i niemal już wyzionęło ducha.

Oczywiście był to przede wszystkim skutek zmiany sytuacji politycznej. W języku przedsierpniowej opozycji konstytutywne było przeciwstawienie społeczeństwa – władzy, przy czym tak rozumianemu społeczeństwu przysługiwała zdolność samoorganizowania się, co w latach 80. Stało się źródłem niebywałego fenomenu: powszechnej iluzji tak silnej, że okazała się jedną z przyczyn upadku władzy. Iluzji, gdyż przecież to, co społeczeństwo było w stanie sobie zorganizować bez władzy i przeciw niej, obejmowało zaledwie drobny ułomek bytu społecznego.  Ale prawdą jest, że w tym ułomku koncentrowała się bardzo duża, decydująca część refleksji społeczeństwa nad samym sobą. Tyle dni chwały, a potem władza upadła i wraz z nią owo konstytutywne przedstawienie. Odtąd już nie pozycja władzy i społeczeństwa obywatelskiego miała decydować o kształcie życia zbiorowego w Polsce, ale procedura demokratyczna, przy użyciu której społeczeństwo wyłania swoje władze na wszystkich szczeblach. A, jak wiadomo, aby taka procedura mogła funkcjonować poprawnie, potrzebny jest pewien zasób powszechnie uznawanych zasad. Wśród nich szczególne znaczenie mają równość w ubieganiu się o mandat do rządzenia i kadencyjność wszelkiej władzy. Istnieją oczywiście, ograniczenia. Czasem piastowanie mandatu wymaga formalnie stwierdzonych kwalifikacji, czasem specjalnie ważny wzgląd, np. niezawisłość sądów, wymusza nieodwoływalność sędziów. Nie chodzi jednak o takie przypadki, lecz o to, że procedura demokratyczna nie pozwala wykluczyć z ubiegania się o mandat żadnego obywatela ze względu na jego pozycję w społeczeństwie obywatelskim, ani też żadnemu przyznać wyjątkowych tytułów do piastowania mandatu. Procedura demokratyczna, której podstawowym sensem jest integracja władzy ze społeczeństwem, nie dopuszcza istnienia ani pariasów, ani… dożywotnich prezydentów. Jakiekolwiek byłyby twoje zasługi i umiejętności, nie przysługuje ci żaden tytuł do władzy bez weryfikacji wyborczej. To, trzeba przyznać, bardzo denerwująca zasada i wszyscy krytycy demokracji zawsze podnosili, że premiuje ona poprawną przeciętność i że sprawdza się ewentualnie jako zasada doboru kadr dopiero w długich okresach. Demokracja jest najlepsza na dobre czasy, które długo trwają. Dlatego w Rzymie w trudnych chwilach zawieszano demokrację i wyznaczano dyktatora.

Brak premii za zasługi i kary za winy, sprawia, że kombatanci mają zazwyczaj krytyczny stosunek do demokracji i skłonni są ją uzupełniać dodatkowymi filtrami. Najpierw spór toczy się o prawo do władzy. Kombatanci starają się przekonać wyborców, że mają dzięki zasługom więcej praw, by nimi rządzić niż „tamci”, czyli przeciwnicy polityczni bez zasług lub, co gorsze, obciążeni winą. Jeśli ta pedagogika nie przynosi skutku, rośnie pokusa, by dać spokój ceregielom i powalczyć o władzę wprost i na skróty. Kiedy zaś kombatanci przyznają się do drugiego ze wspomnianych na wstępie fetyszy, do Narodu, o poczuwają się do szczególnej więzi z jego esencją, właśnie tytuły do władzy wydają się im dwukrotnie, bo i z zasług (historycznych) i z natury rzeczy. To jest casus Akcji Wyborczej Solidarność.

Nieco inaczej rzecz się ma z Unią Wolności. Ona również czuje się szczególnie uprawniona, wręcz predestynowana, by rządzić, ale tytułem nie jest już kombatanctwo, lecz umiejętność z nowej epoki, z III RP:  Unia Wolności jest, we własnych oczach, merytokracją nowego ustroju, solą nowego społeczeństwa.

Ale władzę obie partie sprawują wspólnie i obie też upewniają się, że ją tracą, mimo iż do wyborów parlamentarnych jest jeszcze półtora roku.

Ludziom Unii Wolności jest znacznie łatwiej znieść tę świadomość i planować przyszłość. Jako ci, którzy umieją i potrafią, będą potrzebni w każdej kombinacji rządowej. Politycy UW lubią myśleć, że nie wynika to wcale z ich ulokowania w środku skali, lecz z faktu, że są prawdziwą elitą i że nawet przeciwnicy zmuszeni są to uznać. Charakterystyczne są ich reakcje na zdarzające się sukcesy międzynarodowe polskich twórców, na Nobla Szymborskiej, czy Oscara Wajdy: to „nasi przyjaciele” dostali…

Politycy z Unii zachowują więc spokój. Przyjmą każdy wynik wyborczy i… dadzą sobie radę.

Politycy z AWS tracą głowę. Ich ministrowie robią głupstwo za głupstwem, ich parlamentarzyści kombinują, jak się „ustawić”… Spoistość Akcji maleje. Bije w oczy, że utrata władzy byłaby końcem AWS. Trudno wątpić, że nim do niej dojdzie, zostaniemy jeszcze zaproszeni do cyrku władzy na widowisko pt. „Gorycz zasłużonych”. Nie wykluczone efekty specjalne.

Autor jest komentatorem politycznym paryskiej „Kultury”

Wydanie: 15/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy