Gra Ameryki

Dlaczego George Bush chciał, żeby gen. Jaruzelski został prezydentem?

Jeżeli szukamy dat kluczy, znaczących polskie wydarzenia sprzed 20 lat, to na pewno do takich należeć będą lipcowe dni. 19 lipca, kiedy Wojciech Jaruzelski głosami Zgromadzenia Narodowego został wybrany na prezydenta wówczas jeszcze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. A także 9-11 lipca – kiedy w Polsce przebywał prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush (senior oczywiście).
Chyba dopiero dziś, z perspektywy 20 lat, możemy docenić niezwykłość i znaczenie tej wizyty. Zwróćmy uwagę – gdy Jarosław Kaczyński, jeszcze jako premier, jechał do Ameryki, za wielki sukces polskiej dyplomacji uznano, że ówczesny prezydent przyjął go na 15-minutową rozmowę. Gdy obecny prezydent wizytuje Europę, do Polski nie zagląda.
Tymczasem w upalne lato 1989 r. amerykański prezydent przyjechał do Warszawy

na prawie trzy dni.

Już to choćby świadczy o wadze, jaką do wydarzeń w Polsce przykładano w Waszyngtonie. I dodajmy do tego dwa elementy mające znaczenie symbolu.
Po pierwsze, Bush przyjechał do Polski w trakcie wielkiej zmiany. Był już wybrany parlament, ale wciąż toczyła się batalia o to, kto będzie prezydentem i kto będzie premierem. To nie było jasne – bo główny kandydat, Wojciech Jaruzelski, po tym, jak Lech Wałęsa zaczął lansować na stanowisko prezydenta Czesława Kiszczaka, wycofał swą kandydaturę. W Polsce istniał polityczny pat, nie wiadomo było, czy polskie przemiany nie zostaną wysadzone w powietrze. A, przypomnijmy, Polska była wówczas wciąż jeszcze członkiem RWPG i Układu Warszawskiego. W Legnicy stacjonowały radzieckie czołgi. Przyjazd Busha do kraju, który był jeszcze częścią radzieckiej strefy wpływów, był więc jak postawienie nogi na zdobytym terytorium. Tym bardziej że amerykański prezydent przyjechał z konkretnym planem politycznym.
To drugi symboliczny element – Bush przyjechał, by namawiać Jaruzelskiego, by ten zgodził się kandydować na prezydenta. W swoich pamiętnikach Bush tak opisuje to spotkanie: „Po przybyciu do Belwederu to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów tak Polsce niepotrzebnych… Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności, i nalegałem, aby

przemyślał ponownie swoją decyzję.

Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”.
Potem, wieczorem, miała miejsce uroczysta kolacja w Hotelu Europejskim. I znów, w gronie kilkudziesięciu osób, amerykański prezydent otwarcie i głośno namawiał Jaruzelskiego do kandydowania.
W tym samym czasie do poparcia Jaruzelskiego namawiał posłów OKP ambasador USA… Dlaczego?
Amerykanie ujawnili część depesz, które wówczas kierowała amerykańska ambasada w Polsce do Waszyngtonu, niedawno ukazała się na ten temat publikacja książkowa. Ale akurat okres z czasów wizyty Busha w Warszawie wciąż jest tajny. Możemy się domyślać, że nieprzypadkowo.
Ale chyba możemy dość łatwo zrekonstruować myślenie Amerykanów. Czerwiec-lipiec 1989 r. to był jeszcze czas imperium radzieckiego. A zmiany w Polsce oznaczały ewidentny w tym imperium wyłom. Wcześniej, gdy istniało podobne zagrożenie, w roku 1956 na Węgrzech czy w 1968 r. w Czechosłowacji, wyłom zasypywały radzieckie czołgi. Jaka była gwarancja, że historia się nie powtórzy?
Wiadomo było, że zmianie sprzyja przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow. Ale też było wiadomo, że jego pozycja w systemie władzy w ZSRR jest chwiejna. Że twardogłowi w każdej chwili mogą go odsunąć. Ta obawa została zresztą kilkanaście miesięcy później potwierdzona, kiedy Gorbaczow został obalony przez pucz Janajewa. I mimo że wrócił cały do Moskwy, musiał oddać władzę Borysowi Jelcynowi…
Tak więc cały proces transformacji imperium zależał w wielkim stopniu od wydarzeń w Polsce. Od tego, czy będą odbywać się płynnie, spokojnie, tak by nie dać pretekstu „obrońcom socjalizmu”. Jeden z nich, Nicolae Ceausescu, wzywał przecież do interwencji w Polsce.
W tej przemianie kluczowym elementem był Jaruzelski. Jego obecność na czele państwa wytrącała twardogłowym w Moskwie oręż z ręki,

osłaniała Gorbaczowa.

To było istotne, bo w roku 1991 dawnego Związku Radzieckiego reanimować już nie było można. W roku 1989 – zapewne było to jeszcze możliwe.
W kraju natomiast, co też jest istotne, Jaruzelski gwarantował, że resorty siłowe, MON i MSW, będą po stronie zmian. A przynajmniej – nie będą przeciw. To on prowadził wtedy przez Morze Czerwone. Latem 1989 r. klucz zmian, nie tylko w Polsce, ale i na obszarze całego imperium, spoczywał w rękach Jaruzelskiego. To było jego pięć minut i o tym doskonale wiedział Bush.
A czy o tym wiedział generał? W książce „Rok 1989. Geremek opowiada, Żakowski pyta”, napisanej w roku 1990, Bronisław Geremek opowiada o spotkaniu gen. Jaruzelskiego z klubem OKP, na dwa dni przed głosowaniem. Padło wtedy zdanie – relacjonuje Geremek – które „oddawało prawdziwy stan świadomości Jaruzelskiego: ťProszę pamiętać, że tylko generał de Gaulle mógł wyprowadzić Francję z AlgieriiŤ. To było wielkie zdanie, bo ono znaczyło, że tylko generał Jaruzelski może wyprowadzić PZPR z peerelu”.

Wydanie: 29/2009

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy