To była inna POLSKA

Polska dzisiejsza jest zupełnie niepodobna do tej sprzed 1 września 1939 r.

Dane statystyczne mogą być dobrym przewodnikiem po kraju. Wiedział o tym Edward Szturm de Sztrem, statystyk i demograf, od 1929 r. do wybuchu wojny prezes Głównego Urzędu Statystycznego. To z jego inicjatywy zaczął się ukazywać „Mały Rocznik Statystyczny”.
W przedmowie do pierwszego rocznika, z 1930 r., prezes GUS napisał, że ma on utrwalić wiadomości na temat: „Czym jest istotnie dzisiejsza Polska”. Te słowa Szturm de Sztrem powtórzył w przedmowie do 10. rocznika z 1939 r. Wydano go w czerwcu w rekordowym nakładzie 100 tys. egzemplarzy – Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zalecało „Mały Rocznik Statystyczny” jako materiał pomocniczy dla szkół. Nigdy nim nie był.

1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy dokonały agresji na Polskę. Państwo zrodzone dzięki I wojnie światowej odeszło w niebyt po kilku tygodniach od rozpoczęcia II wojny światowej. Odrodziło się w zupełnie innym kształcie w latach 1944-1945. I choć po zmianach ustrojowych w 1989 r. władze nazywają obecną Polskę bezpośrednią kontynuatorką Polski międzywojennej (podkreśla to umieszczona w konstytucji druga nazwa państwa – Trzecia Rzeczpospolita), nie zmienia to faktu, że Polska dzisiejsza jest zupełnie niepodobna do Polski sprzed 1 września 1939 r. Dowodzą tego dawne publikacje GUS uczące, czym był istotnie tamten kraj.
W 1939 r., wraz z ziemiami odzyskanymi (tak oficjalnie nazywano Zaolzie), Polska zajmowała 389.720 km kw. (o 77 tys. km kw. więcej niż obecnie). Spośród państw leżących wyłącznie w Europie ustępowała jedynie Niemcom, Francji, Hiszpanii i Szwecji. Najdalej wysunięty na północ punkt kraju znajdował się w okolicach Brasławia (województwo wileńskie), na południe – Kosowa (województwo stanisławowskie), na wschód – Dzisny (województwo wileńskie), a na zachodzie – Międzychodu (województwo poznańskie). Obecnie tylko Międzychód leży w Polsce – od granicy zachodniej oddziela go całe województwo lubuskie. Dawne powiaty dziśnieński i brasławski znajdują się na terenie Białorusi, a kosowski – na Ukrainie.
W 1939 r. Polska dzieliła się administracyjnie na m.st. Warszawę oraz 16 województw, z których siedmiu – wileńskiego, nowogródzkiego, wołyńskiego, poleskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego i lwowskiego próżno szukać na jej współczesnej mapie.

Polska należała nie tylko do największych, lecz także do najludniejszych państw europejskich. Ostatni przedwojenny rocznik statystyczny szacował liczbę mieszkańców na 35,1 mln – więcej, niż miała np. ówczesna Hiszpania czy Turcja. Spośród państw położonych wyłącznie w Europie Polska pod względem liczby ludności ustępowała jedynie Anglii, Włochom, Niemcom i Francji.
Kim byli mieszkańcy tego dużego europejskiego kraju? Najpełniej przedstawił ich drugi spis powszechny, przeprowadzony 9 grudnia 1931 r., gdy Polska wkroczyła w 14. rok niepodległości. W czasie spisu nie pytano o narodowość. Zadano dwa inne – ważne dla określenia tożsamości – pytania: o „język ojczysty” i „wyznawaną religię”.
Spośród 32,1 mln ówczesnych mieszkańców ponad 10 mln za język ojczysty uznało inny język niż polski. Dla 3,2 mln obywateli językiem ojczystym był ukraiński, dla prawie 2,5 mln – jidysz, dla 1,2 mln – ruski (starobiałoruski), dla prawie miliona – białoruski, dla 740 tys. – niemiecki, dla ćwierć miliona – hebrajski, dla 138 tys. – rosyjski, dla 83 tys. – litewski. Ponad 700 tys. spośród 1,13 mln mieszkańców Polesia nazwało język ojczysty tutejszym. Określenie tutejszy pojawiło się w czasie spisu w 1921 r. – oznaczało nie tylko język, ale i narodowość.
Choć język polski jako ojczysty zadeklarowało jedynie niespełna 22 mln mieszkańców, jest to liczba zawyżona ze względu na naciski ze strony komisarzy spisowych i dokonywane przez nich fałszerstwa – dotyczyły one głównie ludności białoruskiej i ukraińskiej.
Niespełna 20,7 mln mieszkańców Polski określiło siebie w 1931 r. jako wyznawców religii rzymskokatolickiej i ormiańskokatolickiej. Zgodnie ze spisem w Polsce było wówczas 3,8 mln prawosławnych, 3,3 mln grekokatolików, 3,1 mln wyznawców judaizmu, ponad 800 tys. ewangelików (protestantów).
W 1931 r. 72,8% ludności Polski mieszkało na wsi, 27,2% – w miastach. W porównaniu ze spisem z 1921 r. ludność miast wzrosła tylko o 2,6%. Polska do 1939 r. pozostawała państwem o zdecydowanej przewadze ludności wiejskiej.

Komisarze spisowi doliczyli się w 1931 r. prawie 6,4 mln mieszkań, w których było łącznie niecałe 11,8 mln izb mieszkalnych. Statystycznie jedną izbę zajmowały trzy osoby. Zgodnie z ustaleniami rachmistrzów 10,45 mln osób mieszkało w lokalach, w których na jedną izbę przypadały co najmniej cztery osoby.
5,2 mln spośród tych 6,4 mln mieszkań stanowiły lokale jedno- i dwuizbowe.
Jednoizbowych było 3 mln, prawie wszystkie miały – jak to określono w dokumentach spisowych – „urządzenie kuchenne”. W takich lokalach mieszkało 13,7 mln obywateli. Komisarze spisowi byli na tę sytuację przygotowani, w arkuszu pomocniczym bowiem znajdowało się pytanie: „Czy mieszkanie składa się wyłącznie z izby kuchennej?”.
Najgorzej wyglądała sytuacja na wsi. W województwie kieleckim, zaliczanym do województw centralnych – lepiej rozwiniętych niż wschodnie – 2,2 mln mieszkańców wsi zajmowało 414,5 tys. mieszkań (w tym 260 tys. jednoizbowych) z 603 tys. izbami. Połowa ludności wiejskiej województwa zajmowała lokale, w których jedną izbę dzieliły co najmniej cztery osoby.
W Warszawie w takich warunkach mieszkało 23,4% ludności. Dla porównania w Rzymie – 8%, w Pradze – 6%, w Paryżu – 0,7%, w Berlinie – 0,3%. Spośród 618,8 tys. budynków w polskich miastach w 1931 r. elektryczność była w 234,3 tys., wodociąg – w 90,2 tys., a kanalizacja – w 80 tys. Jedynie co 10. budynek (61,7 tys.) miał wszystkie instalacje. Ta sytuacja w zasadzie nie zmieniła się do wybuchu wojny. „Wśród krajów, dla których rozporządzamy danymi w sprawie wielkości mieszkań, szczególnie Polska wyróżnia się niekorzystnymi warunkami”, ubolewała Jadwiga Niebudkówna w kwartalniku GUS „Statystyka Pracy” (Zeszyt nr 1 z 1939 r.). Przedwojenne roczniki statystyczne nie zawierają informacji o wyposażeniu domów wiejskich w media, bo niemal ich nie było.
Dla osoby, która na przełomie 1931 i 1932 r. nie skończyła roku, prognozowana dalsza długość życia wynosiła 48,2 lat (dla mężczyzny) lub 51,4 (dla kobiety). Dalsza długość życia dla osób, które miały wówczas kilka lat, wyglądała lepiej: dla trzylatka – 57,7, a trzylatki – 59,4.
W 1923 r. na 10 tys. mieszkańców Polski przypadało 2,4 lekarza, w 1938 r. – 3,7 (w podobnym okresie ten wskaźnik wynosił w Bułgarii – 4,5, w Niemczech – 7,3, na Łotwie – 7,9, na Węgrzech – 11,2). Jednak dostęp do lekarza był bardzo zróżnicowany. W Warszawie na 10 tys. mieszkańców przypadało 22 lekarzy, a w otaczającym stolicę województwie warszawskim – dwóch. Jeszcze gorszy wskaźnik był w województwach wołyńskim, poleskim i nowogródzkim.

Spośród 12.917 lekarzy w Polsce w 1938 r. jedynie 1466 pracowało na wsi, na której mieszkało ok. 70% ludności kraju. „Są wsie, w których brak w pewnych latach roczników szkolnych i rekruckich, bo kiedyś wytępiła w nich dzieci epidemia. Choroby społeczne panoszą się niemal bezkarnie. Lekarz jest niedostępnym luksusem. Przywozi się go w ostatniej chwili – z księdzem”, pisał dr Stefan Giebocki w pracy nadesłanej na zorganizowany w 1936 r. przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych konkurs „Pamiętniki lekarzy”. Podsumowując relacje medyków, przewodniczący jury Melchior Wańkowicz konstatował: „Zdrowie ludzkie w Polsce, oglądane ich oczami całkiem z bliska, daje obraz przerażający”.
Złe wyżywienie i warunki mieszkaniowe (brak toalety, bieżącej wody, zimno, wilgoć), brak opieki lekarskiej sprawiały, że w Polsce wyższe niż w rozwiniętych państwach europejskich były wskaźniki umieralności na tzw. choroby nagminne (dur brzuszny, odrę, grypę, błonicę, czerwonkę), gruźlicę oraz zapalenie płuc – odpowiednio 13,2, 17,6 i 15,5 zgonów na 10 tys. mieszkańców (w Anglii odpowiednio 7,1, 5,9 i 7,2, w Czechosłowacji – 8,9, 11,4 i 12,9).
23,1% mieszkańców Polski w 1931 r. nie umiało czytać ani pisać. W województwie śląskim było jedynie 1,5% analfabetów, w Warszawie – 10%, za to w województwach poleskim i wołyńskim prawie połowa. Mimo wprowadzenia już w 1919 r. obowiązkowej edukacji (siedmioletnia szkoła powszechna) problemu analfabetyzmu – w skali całego kraju – nie udało się rozwiązać do wybuchu wojny. Zgodnie z danymi statystycznymi, od wprowadzenia w 1932 r. tzw. jędrzejewiczowskiej reformy szkolnictwa do roku szkolnego 1938/1939 poza obowiązkiem szkolnym pozostawało – w zależności od roku – od 9,4 do 11,7% dzieci w wieku 7-13 lat (ok. 0,5 mln). W województwie wołyńskim w roku szkolnym 1937/1938 obowiązek szkolny obejmował 71,6% dzieci, w tym 62,3% siedmiolatków i 49,9% 13-latków.
Do ok. 10% w skali kraju uczniów niezapisanych do szkoły Marian Falski, w latach 30. pracownik Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, doliczał jeszcze 10% zapisanych, ale niepodejmujących nauki lub przerywających ją w czasie roku.
Choć szkoła powszechna dla dzieci kończących na niej naukę była siedmioletnia, to z powodu braku nauczycieli i pomieszczeń (szkoły organizowano bardzo często w wynajętych izbach chłopskich) w wielu wsiach realizowano jedynie program czterech klas. Ich ukończenie nie dawało prawa kontynuowania nauki w gimnazjum. Do wybuchu wojny nie rozwiązano problemu bazy lokalowej szkół powszechnych, nowych obiektów budowano niewiele, za to przyrost naturalny był bardzo wysoki (problem braku lokali rozwiązano dopiero po II wojnie światowej, m.in. z pomocą akcji „Tysiąc Szkół na Tysiąclecie”).

Edukacja większości uczniów kończyła się na etapie szkoły powszechnej. W roku szkolnym (akademickim) 1936/1937 szkoły powszechne ukończyło 262,7 tys. uczniów, egzamin dojrzałości zdało 15 tys. abiturientów, a dyplomy wyższych uczelni uzyskało 6114 osób.
W końcu lat 30. w USA było 215 odbiorników radiowych na tysiąc mieszkańców, w Danii – 201, w Szwecji – 195, w Anglii – 187, w Niemczech – 154, we Francji – 112. W Polsce jedynie Warszawa zbliżała się do tych wyników – miała 104 radioodbiorniki na tysiąc abonentów. W województwie warszawskim było ich tylko 38, w białostockim – 19, w nowogródzkim – 11, w wołyńskim i stanisławowskim – 10 (jedno radio na sto osób), a w tarnopolskim – 9. Na wsi korzystano niemal wyłącznie z radioodbiorników wyposażonych w detektory kryształkowe (karierę w latach 30. zrobił wynaleziony przez Wilhelma Rotkiewicza detefon), bo w przeciwieństwie do aparatów lampowych nie potrzebowały zasilania elektrycznego. W 1939 r. bez światła elektrycznego, zdani na lampy naftowe byli mieszkańcy 97% wsi w Polsce. Moc wszystkich elektrowni w kraju wynosiła niecałe 1,7 tys. megawatów (wybudowana w latach 70. elektrownia Kozienice miała większą moc), a produkcja energii elektrycznej w Polsce była ponaddwukrotnie mniejsza niż w Szwecji, pięciokrotnie mniejsza niż we Francji, siedmiokrotnie mniejsza niż w Anglii i 14-krotnie mniejsza niż w Niemczech. Wydobycie podstawowego surowca energetycznego – węgla kamiennego – do końca II RP było mniejsze niż w 1913 r. w kopalniach, które znalazły się w składzie państwa polskiego (wydobyto w nich wówczas 41 mln ton, w 1938 r. – 38,1 mln).
Obywatele przedwojennej Polski rzadko słuchali radia, ale jeszcze rzadziej korzystali z telefonu. W 1938 r. w kraju było zarejestrowanych 299 tys. aparatów telefonicznych należących do 225 tys. abonentów. Na tysiąc mieszkańców Polska miała siedem telefonów, Czechosłowacja – 15, Łotwa – 39, Niemcy – 53, Anglia – 64, Dania – 113. Obywatele polscy nie nadrabiali zaległości w komunikacji, wysyłając telegramy i listy. W 1937 r. w Polsce nadano 95 telegramów na tysiąc mieszkańców, w Anglii ten wskaźnik wynosił 1418, w Grecji – 697, w Czechosłowacji – 310, w Szwecji – 753. W tym samym roku na jednego obywatela przypadało 26 nadanych przesyłek listowych (na jednego Belga – 53, Francuza – 144).

Przedwojenna Polska miała nieźle rozwinięty transport kolejowy (choć przewoziła mniej pasażerów niż kolej czechosłowacka, nie wspominając o angielskiej czy niemieckiej), za to pod względem transportu drogowego Polska do wybuchu wojny pozostała państwem zacofanym. 1 stycznia w całym kraju było zarejestrowanych niespełna 42 tys. samochodów, wliczając w to ciężarówki, autobusy i taksówki. W całym województwie tarnopolskim, przez które przebiegała szosa zaleszczycka, w 1939 r. było zarejestrowanych 350 samochodów (jeden na 5 tys. mieszkańców). W 1938 r. na tysiąc mieszkańców przypadało w Polsce 10 samochodów, podczas gdy w Anglii i we Francji ponad 500, w Szwecji – 305, w Niemczech – 251, we Włoszech – 100, w Czechosłowacji – 69.
W najlepszym dla Polskich Linii Lotniczych przedwojennym roku, 1937, przewieziono 37 tys. pasażerów. W tym samym roku z Polski w podróż za granicę udało się 65,2 tys. osób, a w 1938 r. – 88,9 tys. Te dane nie objęły osób, którym wydano paszporty emigracyjne.
W 1937 r. opuściło Polskę 102,4 tys. emigrantów, rok później – 129,1 tys. (w całym 20-leciu ok. 2 mln). W Gdyni, poza portem, powstał Obóz Emigracyjny, w którym przygotowywano chętnych do wyjazdu z kraju – dzięki specjalnej bocznicy kolejowej emigranci byli dowożeni wprost pod burtę statku (ten epizod polskiej historii przypomni powstające w Gdyni Muzeum Emigracji).
Mimo sukcesów – budowy Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego – II RP do końca swego istnienia nie zdołała osiągnąć poziomu rozwoju gospodarczego z roku 1913. Tymczasem liczba ludności w kraju wzrosła z 27,4 mln w 1921 r. do 35,1 mln w 1939 r. Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski wyliczyli, że w porównaniu z 1913 r. spadek produkcji przemysłowej na jednego mieszkańca w 1938 r. – roku najlepszej koniunktury – wynosił 18%. To – jak podkreślali – świadczyło „o uwstecznieniu naszej gospodarki, o wzroście zacofania w porównaniu z innymi krajami”.

Wydanie: 45/2011

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Teresa Stachurska
    Teresa Stachurska 18 listopada, 2011, 17:45

    Mam „Mały Rocznik Statystyczny 1938” i z jego lektury wiem jak bardzo się Polska zmieniła po wojnie. Tym bardziej więc zaskakuje odwoływanie się do RP II przez część naszych historyków oraz… biskupów i księzy. Biją na tożsamość narodową i katolicką… Wniosek: pożyteczne że Państwo zabrali w tej sprawie głos i oby więcej tych głosów było, również w „Przeglądzie”.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. dillinger
    dillinger 19 listopada, 2011, 15:37

    Pamiętać należy, że w tym czasie świat się zmagał z Wielkim Kryzysem.
    Wystarczy wspomnieć najsilniejszą gospodarkę świata USA – tam od drugiej połowy lat 20-tych do 1941 roku gospodarka stopniała o kilkadziesiąt procent, a spadek produkcji o 50%. Bezrobocie sięgało w niektórych krajach od 1/3 do 1/2 siły roboczej.
    Siła rzeczy odradzająca się po 123 latach niebytu Polska nie mogła w takich warunkach rosnąć w siłę.
    Warunki były skrajnie niesprzyjające.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Adacta
    Adacta 28 listopada, 2011, 23:56

    Faktycznie spadek produkcji dochodzący do 50% i bezrobocie 30% (najwyższe w świecie)wystąpiły u autora kryzysu, czyli jak zwykle USA i identyczne były wskaźniki w Polsce. Kryzys zaczął ustępować po roku 1933, w Polsce w 1935r., gdy Kwiatkowski został v-ce premierem (po śmierci Piłsudskiego)– wcześniej odsunięty od gospodarki przez niego, za brak ortodoksyjnych liberalnych poglądów. W tej sytuacji do 35r. roku utrzymywano sztucznie silną złotówkę (absurd). Skutecznym okazał się szeroki interwencjonizm państwowy np. tworzenie przedsiębiorstw państwowych czy administracyjna ingerencja w rynek. Okazało się np. że w kryzysie ceny artykułów przemysłowych nie zawsze taniały, a czasami np. kartel cementowy spowodował, ze cement zdrożał 5 krotnie. A tymczasem w roku 1928 i 1935 ceny za 100kg wynosiły odpowiednio dla żyta 40,9 i 13,3 zł, wieprzowiny 213,3 i 77 zł. Te nożyce cenowe spowodowały, że sytuacja na wsi stała się tragiczna. Tymczasem 50% ziemi należał do 3% właścicieli. Przeważały gospodarstwa 2 ha, ale było sporo 2-3 morgowych czyli około 1,5 ha. Natomiast roczny dochód rolniczy z 1 ha od 1927r do 1935r zmalał z 214 zł do 18 złotych. Jak za to mogła wyżyć wiejska rodzina. Umierali z głodu, śmierć dziecka przyjmowano z ulgą! „Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci [w powiecie rzeszowskim] nie widziała go nawet nigdy. Sól używa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną bydlęcą”. (Były jednak chyba w każdej chałupie pralki automatyczne firmy Miele. Co?) Tymczasem dla przykładu wojewoda katowicki (przeciwnik Korfantego), za skuteczne fałszowanie wyborów „brzeskich” (1930r) otrzymuje ekstra premię – okrągłą sumkę (nie pamiętam) 1 lub 2 tys. złotych. Ale bale i parady były (patrz chociażby okładkę „ Przeglądu”). „Nie jest po myśli Kościoła podtrzymywanie bogaczy i plutokratów przeciw biednym i nieposiadającym” m.in. mówił prawdziwy wyznawca Pisma Świętego – Papież Pius XI – prawdopodobnie zamordowany przez Mussoliniego. A za „wyparciem z Polski obcego kapitału, uspołecznieniem własności przez udział robotników w przedsiębiorstwach” wypowiadała się partia, która urodziła NSZ – ugrupowanie mordujące partyzantów z GL! Miała czego żałować po 1945r. pozbawiona złotego runa sanacja. Czyniła więc wszystko, wszelkimi sposobami, by obalić tych, którzy odbudowali kraj z nicości gospodarczej, zniszczeń wojennych (o Warszawie już nie mówiąc ), wybudowali niezliczoną ilość mieszkań, szkół , szpitali itd., odpierali ataki zbrodniczego podziemia (patrz chociażby w Przeglądzie w dziale historia – „Kto zapłaci za zbrodnie podziemia”, oraz w dziale wywiady – „Sejm nie jest od pisania historii”), dali KAŻDEMU PRACĘ. Obaliła tych, którzy zgodnie ze słowami św. Jakuba (wiara bez uczynków jest martwa) – jako pierwsi od 2000 lat zaczęli wcielać w czyn CZYJEŚ słowa zapisane w Ewangelii wg św. Mateusza (chociażby o uchu igielnym i wielbłądzie, o mamonie, …) z najważniejszą wypowiedzią (rozdz.25): „ Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić;, byłem nagi..” No i powołujący się na II RP czyli spadkobiercy sanacji, „skołowali” ludziom w głowach i obalili tzw. komunę. I patrząc na wiele bogactwa, ale i szeroki zakres nędzy, to dla nich dalszy ciąg rozdziału 25: „Wszystko co nie uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście nie uczynili.” Ale wróćmy jeszcze do zarania II RP. Od 1918r do 1920r. wydatki na wojsko pochłaniały 50% a nawet 60% budżetu. No ale mieliśmy z przerośniętymi ambicjami! kandydata na Aleksandra Macedońskiego, który bez uzasadnień historycznych (dużo czytać) prowadząc politykę imperialną podbił i brutalnie zniewalał zwłaszcza Białoruś i Ukrainę. To on załatwił nam rewanż na Wołyniu w 1943r. Mógł co prawda bez kontynuowania walk uzyskać zdobycze terytorialne („Historia…” – Kukiel) ale natura też Wilhelma Zdobywcy nie pozwoliła skorzystać z możliwości. Kontynuujmy dalej historię II RP. W latach 1919-21 zaciągnięto kredyty zagraniczne w wysokości 265 mln $ („starych”), oraz 18,2 mln$ pożyczki wewnętrznej. Większość tych sum poszło na wojsko, tylko 7,7% na inwestycje państwowe. Regres produkcji to nie tylko skutki kryzysu. Rosja sowiecka (dawniej główny partner obrotu) nałożyła nam cło w podzięce za ujeżdżanie kasztanki. W każdym bądź razie już w 1923r (bez kryzysu) produkcja przemysłowa Polski to 67% produkcji roku 1913 z tych terenów. Inny przykład gospodarności (nie jedyny) Za zakłady Żyrardowa odbudowane przez państwo, Francuzi na skutek kombinacji zapłacili ok. 4% ceny. Stowarzyszenie polskiego kapitału o symbolicznej nawet nazwie „Lewiatan” (potwór), doprowadziło, że np. w 1925r firmy zapłaciły tylko 20% podatku. Prawa pracowników sprowadzono do zera. Jakby tego było mało: ”Brześć i Bereza, gadzinowe bezprawie” (P. Jasienica).

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Adacta
    Adacta 1 grudnia, 2011, 21:40

    Świat zmagał się z Wielkim Kryzysem – fakt. Czarny czwartek to 24.10.29r. Do nas więc przyszedł w 30r. Autorem kryzysu jak zwykle USA. Ze Związku Radzieckiego nie przyszedł bo go tam nie było. W Niemczech b. szybko się z nim uporano i te kraje intensywnie się rozwijały. Nie tylko w kryzysie widzę przyczyny tragicznej sytuacji w Polsce. Polska prowadziła kosztowną politykę imperialną. Można ją popierać, ale terror i zniewalanie Ukraińców, Białorusinów i Litwinów nie bardzo. W latach 1918-20 wojsko pochłaniało 50-60% budżetu. Doszły zniszczenia wojenne. Już w 1923r produkcja przemysłowa Polski to 67% produkcji roku 1913 z tych terenów. Inny przykład (wybrany). Za zakłady Żyrardowa odbudowane przez państwo, Francuzi na skutek kombinacji zapłacili ok. 4% ceny. Stowarzyszenie polskiego kapitału o symbolicznej nazwie „Lewiatan” (potwór), doprowadziło, że np. w 1925r firmy zapłaciły tylko 20% podatku. Prawa pracowników sprowadzono do zera. Ale. Dziennik Łódzki (31.12.10r i 29.07.11r.) podaje, że w 5 tys. Bełchatowie burmistrz zarabiał miesięcznie ponad 420 zł, sekretarz urzędu 400 zł, policjant 180 zł. Na wsi tragicznie. Wskutek wystąpienia nożyc cenowych „ roczny dochód rolniczy z 1 ha od 1927r do 1935r zmalał z 214 zł do 18 złotych („Polska Rzeczypospolita …” – Ciborowski). Ponieważ przeważały gospodarstwa 2-3 ha (były i mniejsze) to można sobie wyobrazić co się tam działo. Młody zwłaszcza z miasta tego nie pojmie. Śmierć dziecka przyjmowano z ulgą!! Mówienie „umieranie z głodu” to żadna przesada. Mój dziadek wyjechał 2x do kopalni do Francji i mimo kryzysu przywiózł tyle, ze mógł dokupić kilka mórg ziemi, co razem z weberką (tkactwo) dla Żydów spowodowało iż chleba (tylko chleba) w zasadzie wystarczało. Ludzie umierali z głodu lub chorób, którym nędza dała początek. Gruźlica i tyfus, to mi pozostało w pamięci. U sąsiada na tyfus wymarła cała liczna rodzina, został tylko Adam. Z okresu powojennego znałem wiele wdów – mężowie zmarli na gruźlicę. Byli też wdowcy i sieroty. W rodzinie dziadka też była gruźlica. Mimo to bale i parady były (okładka). Lub. Mój ojciec, który głodu doświadczył, ale widział jeszcze okropniejsze rzeczy, to gdy w 1938 r. znalazł się w Postawach w pułku kawalerii, to poza piątkiem, na każdy obiad mięso jadł. Były wiec w jednej Polsce skrajnie różne Polski. Wielu ludzi, a i kolejarze (bo państwowi) mieli prawo rzewnie wspominać II RP. Inni krańcową nędzę i panoszącą się śmierć. Na dodatek. Ojciec mojego kolegi siedział kilka miesięcy w areszcie za roznoszenie ulotek Stronnictwa Ludowego przed wyborami (II p. lat trzydziestych), a mój ojciec aż do wyborów się ukrywał (razem roznosili). I tak mieli szczęście, bo chłopów którzy zginęli w tych latach były setki. Tak było i później. W moim terenie dwóch konspiracyjnych działaczy SL, dowódców BCh, więźniów Gross-Rosen, drugi Oświęcimia, zabija tuż po wojnie dowódca ugrupowania (teraz Żołnierz Wyklęty) z Parzniewic. Jest to opisane w umieszczonej w Internecie pracy IPN „… Toborek Konspiracyjne Wojsko Polskie w Bełchatowie..” str.4. 13 wiersz od góry, tyle że krótko, pokrętnie i kłamliwie (czytający łatwo coś odkryje). Wtedy do Gross-Rosen chcą wysłać więcej. Trzech ginie w Parzniewicach (w tym brat dowódcy), dwóch to ofiary obozu. Grzybowski co łatwo przeczytać w pracy, w tym samym rejonie i czasie jest dowódcą AK. Niemca nie zabił. Jako „wyklęty” tylko tych dwóch. Wszyscy BCh-owcy przez „kogoś” wydani giną, z tym, że ci co przeżyli obozy zostają zabici wkrótce po wojnie, osobiście przez byłego dowódcę AK. Wracając do rolnictwa. Powszechnie chłopi mający kilka ha ziemi mówią, że tak jak było w PRL „od Gierka” i później, to nigdy nie było i nie będzie. Wtedy wybudowali i usprzętowili od podstaw gospodarstwa, a teraz to tylko renty dziadków ich utrzymują. Fakty bez oceny. Nożyce cenowe (chociażby zboża – nawozy) są teraz bardziej rozwarte niż w czasach i cenach obowiązkowych dostaw. W poprzednich latach żytem palono w piecach. Niewątpliwie dobrze się trzymają gospodarstwa kilkudziesięciu hektarowe. Najlepiej „nowi dziedzice na PGR-ach”. Gdyby rolnictwo przynosiło zero zysku, to prowadząc na 1000 ha prostą uprawę zbożową, przy dopłatach w tym roku 1000zł/ha? Milion jest. Czytelnik z Bełchatowskiego

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy