Hamak, teflon, wojna, biznes

Hamak, teflon, wojna, biznes

Zupełnie niespodziewanie otrzymałem ostatnio od grupy nieznanych mi w większości, ale w całości życzliwych osób niezwykły i ważny dla mnie prezent. To hamak. Hamak hamakowi nierówny, wiadomo. Ten był, jest, z tzw. wyższej półki – domyśliłem się, bo cena była wyraźnie wyższa niż w sportowo-turystycznych sieciówkach. Akurat mój hamak został uszyty w Legionowie, dawnym zagłębiu namiotowym PRL, nie dopytałem jeszcze o zbieżność czy koincydencję. I chociaż sygnowany jest pełną uroku nazwą „Leniwiec”, to przeznaczony jest raczej do aktywnych form wypoczynku, turystyki i eksploracji. Dzięki niemu doświadczyłem w ostatnich dniach euforycznego doznania wolności, porównywalnego z początkami samodzielnego przemieszczania się rowerem po świecie. Jest zatem hamak przedmiotem należącym do świata filozofii minimalizmu znanego pod starożytnym bon motem Cycerona Omnia mea mecum porto – wszystko, co moje, noszę ze sobą. Mogę stanąć, gdzie chcę, przerwać wędrówkę, mogę w kilkanaście sekund przygotować wygodne i bezpieczne schronienie. Potrzebuję dwóch drzew lub dwóch innych stabilnych punktów oparcia do zawieszenia konstrukcji. Drzewa wciąż mamy.

Kiedy pierwszy raz rozwieszałem ten hamak (przecież nie pierwszy raz miałem z samym przedmiotem do czynienia), zwątpiłem, patrząc na linkę nośną (cięciwę) o przekroju 4-5 mm i bardzo specyficznym splocie, który nosi nazwę dyneema. Cóż, okazało się, że linka wytrzymuje niemal 800 kg obciążenia. „Zeżrą cię komary, pająki, węże, osrają ptaki, pobodą dziki, no i zamarzniesz”, dzielili się troską znajomi. Mój hamaczek ma integralną moskitierę – ze złowieszczą satysfakcją śledziłem podczas krótkiego wypadu do Białowieży wielogodzinne nieskuteczne szturmy tamtejszych komarów na moje legowisko. Byłem tak blisko ich kłująco-ssących aparatów gębowych, ale musiały obejść się smakiem. Mój hamaczek byłby bezbronny bez tarpa, czyli rozpostartej nad nim płachty, której żaden deszcz niestraszny. Ten tarp pokryty jest teflonową powłoką, co sprawia, że praktycznie nie przepuszcza wody.

I wydawać by się mogło, że tak sobie leżąc, śpiąc, jestem daleko od tego, co w polityce, co w Polsce, co w PiS. Deszcz pada, a ja nie muszę się ekscytować tym, że Julia Przyłębska została zdemaskowana jako marionetka Kaczyńskiego, co było oczywiste od dnia, w którym jej kuriozalna kandydatura pojawiła się w kontekście stanowiska prezeski Trybunału Konstytucyjnego. Nade mną wszak buki, dęby, lipy, brzozy, żurawie, bociany, jastrzębie i zięby. A gdzieś daleko wojna w Ukrainie, która pierwszy raz od kryzysu kubańskiego, po 60 latach postawiła na nowo realne pytanie o groźbę konfliktu jądrowego albo możliwości użycia tej broni. Patrząc na mojego tarpa zatrzymującego lipcowy deszcz, zrozumiałem, że taka ucieczka od politycznego żywiołu nie jest prosta ani oczywista. Teflon jest dzieckiem pracy nad udoskonaleniem lodówki oraz amerykańskiego programu budowy bomby atomowej, tzw. Projektu Manhattan. Wtedy opracowano i udoskonalono jego produkcję, a później możliwości użycia i stosowania, wśród których przez lata zwyciężały patelnie i ich zalety (albo wady – jest tu mnóstwo teorii spiskowych). Nie żywię przekonania, że ludzie powinni zamieszkiwać w hamakach. Ale wciąż nie mogę pojąć, dlaczego nadal, a w ostatnim czasie szczególnie, musimy z bezradnym przerażeniem konfrontować się z „atomowym lękiem”, zamiast zafundować sobie noc pod niemal gołym niebem. Bez lodówki.

Prorok Izajasz w biblijnym proroctwie wzywał do przekucia mieczy na lemiesze, dlaczego dzisiaj tak lichuteńko brzmi podobny głos? Dlaczego wojenny wariant wydaje się nam wciąż realnym programem? Godząc się na ośmieszenie, deklaruję jasno: chcę teflonowych tarpów zamiast jądrowych głowic. W takiej perspektywie, chociaż to marne pocieszenie, wszystko, co się dzieje wokół całej tej Julii, Jarka czy w ogóle polskiej polityki, nie ma po prostu żadnego znaczenia. Jestem w tak niezwykłym miejscu, że cieszę się, że pada, bo jezioro i tak ciepłe, ludzie spokojni i życzliwi, a teflon może wykonać swoją dobrą, pokojową robotę.

Zanim tu dotarłem, byłem też 1 lipca w Białowieży, żeby być świadkiem „otwarcia” miasteczka, regionu. Na turystów, na biznes, bo przecież nie na migrantów z Bliskiego i dalszego Wschodu. Włodarze Hajnówki i samej Białowieży mieli policzone straty – zniszczone drogi, mosty to prawie 150 mln zł. Wojsko zdemolowało jedne z najcenniejszych fragmentów puszczy, w tym rezerwatu ścisłego. Na ten temat nie usłyszeliśmy słowa. Mówiono: „Władza podejmuje decyzje, a my wykonujemy” i ani mru-mru. Trzeba wyrównać, trzeba pomóc przedsiębiorcom. O zbrodniach na ludziach, na puszczy – ani słowa. Starosta z Hajnówki wygłosił mowę, że jest źle, bo wilki atakują, a jest mało żubrów, bo nie mogą wyjść z puszczy przez zwalone świerki. Gdyby ktoś wygadywał takie banialuki w szkole, nie dostałby promocji do następnej klasy. Ale głupota władzy jest nieprzemakalna. Teflonowa, można by rzec, ale nie chcę obrażać teflonu.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 29/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy