Hollywood odwraca się od Busha

Hollywood odwraca się od Busha

Nowe amerykańskie filmy pokazują grozę, bezsens i kulisy wojen USA

Typowy Amerykanin, tęgawy, postawny, o nieco nalanej twarzy, ale wysokim czole, 57-letni Karl Christian Rove, myli nieco swym dobrodusznym wyglądem. Po reelekcji w 2004 r. prezydent George Walker Bush nazwał go „architektem zwycięstwa”. Teraz znalazł się wśród piątki skompromitowanych jastrzębi, których prezydent – pod naciskiem Kongresu i opinii publicznej USA – zmuszony był pozbyć się z zespołu swych najbliższych współpracowników.
Główny doradca i strateg prezydenta, nazywany często mózgiem Busha, lubił pozostawać w cieniu i pociągać za sznurki „z tylnego siedzenia”. Mniej znany szerokiej publiczności niż pozostali eks – Donald Rumsfeld, Paul Wolfowitz, Albert Gonzales i John R. Bolton – Rove odgrywał w ciągu obu kadencji obecnego prezydenta rolę niezwykle zręcznego manipulatora opinii publicznej. Przez blisko dziesięć lat udawało mu się w znacznej mierze mobilizować ją wokół celów polityki międzynarodowej obecnego prezydenta.

nRowizm”, sztuka manipulacji
Jego imieniem nazwano nawet pewną filozofię rządzenia. „Rowizm” to przede wszystkim zespół zasad i metod manipulowania opinią publiczną. Według nich, Biały Dom za prezydentury George’a W. Busha starał się programować niektóre media i produkcję filmową Hollywood. Nie było to zresztą zbyt trudne: od czasów Wielkiego Kryzysu do początkowej fazy wojny wietnamskiej amerykańska fabryka snów chętnie produkowała filmy na użytek aktualnej polityki i propagandy prezydenckiej.
Bush objął władzę pod hasłami jednoczenia Amerykanów i świata. Rove, świetnie wykształcony, obdarzony niepospolitą inteligencją mistrz manipulacji, bardzo wcześnie zorientował się, że znacznie łatwiej jest jednoczyć publiczność, czyli wyborców, przeciwko czemuś lub komuś niż na rzecz czegoś. Dlatego za czasów administracji Busha bardzo nasiliły się kampanie prowadzone „przeciwko”. Istotne były nie tyle ich cele, ile „stan mobilizacji” społeczeństwa. Najpierw nasilały się kampanie przeciwko nielegalnym imigrantom, gejom, aborcjom i badaniom nad komórkami macierzystymi. Gdyby prezydent Bush jr. był rzeczywiście tak wrażliwy na nauczanie Kościoła katolickiego i Watykanu, a zwłaszcza Jana Pawła II, zapewne musiałby wziąć chociażby minimalnie pod rozwagę jego kategoryczny sprzeciw wobec planów interwencji zbrojnej w Iraku i pogłębiania podziałów na świecie.
Zdaniem członka Izby Reprezentantów, demokraty Henry’ego Waxmana, deklarowane cele dyrygowanych przez administrację prezydencką kampanii nie były dla Rove’a tak istotne jak uruchomiony dzięki nim skuteczny mechanizm mobilizowania amerykańskiej opinii publicznej przeciwko różnym wrogom.
Pewien amerykański dyplomata twierdzi, że główną przyczyną niepowodzenia zabiegów kolejnych ekip rządzących w Polsce o zniesienie wiz amerykańskich dla Polaków nie była przede wszystkim obawa przed wielką falą imigracji z Polski. Według opinii ekspertów, nic takiego Stanom nie grozi, zwłaszcza wobec rekordowo niskiego kursu dolara. Waszyngton nie chciał otwarcia wizowego, ponieważ zmniejszałoby ono efekty „mobilizacji anty” (negatywnej mobilizacji).

Uległe Hollywood
Dwa miesiące po zamachu terrorystycznym na World Trade Center z 11 września 2001 r. główny strateg Busha pojechał do Hollywood. Jako wysłannik prezydenta odbył tam spotkania z najbardziej wpływowymi ludźmi przemysłu filmowego. W szczególnej atmosferze, jaka panowała w Stanach świeżo po tragedii i upokorzeniu, które spotkało mocarstwo numer jeden ze strony terrorystów Al Kaidy, Rove przekonał producentów o potrzebie powrotu w przemyśle filmowym do „patriotycznego ducha lat 40.”. Filmowi – argumentował – przypada w tym szczególnym okresie, gdy Stanom zagraża międzynarodowy terroryzm, patriotyczna rola mobilizacji świadomości obywateli do obrony ojczyzny i demokratycznego świata.
W tym czasie funkcjonowały już od dawna w obiegu pojęcia „imperium zła” i „osi zła”, zaczerpnięte notabene z pewnego amerykańskiego filmu fantastyczno-naukowego wyprodukowanego w latach 30. ubiegłego stulecia. Zniknął ZSRR jako „imperium zła”, ale wystarczyło tylko nieco przedłużyć oś, aby sięgała Iraku oraz Al Kaidy. Terroryzmu nie dawało się przypisać wyłącznie do jakiegoś konkretnego terytorium, utworzono więc pojęcie zagrażającego zewsząd i czyhającego na każdym kroku „islamofaszyzmu”, co bardzo uwiarygodniało teorię „wojny cywilizacji”.
Bezpośrednie następstwa wizyty Karla Rove’a w Hollywood były ponure. Na jakiś czas powróciły obyczaje z czasów maccartyzmu: w fabryce snów znowu zaczęły krążyć czarne listy aktorów i reżyserów, których „nie należało” zatrudniać. Niektórym zagrożono zerwaniem kontraktów ze względu na ich „podejrzane” sympatie polityczne. Na listach znalazły się takie gwiazdy jak Sean Penn, Susan Sarandon, Angelica Huston, Tim Robbins i Martin Sheen.
W rezultacie wizyty Rove’a w Hollywood pojawiają się filmy będące niemal prostą kontynuacją superprodukcji hollywoodzkich w rodzaju „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa z 1977 r. Tamte filmy o heroicznych wyczynach bohaterów wyposażonych w potężne kosmiczne wehikuły wojenne rozbijające „siły imperium zła”, stanowiły apologię wyścigu zbrojeń i produkowano je w warunkach zimnej wojny. W końcu wyścig ten spowodował krach ZSRR. Nowy wróg, terroryzm, nie ma konkretnych granic, wobec tego nowe hollywoodzkie produkcje patriotyczne sugerują, że „wróg może być wszędzie”.
W nowej wersji „Wojny światów”, nakręconej w 2005 r. przez Stevena Spielberga, wobec agresji intruzów z kosmosu córeczka głównego bohatera naprowadza widza na właściwy trop skojarzeń, pytając: „Tatusiu, czy to terroryści?”. Po atakach z 11 września scenarzyści i reżyserzy często umieszczają akcję w samolocie. To najbardziej działa na wyobraźnię i nawiązuje do ataku z 11 września. Klasyką w tym względzie stał się „Nocny lot” („Red Eye”) Wesa Cravena, wyprodukowany w 2005 r. W locie z Dallas do Miami bohater jest ofiarą płatnego mordercy, który ma za zadanie zamordować amerykańskiego dyplomatę. W filmie „Żmije w samolocie” Davida R. Ellisa morderca wpuszcza do samolotu jadowite gady, aby pozbyć się świadka jego zbrodni. „Inwazja” Olivera Hirschbiegela (2007) to współczesna wersja słynnego filmu z lat zimnej wojny.
Głośny film grozy reżysera Dona Siegela, „Inwazja porywaczy ciał” („Invasion of the Body Snatchers”) miał aż trzy nowe wersje, realizowane w latach 1978, 1993 i 2007. Przybysze z kosmosu eliminują ludzi, przybierając ich zewnętrzną postać, aby opanować nasz świat. Zwłaszcza remake zrealizowany przez Olivera Hirschbiegela pod wpływem bezpośredniej sugestii Karla Rove’a w 2007 r. pod tytułem „Inwazja”, z udziałem Nicole Kidman i Daniela Craiga jest tak sugestywny, że widzowie wychodząc z kina, rozglądają się podejrzliwie wokół siebie w odruchu wzajemnej nieufności. I właśnie o to chodzi!

Bunt na planie
Pionierską rolę w zdemaskowaniu „rowizmu” odegrał słynny już film „Fahrenheit 9/11” Michaela Moore’a, który niewątpliwie należy do kategorii kina politycznie zaangażowanego. Ten dokument filmowy ukazał interesy rodziny Bushów, które doprowadziły do interwencji wojskowej w Iraku, ich powiązania z saudyjskimi potentatami naftowymi, którzy inspirowali i finansowali islamski radykalizm Osamy bin Ladena, zanim stał się on wrogiem publicznym numer jeden. Film opowiada też o tym, jak ci saudyjscy sponsorzy przywódcy Al Kaidy dzięki uprzejmości prezydenta USA mogli po zamachu z 11 września jako jedyni podejrzani swobodnie opuścić Stany Zjednoczone.
Ostatnio w hollywoodzkim obrazie wojen wszczętych i prowadzonych przez Stany Zjednoczone w Iraku i Afganistanie wszystko zaczyna się zmieniać. Liczba amerykańskich żołnierzy zabitych na wojnie irackiej dochodzi już do 3,9 tys., a 186 tys. zostało rannych. Po zwiastunie zmiany, jakim była nieśmiała krytyka tej wojny w „Powrocie z piekła”, rozpoczął się w Hollywood prawdziwy bunt na planie zdjęciowym. Widzowie telewizji w Europie Zachodniej mogli obejrzeć serie wstrząsających reportaży i filmów dokumentalnych z Iraku, takich jak „Bez osłonek: wojna w Iraku” lub „Bagdad ER” oraz „Taśmy wojenne” („The War tapes”) zrealizowany w 2006 r. przez Deborah Scranton, która wykorzystała autentyczne nagrania porażających, niecenzurowanych wypowiedzi amerykańskich żołnierzy w Iraku.
Nakręcony w ubiegłym roku film „Sytuacja” Philipa Haasa pokazuje, jak amerykańscy żołnierze wrzucają do kanału dwóch Irakijczyków, którzy naruszyli godzinę policyjną.
„Ukryta strategia” („Lions for lambs”) Roberta Redforda, film, który wszedł na amerykańskie ekrany w listopadzie ubiegłego roku, to już wyraźne potwierdzenie, że Hollywood u schyłku kadencji prezydenta Busha odwróciło się od Białego Domu. Film ukazuje brudną stronę współczesnych „amerykańskich wojen”, w których głównie chodzi o interesy, choć koncentruje się na wojnie afgańskiej. W filmie Redforda krzyżują się trzy opowiadania, których bohaterami są wojowniczy neokonserwatywny senator (Tom Cruise, producent filmu) w starciu z demaskującą jego prawdziwe intencje dziennikarką (Meryl Streep), weteran wojny wietnamskiej, profesor literatury z Kalifornii (Redford) oraz dwaj ranni żołnierze – jego byli studenci – ukrywający się w górach Afganistanu przed talibami.
Jednak prawdziwy wstrząs w światowej opinii publicznej wywołuje dziś, zapewne dzięki swym walorom artystycznym, dopiero co wyprodukowany w Hollywood film „Redacted” Briana de Palmy, pokazany w tym roku na Festiwalu Weneckim. W nowym filmie twórcy „Nietykalnych” i „Świadka mimo woli”, nagrodzonym Srebrnym Lwem za reżyserię, autentyczne wydarzenia z marca 2006 r. w pierwszych jego kadrach, przeplatają się z wątkiem fabularnym. Rozpoczyna się sceną, w której amerykańscy żołnierze gwałcą 14-letnią Irakijkę, a następnie zabijają swą ofiarę, jej pięcioletnią siostrzyczkę i ich rodziców. De Palma odbierając nagrodę, powiedział: „Kręcąc ten film, oczekiwałem, że wstrząśnie publicznością do tego stopnia, iż parlamentarzyści poczują się zmuszeni zagłosować przeciwko wojnie”.

 

Wydanie: 2/2008

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy