IPN

IPN

To instytucja represji i szantażu. Stosuje kary nieprzewidziane w kodeksie karnym, zasłaniając się frazesami o prawie społeczeństwa do poznania prawdy

2065 pracowników
135 prokuratorów
208 mln zł budżetu
9535 zł zarabia prokurator
4629 zł to przeciętna płaca

Dziś mam ochotę przeprosić wszystkich, że kiedyś zagłosowałem za ustawą o powołaniu IPN – te słowa padły w czerwcu tego roku z ust Władysława Frasyniuka, jednego z historycznych przywódców „Solidarności”. To ważna deklaracja, szczególnie że właśnie mija 10 lat od momentu, gdy Sejm zajmował się powołaniem do życia Instytutu Pamięci Narodowej. Postawa Frasyniuka pokazuje, jak z każdym rokiem, z każdą wydaną książką i zorganizowaną konferencją kurczy się grono zwolenników IPN. „To instytucja represji i szantażu; stosuje ona kary nieprzewidziane w kodeksie karnym, zasłaniając się frazesami o prawie społeczeństwa do poznania prawdy. Na taki frazes mogła powoływać się także SB, która mnożyła donosicieli i agentów, rozszerzała podsłuchy i podglądy przecież w celu poznania prawdy. Ta prawda według IPN jest teraz bardzo potrzebna narodowi polskiemu. Różnica jest taka, że SB zdobytą kompromitującą prawdę o ludziach utrzymywała w tajemnicy, a IPN swoją prawdę rozgłasza na wszystkie strony”, tak instytut opisuje prof. Bronisław Łagowski, od początku zaliczający się do – powiększającego się obecnie grona – zwolenników likwidacji IPN. „Na IPN padł cień orwellowskiego Ministerstwa Prawdy”, pisze Anna Bogucka-Skowrońska, była sędzia Trybunału Konstytucyjnego, w latach 80. również związana z „Solidarnością”. Jak widać, prezesura Janusza Kurtyki przelewa czarę goryczy.
W chwili, gdy pojawia się pytanie, czy Kurtyka będzie ostatnim szefem IPN, warto pochylić się nad historią tej instytucji. Szczególnie że zbliża się rocznica jego poczęcia. A jak wiemy, Polska rocznicami stoi. Niebawem do Warszawy zjadą tłumnie koronowane głowy na wielki bal w operze organizowany przez prezydenta Kaczyńskiego w 90. rocznicę odzyskania niepodległości. Dla ekipy Donalda Tuska 70. rocznica obrony Westerplatte ma być tym, czym dla Lecha Kaczyńskiego 60. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Windą do prezydentury. Urzędujący prezydent pragnienie zwiększenia własnej kancelarii tłumaczy koniecznością organizowania obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej, 20. rocznicą Okrągłego Stołu, 10. rocznicą wstąpienia do NATO i 5. rocznicą akcesji do Unii Europejskiej. Nie sposób więc nie odnotować zbliżającej się rocznicy powołania instytucji, która ma wskazywać obywatelom, które rocznice należy czcić jako dowód wrodzonych narodowi polskiemu prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, a które są dowodem na istnienie zła objawiającego się w działalności wewnętrznych i zewnętrznych wrogów narodu.

Dziecko koalicji AWS-UW

Ustawa powołująca do życia IPN została przegłosowana w Sejmie 22 września 1998 r. Za głosowała koalicja AWS-UW. Przeciw był SLD. Ludowcy głosowali przeciw lub wstrzymali się od głosu. Ustawa przeszła w Senacie, prezydent Kwaśniewski zdecydował się jednak na weto. „To arcyniebezpieczna ustawa dla państwa, bo jest niedemokratyczna”, argumentował wówczas prezydencki prawnik Ryszard Kalisz. Sprawa stanęła na ostrzu noża 18 grudnia. Centroprawicowa koalicja nie miała większości zdolnej do odrzucenia prezydenckiego weta. Z pomocą przyszedł PSL i jego głosami udało się prezydenckie weto obalić. Większość ustawowa trzy piąte wynosiła 276 głosów, centroprawica wsparta przez ludowców uzyskała głosów 282. Blokiem przeciwko powołaniu IPN głosował klub SLD oraz poseł niezrzeszony Roman Jagieliński, wybrany do Sejmu z list PSL. Sami ludowcy zmienili zdanie o IPN, gdy obiecano im szybką nowelizację ustawy wychodzącą naprzeciw ich oczekiwaniom. Przede wszystkim kadencję prezesa IPN skrócono z lat siedmiu do pięciu. Po drugie, prezes IPN miał być odtąd wybierany przez Sejm większością trzech piątych, co dawało ludowcom rolę języczka u wagi. Ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przyjęto 18 grudnia 1998 r. „To prawdziwy prezent gwiazdkowy”, cieszył się lider AWS, Marian Krzaklewski. Ustawa weszła zaś w życie z dniem 19 stycznia 1999 r.

Batalia o prezesa – część I

Po batalii o powołanie instytutu rozegrała się batalia o wybór jego prezesa. Pierwszy prezes IPN, prof. Leon Kieres, rozpoczął sprawowanie urzędu 30 czerwca 2000 r., a więc półtora roku po wejściu w życie ustawy o IPN. Pewien wpływ na to miała skomplikowana procedura wyboru prezesa. Ustawa mówi bowiem, że wyboru prezesa dokonuje Sejm większością trzech piątych głosów za zgodą Senatu, na wniosek Kolegium Instytutu Pamięci, które zgłasza kandydata spoza swego grona. Większość trzech piątych, która odrzuciła weto Kwaśniewskiego, wprawdzie istniała, miała jednak poważne problemy z porozumieniem co do konkretnej kandydatury. W ciągu półtora roku pojawiały się różne kandydatury, m.in. prof. Andrzeja Chwalby, prof. Wojciecha Roszkowskiego, Bogdana Borusewicza czy Jerzego Polaczka. Początkowo jednak murowanym kandydatem wydawał się prof. Witold Kulesza, łódzki prawnik, jeden z autorów ustawy o IPN. Kulesza przeszedł w głosowaniu w Kolegium IPN. W Sejmie jego kandydatura uzyskała poparcie tylko AWS-UW. Przeciwko były PSL i oczywiście SLD. W atmosferze skandalu upadła kandydatura wybitnego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Andrzeja Chwalby. Krakowskiego historyka wyeliminował materiał Katarzyny Kolendy-Zaleskiej wyemitowany w „Wiadomościach”, informujący o tym, że Chwalba zataił swoje członkostwo w PZPR. Chwalba na próżno tłumaczył, że jego członkostwo w partii (z której wystąpił w 1981 r.) jest informacją powszechnie znaną, a ponadto nikt go o przynależność partyjną nie pytał. O funkcji prezesa IPN mógł zapomnieć.
Następnie o fotel prezesa konkurowali Jerzy Polaczek i Bogdan Borusewicz. Ostatecznie kandydatów pogodził prof. Leon Kieres. Jego wybór był skutkiem umowy zawartej w ramach koalicji AWS-UW przy poparciu PSL. W ramach transakcji wiązanej dokonano również wyboru prof. Andrzeja Zolla na funkcję rzecznika praw obywatelskich.
Kieres w momencie wyboru był senatorem centroprawicy. Dzisiaj zresztą również zasiada w Senacie w klubie PO. Wrocławski prawnik sprawował funkcję prezesa IPN przez ponad jedną kadencję. Rozpoczęła się ona w momencie złożenia ślubowania 30 czerwca 2000 r. – zakończyła dokładnie pięć lat później, 30 czerwca 2005 r. Jednak ze względu na niemożność dokonania wyboru przez Sejm nowego prezesa Leon Kieres sprawował tę funkcję pół roku dłużej – do 29 grudnia 2005 r. Aż do nastania ery dr. hab. Janusza Kurtyki.

To nie jest normalna instytucja

Czasy Kieresa bywają często idealizowane przez zwolenników tezy „IPN – tak, wypaczenia – nie”. Zapominają oni, że to za prezesury Kieresa, pod koniec 2004 r., wyniesiono z IPN indeks katalogowy zasobów archiwalnych, który przeszedł do historii Polski jako lista Wildsteina. Był to początek lustracyjnej ofensywy środowisk prawicowych. Niezależnie jednak od tego wydarzenia i od osobistej winy poszczególnych pracowników instytutu problem z IPN jest dużo poważniejszy. Ustawa o IPN już od początku nie przystawała do standardów demokratycznego państwa prawnego. Zdecydowanie bliżej było jej do prawodawstwa państwa stanu wyjątkowego. „Instytut Pamięci Narodowej łączy pod jednym dachem dwie instytucje – prokuraturę i placówkę historyczną. A przecież cele obu instytucji są całkowicie odmienne! Prokurator zmierza do osądzenia, historyk – do zrozumienia mechanizmów. Prokurator nie szuka okoliczności łagodzących – nad tym może się zastanawiać adwokat, i to nie w IPN, bo go tu nie ma, lecz na rozprawie sądowej. Historyka natomiast nie interesuje kwestia winy czy kary, lecz analiza procesu dziejowego”, tłumaczył problem z IPN prof. Andrzej Romanowski. „Co mamy przeciwko Instytutowi Pamięci Narodowej? – pytali w swoim tekście prof. Nina Kraśko i dr Sergiusz Kowalski. – To, że łączy funkcje, których łączyć się nie powinno – że w jego konstrukcję wpisany jest nieuchronny konflikt interesów. Nieważne, czy w IPN rządzą nasi przyjaciele, czy ludzie, z którymi niekoniecznie chcielibyśmy spędzić czas w jednej celi czy na jednym przyjęciu. Zła instytucja wymusza złe zachowania”, argumentowali na łamach „Gazety Wyborczej”. Chyba najtrafniej istotę problemu ujął prof. Bronisław Łagowski, nazywając IPN czerezwyczajką.

Batalia o prezesa – część II

Nadzwyczajne były też okoliczności wyboru na prezesa instytutu Janusza Kurtyki. Na początku 2005 r. wydawało się, że faworytem jest Andrzej Przewoźnik, szef Rady Ochrony Pomników Pamięci i Męczeństwa. Wtedy jednak wybuchła tzw. sprawa kaprala Kosiby. Był to pozytywnie zweryfikowany funkcjonariusz SB, któremu miał rzekomo podlegać Przewoźnik jako agent IV wydziału krakowskiej bezpieki. Kosiba miał poświadczające ten fakt dowody przekazać w latach 90. byłemu działaczowi opozycji, Zbigniewowi Fijakowi, który w 2005 r. był szefem małopolskiej PO. Fijak przekazał kwity do IPN, gdzie włączono je do archiwum instytutu, po czym trafiły one do „Rzeczpospolitej”. Następnie sprawą zajął się „Wprost”. Dane zawarte w artykule wskazywały, że źródłem przecieku nie jest wyłącznie Fijak. Dzika lustracja na łamach prasy wystarczyła, aby skutecznie utrącić kandydaturę Przewoźnika. Kolegium IPN na stanowisko szefa instytutu rekomendowało Kurtykę. Członkom tego ciała nie przeszkadzało, że krakowski oddział, któremu szefował wówczas Kurtyka, słynął z niezbyt szczelnego archiwum. Umożliwiło to dziką lustrację osób związanych ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, w tym ks. Malińskiego. Doprowadziło to do sytuacji, w której prezes Kieres w atmosferze skandalu wyrzucił szefa krakowskiego archiwum IPN. W momencie decyzji kolegium część jego członków komentowała wybór Kurtyki słowami: wygrała skrajna prawica. Po głosowaniu niewielkie znaczenie – poza moralnym – miał wyrok Sądu Lustracyjnego, który oczyścił Przewoźnika z zarzutów o współpracę ze służbami PRL. Kurtyka stwierdził, że Przewoźnika przepraszać bynajmniej nie zamierza. W tym miejscu warto przypomnieć, kto podczas głosowania w Sejmie opowiedział się za Kurtyką. Były to, rzecz jasna, PiS i LPR, ale również PSL i Platforma. Donald Tusk zdał się na opinię kolegium IPN. „Tam ludzie biorą pieniądze za to, żeby przemyślane i odpowiedzialne kandydatury przedstawiać parlamentowi”, tłumaczył trzy lata temu szef PO, dodając, że osobiście będzie rekomendował klubowi Platformy wybór Kurtyki na szefa IPN. Za wyborem Kurtyki głosowała cała wierchuszka PO z Tuskiem, Schetyną, Nowakiem i Chlebowskim na czele.

Amok lustracji

Po zwycięstwie wyborczym prawicy w 2005 r. i usadowieniu się w fotelu prezesa Janusza Kurtyki rozpoczęła się nowa karta w historii IPN. Zwyciężyły partie, które szły po władzę z hasłami IV Rzeczypospolitej i rewolucji moralnej. I chociaż ostatecznie koalicyjnego rządu nie utworzyły, to w sprawach zasadniczych – jak lustracja – były jednomyślne. Gdy w październiku 2005 r. Piotr Pacewicz na łamach „Gazety Wyborczej” relacjonował rozbieżności podczas rozmów koalicyjnych PO-PiS, pisał jednocześnie: „Zgoda panuje tylko co do lustracji: rozszerzyć listę zawodów objętych lustracją oraz dać pełen dostęp obywatelom do teczek – archiwów dawnych służb PRL. Tego chcą i PO, i Tusk”. W nowej koncepcji lustracji to IPN, a nie sąd lustracyjny czy inna instytucja, miał być centralnym punktem procesu ujawniania Prawdy. Za takim rozwiązaniem w 2006 r. głosowały zarówno PiS, jak i PO. Ideowi zwolennicy lustracji oraz bezideowi poszukiwacze stołków zacierali już ręce na myśl o radykalnym przewietrzeniu najważniejszych stanowisk. Ich plany pokrzyżował jednak Trybunał Konstytucyjny, który zajął się sprawą lustracji – przypomnijmy – na wniosek posłów SLD. Wyrokiem z 11 maja 2007 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że niektóre z przepisów ustawy lustracyjnej z 18 października 2006 r. są niezgodne z konstytucją i prawem międzynarodowym. Dziennik Ustaw z wyrokiem ukazał się 15 maja 2007 r., czyli w ostatnim możliwym terminie. Za niekonstytucyjne TK uznał m.in.: utworzenie w IPN katalogu tajnych współpracowników i kontaktów operacyjnych organów bezpieczeństwa PRL oraz publikację tego katalogu, a także oddanie w ręce prezesa IPN decyzji o przyznaniu lub nieprzyznaniu naukowcowi lub dziennikarzowi dostępu do akt, bez określenia kryteriów decyzji. W tym momencie lustracyjnym orłom podcięto skrzydła. Dlatego IPN wolał skupić się na walce o świadomość historyczną Polaków, czego efektem jest słynna już książka o relacjach Lecha Wałęsy z PRL-owską bezpieką.

IPN pisze książki…

Instytut ma pełną świadomość, że walka o rząd dusz Polaków toczy się również poprzez słowo pisane. Stąd konkurs „Książka Historyczna Roku” o nagrodę im. Oskara Haleckiego, organizowany przez IPN i media publiczne. W tym roku w pierwszej edycji konkursu zwyciężyła monumentalna publikacja „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego w latach 1944-1956” pod redakcją Rafała Wnuka. Publikacja ta budziła opory w środowisku historyków, którzy niezależnie od zawartości merytorycznej atlasu wskazywali na fakt, że IPN stara się z nielicznego – i głównie poendeckiego – podziemia zbrojnego uczynić w świadomości Polaków główną siłę oporu antykomunistycznego w pierwszych latach po wojnie. Wszak to miano należy się raczej półmilionowemu PSL-owi Stanisława Mikołajczyka, który widać nie należy do grona ulubieńców IPN-owskich historyków. W kategorii popularnonaukowej zwyciężyła natomiast książka „Miecz i tarcza komunizmu. Historia aparatu bezpieczeństwa w Polsce 1944-1990”. Jej autor, prof. Ryszard Terlecki, obecnie krakowski poseł PiS, zasłynął zlustrowaniem własnego ojca, znanego historyka Olgierda Terleckiego.

…i dekomunizuje ulice

Lustrowano nie tylko ojców, lecz także nazwy ulic. IPN od kilku lat prowadzi akcję wysyłania do lokalnych samorządów listów z patronami ulic, dla których nie może być miejsca w przestrzeni publicznej IV RP. Lista jest przewidywalna. IPN-owi nie podobają się głównie gen. Karol Świerczewski, gen. Zygmunt Berling, Armia Ludowa, Gwardia Ludowa czy nazwy ulic upamiętniające rocznicę wyzwolenia danej miejscowości. Np. w wielkopolskiej Trzciance podpadła ulica 27 stycznia. Wszak „Dzisiejsza wiedza historyczna i zachowane źródła w sposób oczywisty nie pozwalają traktować tej daty jako rocznicy wyzwolenia”, pisał w liście do Rady Miejskiej Trzcianki prezes Kurtyka. Poza tym podkreślał, że „zajęcie ziem polskich przez Armię Czerwoną zapoczątkowało zarazem nowy okres martyrologii narodu polskiego, zaznaczony setkami tysięcy pomordowanych, więzionych i wysyłanych do obozów koncentracyjnych na terenie Polski i ZSRR”. Jeszcze ciekawsze jest uzasadnienie skazujące na zniknięcie z tabliczek z nazwami ulic Dąbrowszczaków, czyli polskich żołnierzy Brygad Międzynarodowych walczących w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie Republiki. Według strony IPN, byli to żołnierze „oddziałów polskojęzycznych”, których większość „dążyła do budowy w Hiszpanii państwa stalinowskiego” i „rozszerzenia systemu stalinowskiego i zasięgu totalitarnego ZSRS na inne kraje Europy”.

Moloch się rozrasta

Tego typu twórczością o „polskojęzycznych oddziałach” zajmuje się w IPN całkiem spora armia ludzi. 31 grudnia 2007 r. w IPN pracowało 2065 osób, w tym 135 prokuratorów. To o 532 etaty więcej niż rok wcześniej. Jeszcze w 2000 r. w IPN zatrudnione były 444 osoby. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że IPN ma problemy z pomieszczeniem się w jednym budynku. Obecnie warszawska centrala zajmuje ich aż siedem. Są to: lewe skrzydło Pałacu Sprawiedliwości (siedziba m.in. Sądu Najwyższego), wyremontowany 12-piętrowy biurowiec przy ul. Towarowej, dwa piętra w wieżowcu Warsaw Trade Tower (niedoszła warszawska siedziba Daewoo), biurowiec przy Hrubieszowskiej, budynki przy Żurawiej, Kłobuckiej oraz sala wystawienniczo-konferencyjna przy Marszałkowskiej. Dodajmy do tego 10 oddziałów i cztery delegatury na terenie całej Polski. Armia pracowników zasiedlająca te budynki otrzymuje całkiem godne pieniądze. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w instytucie wynosi 4629 zł. Prokuratorzy zarabiają średnio 9535 zł miesięcznie. Również ci, którzy oskarżyli gen. Jaruzelskiego o kierowanie zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. IPN-owscy prokuratorzy oprócz rozprawy z autorami stanu wojennego zajmują się nie mniej ciekawymi sprawami: tropią również winnych śmierci gen. Sikorskiego i latają do Turcji przesłuchiwać Alego Agcę. Obciążenie prokuratorów sprawami jest kilkakrotnie mniejsze niż w prokuraturze „cywilnej”. Nic dziwnego. Przypomnijmy w IPN pracuje 135 prokuratorów. We wszystkich prokuraturach apelacyjnych w Polsce jest zatrudnionych niespełna dwa razy więcej prokuratorów. Priorytety państwa są chyba jasne.
Co więcej, płace pracowników IPN z każdym rokiem stają się coraz godniejsze. W 2007 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w porównaniu z 2006 r. wzrosło o 21,3%. Nic więc dziwnego, że musi rosnąć również budżet IPN – w 2000 r. wynosił on niespełna 80 mln zł, w 2007 r. – już 208 mln zł. W przyszłym roku IPN chce otrzymać z budżetu 256,1 mln zł (o 22,4% więcej niż w tym roku). Pieniądze mają być wydane m.in. na obchody rocznicy Okrągłego Stołu. SLD zapowiedziało swój sprzeciw wobec tak rozdętego budżetu. Być może do opinii lewicy przychyli się Platforma.

Licytacja w antykomunizmie

Taka postawa nie powinna dziwić. Jak mówi prof. Friszke w wywiadzie dla „Polski”: „Za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego instytut został całkowicie zawłaszczony przez PiS. Na 11 członków Kolegium IPN 10 to mandatariusze PiS. Tylko jedna osoba nie należy do układu – prof. Paczkowski”. W gronie członków kolegium są m.in. Andrzej Urbański i Andrzej Gwiazda. Takie upartyjnienie IPN powinno otworzyć dyskusję o przyszłości tej instytucji. PO po każdym wyskoku któregoś z IPN-owskich historyków zapowiada, że tak dalej być nie może. Zazwyczaj po jednym dniu te zapowiedzi są dementowane i o żadnych ustawowych propozycjach zmian w funkcjonowaniu IPN nie słychać. Widać rację mają komentatorzy, że PO za wszelką cenę nie chce pozwolić PiS wykreować się na partię bardziej od niej antykomunistyczną i patriotyczną. Toteż PO i PiS wręcz licytują się w swoim patriotyzmie i antykomunizmie. Słyszymy tylko powtarzające się zapewnienia, że PO chce powszechnego dostępu do zasobów archiwalnych instytutu, włącznie z ujawnieniem tzw. danych wrażliwych. W tej kwestii jednak również brak ustawowych konkretów. Zresztą na koncepcję powszechnego dostępu do teczek kręci nosem koalicyjny PSL.
Co do konieczności zmian w funkcjonowaniu IPN nie ma wątpliwości prof. Friszke. „Moim zdaniem, IPN wymaga bardzo dużej reformy i zmiany ustawowej. W tym kształcie, w jakim obecnie istnieje, jest instytucją molochem, w której badacze nadal muszą bardzo długo czekać na archiwalia. W której, zamiast na procesie badawczym, skoncentrowano się na lustracji”, stwierdził były członek kolegium IPN w przytaczanym już wywiadzie. Koncepcja Friszkego sprowadza się jednak do hasła „IPN – tak, wypaczenia – nie”. Wynika z założenia mówiącego, że IPN jest instytucją mieszczącą się w ramach demokratycznego państwa prawnego, co więcej – instytucją potrzebną. Wiele wskazuje jednak na to, że winni są nie tylko ludzie, ale i instytucja. Dlatego niemalże od momentu powstania IPN przewija się postulat jego likwidacji. Obecnie głównym orędownikiem tego posunięcia jest SLD.

Przeciąć węzeł gordyjski

Likwidacja IPN w 10. rocznicę jego powstania to najrozsądniejsze wyjście z sytuacji. Czas przeciąć węzeł gordyjski, zamiast bawić się w jego rozsupływanie. Nie ma powodu, dla którego obecne zasoby archiwalne IPN nie mogłyby wejść w skład zasobów Archiwum Akt Nowych. Możliwe jest również powołanie samodzielnej instytucji, odgrywającej rolę dzisiejszego Biura Edukacji Publicznej IPN. Jednocześnie cały czas – jako samodzielne ciało – mogłaby funkcjonować Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Wydaje się, że istnienie Biura Lustracyjnego jest co najmniej zbędne.
Czy większości sejmowej wystarczy determinacji, aby Instytut Pamięci Narodowej wysłać do lamusa polskiej polityki? Zapewne nie. Nie znaczy to jednak, że należy pogodzić się z istnieniem tej nieprzystającej do standardów demokratycznego państwa prawnego instytucji.


Jakie są główne grzechy IPN?

Prof. Andrzej Walicki,
historyk idei
Zgadzam się w pełni z prof. Romanowskim, że żadna instytucja nie może łączyć zadań archiwalnych ze śledczymi, nie może występować w roli sędziego, który swoje działanie kończy wyrokiem w jakiejś sprawie, który ma istotne znaczenie dla wielu ludzi. Ustawa nie przewiduje, by oświadczenia IPN niosły ze sobą jakieś konsekwencje, ale one jednak występują. Razi mnie nawet sama nazwa Instytut Pamięci Narodowej, bo sprowadza pamięć wyłącznie do współpracy z organami bezpieczeństwa. Razi mnie to, bo takie ujęcie jest znieważające dla samej pamięci narodowej. Zajmuję się historią myśli politycznej, a więc także pamięcią narodową, i czuję się znieważony. Historycy z IPN uzurpują sobie ogromne prawa, choć nie wszyscy, bo niektórzy, jak prof. Friszke, Machcewicz odeszli, opuścili tę instytucję lub byli do tego zmuszeni. IPN nie jest w pełni konstytucyjną instytucją związaną z duchem demokratycznym. Nie może być tak, że obwiniony musi sam dochodzić prawdy, że instytucja nie ma obowiązku jemu niczego udowodnić. Bardzo mnie drażnią i bolą konflikty powodowane przez IPN i niektóre posunięcia tej instytucji.

Prof. Jan Widacki,
prawnik, poseł
Największym grzechem IPN jest to, że w jednej instytucji państwowej zostały pomieszane dwa porządki poznawcze, jeden historyczny, drugi śledczy. W wyniku tego historycy są tam prokuratorami, prokuratorzy zaś chcą być historykami. To główny grzech instytucjonalny. Po drugie, mamy w IPN zgromadzenie historyków jednej orientacji politycznej, i to nie najwyższych lotów. Po trzecie, w radzie IPN zasiadają ludzie bez autorytetu w środowiskach historycznych, natomiast znani z politycznego fanatyzmu i mocno zdeformowanych poglądów na historię najnowszą. Jak na jedną instytucję to grzechów jest bardzo dużo. Spore dysproporcje w zarobkach pomiędzy prokuratorami z IPN a prokuratorami z prokuratur są na tym tle zupełnym drobiazgiem.

Jan Lityński,
działacz Partii Demokratycznej
Po pierwsze, niedobra jest nowa ustawa, bo zlikwidowała Sąd Lustracyjny i powoduje, że urzędnicy i sam prezes IPN stają się jednocześnie badaczami, oskarżycielami i sędziami wydającymi wyroki. Nie zachowuje się tutaj elementarnych w naszej cywilizacji standardów, że skazanego czy wskazanego należy najpierw wysłuchać. Zburzony został system kontradyktoryjny funkcjonujący w polskim prawie, który daje oskarżonym o największe zbrodnie więcej możliwości obrony. W IPN takiej możliwości obrony nie ma. Jest to też instytucja bardzo jednostronna politycznie. Dobór badaczy dokonywany jest tylko pod jednym kątem – muszą podzielać wizję prezesa, którego interesują tylko tajni współpracownicy, a nie prawdziwi przestępcy pracujący w dawnym UB i SB. W tej postaci IPN jest instytucją szkodliwą, chociaż, z drugiej strony, doceniam fakt, że dzięki posiadanemu archiwum ukazało się wiele ciekawych prac. Myślę, że do takiej działalności powinien się IPN ograniczyć.

Andrzej Celiński,
poseł SdPl
IPN jest instrumentem stworzonym przez PiS, przy współudziale infantylnego przywództwa PO, do roli, jaką zwykle musiały mieć w repertuarze reżimy totalitarne, komunistyczne czy faszystowskie, a więc zmiany historii i świadomości społecznej. Chodziło im zwykle o to, by ludzie byli poddani jedynie słusznej ideologii i realizowali jedynie słuszne cele. W normalnym kraju demokratycznym finansowane przez państwo badania z dziedziny najnowszej historii wykonywane są przez instytucje naukowe, uniwersytety i inne konkurujące ze sobą placówki badawcze. Tutaj jednak państwo stworzyło instytucję, która łączy w sobie niespotykaną w demokracjach parlamentarnych funkcję śledczą z funkcją badawczą, a tego nie da się połączyć. Instytucja ta z jednej strony zmierza do przemiany świadomości społecznej, a drugiej strony jest instrumentem karnym, prowadzącym w prosty sposób do eliminacji określonych osób z życia społecznego. To najwyraźniej jest instytucja państwa autorytarnego, któremu jeszcze nie potrafię dać właściwego określenia, a w grze towarzyszącej jej tworzeniu i powstawaniu brali udział Donald Tusk i jego otoczenie. Oni również przyczynili się do budowy systemu z piekła rodem w naszej demokracji, która rodzi się w wielkich bólach. Konsekwencje tego rodzaju twórczości są dla całego państwa, także dla gospodarki, bardzo duże.

Zbigniew Siemiątkowski,
b. szef Agencji Wywiadu, minister koordynator służb specjalnych
Niestety głównym grzechem jest upolitycznienie zarówno kierunków badań, jak i publikacji. Chciałbym jednak szczególnie mocno rozdzielić dwie sfery: funkcję gromadzenia materiałów zbieranych za czasów PRL, które IPN otrzymał od służb specjalnych, i funkcję polityczną. Do archiwum i do biura udostępniania, z którego usług sam korzystam, nie można mieć żadnych uwag, bo sposób, w jaki zarchiwizowano i skatalogowano kilometry akt, jest w pełni profesjonalny. Niestety na ogólną opinię wpływa nie to, co robi archiwum, ale to, co robią publicznie urzędnicy IPN, występując z kontrowersyjnymi tezami. Tutaj ścierają się funkcje biura lustracyjnego z naukowymi i edukacyjnymi, w których reprezentowany jest tylko jeden, prawicowy nurt naszej historii, martyrologia, która dotknęła tylko pewną część naszego społeczeństwa, a nie całość. Wygląda na to, że IPN przyłącza się do tych, którzy wygrali, a zwycięzca pisze historię na nowo. Dziś ten nurt jest już skrajnie prawicowy, bo do grona głównych przeciwników, czy nawet wrogów, zalicza historyków umiarkowanych czy nawet współpracujących z IPN, jak profesorowie Friszke czy Eisler. Dziś w skład instytutu wchodzi wyłącznie najbardziej prawicowo zaangażowana grupa, która swoją działalność traktuje jako realizację chwalebnej misji.

Not. BT

Wydanie: 39/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy