Z jajkiem do Europy

Z jajkiem do Europy

Gdy wejdziemy do Unii, polskie kury poczują się lepiej. Ich konsumenci też

– Nie boję się Unii i będę głosował na „tak”, bo kraje UE już dawno są ze swymi produktami na naszym rynku, natomiast my w Unii jeszcze nie jesteśmy – mówi Józef Oleksy, właściciel nowoczesnej fermy kurzej z Męciny koło Limanowej. Zadbane gospodarstwo państwa Oleksych znakomicie komponuje się z malowniczym krajobrazem górskim, tak że może się wydawać, iż jesteśmy w alpejskich regionach Austrii czy Niemiec – państw, które już dawno wstąpiły do Unii.
– Wielu twierdzi i takie jest też moje zdanie, że nasze drobiarstwo ma najlepszą bazę w Europie. Inwestycji w tej branży dokonano niedawno, więc technologicznie wszystko jest na wysokim poziomie. Jesteśmy naprawdę europejskim potentatem. Po wejściu do UE duża część naszej produkcji będzie lokowana na rynku unijnym. A trzeba powiedzieć, że polskie jaja są bardzo dobrej jakości – twierdzi Józef Oleksy.
Jak mówi, statystyczny Polak zjada w ciągu roku około 180 jaj. Japończyk blisko 320. – Zachorowalność na zawały i miażdżyce jest w Japonii o wiele niższa niż w Polsce. Twierdzenie, że jajka szkodzą, okazało się kompletną bzdurą – tłumaczy i oprowadza po swoim kurniku.

Nioska na swobodzie

– W 1980 r. ukończyłem szkołę średnią. Wiedziałem, że mieszkając na wsi, trzeba robić coś więcej, niż hodować jedną krówkę. Wspólnie z rodzicami kupiliśmy stare, podupadłe gospodarstwo i zdecydowaliśmy się postawić na produkcję jaj konsumpcyjnych – wyjaśnia.
Na początku produkował metodą półprzemysłową, na ściółce. – Rozwój technologii zmusił nas jednak do zwiększenia produkcji i obniżenia kosztów. W 1993 r. zdecydowaliśmy się na gruntowną modernizację kurnika i zakup klatek. Zwiększyliśmy czterokrotnie obsadę kur. Byliśmy jedną z pierwszych ferm w Polsce, która zdecydowała się na tego typu krok. To dało możliwości znacznie większej produkcji, ale także podniosło jakość jajek. Proszę zobaczyć, jajko z klatki jest czyste i higieniczne.
Tymczasem dyrektywy unijne są jednoznaczne. Do 2009 r. należy wymienić klatki, ponieważ pożądany jest powrót do chowu naturalnego. Na zwiększonej powierzchni klatki muszą się znaleźć grzęda i piasek. – To ładnie wygląda, ale te zmiany mogą sprawić, że wzrośnie cena – sądzi Oleksy. – Obawiamy się, że w ten sposób na rynek unijny wpłyną produkowane mniejszym kosztem jaja z Chin, Tajlandii czy USA. To chyba trochę pochopnie podjęta dyrektywa. Czy dzięki temu jajka będą lepsze? Na pewno lepiej będą się czuły polskie kury.
Oleksy często podkreśla, że polskie jajko jest dużo tańsze od produkowanego w krajach UE. Polscy producenci ponoszą jednak o wiele większe koszty niż farmer w Unii. – Drobiarstwo w UE jest dotowane pośrednio, przez dopłaty do produkcji zbóż. Dzięki temu pasza jest tańsza o 20%. A pasza to około 70% kosztów jednego jajka – wyjaśnia.
29 tys. kur na fermie Oleksego znosi dziennie blisko 25 tys. jaj. Zjada przy tym każdego dnia ponad trzy tony paszy.
Średnia cena jednego jaja z jego fermy wynosi 20 gr. – Cały czas zbyt dużo zarabiają pośrednicy. Producent cieszy się, jeśli zarobi na jajku jeden grosz. A handel zyskuje niejednokrotnie 6-10 gr. Chcemy więc, by fermy łączyły się w większe organizacje, które będą miały możliwość oddziaływania na cenę. UE wspiera tworzenie grup producenckich – mówi.
Czy zbieżność nazwisk z byłym premierem ułatwia mu zaistnienie na rynku? – Tak się składa, że premier pochodzi z sąsiedztwa, bo z Nowego Sącza. Nie ma jednak między nami więzów rodzinnych. Gdy Józef Oleksy został premierem, jako przewodniczący Rady Gminy Limanowa wysłałem mu gratulacje. Pan premier przesłał oficjalne podziękowania i odręcznie dopisał, że dziękuje za gratulacje, ale za reklamę chyba jakieś jaja mu się należą – uśmiecha się właściciel fermy.

U nas się nie marnuje

Od początku produkcji drobiarskiej zastanawiali się z żoną, w jaki sposób wykorzystać i przetworzyć wspaniały naturalny nawóz, jakim są kurze odchody. – Każdy, kto jest w jakiś sposób związany z wsią, wie, że nie ma lepszego nawozu niż kurzenica. Rozmawiałem z ogrodnikami i to utwierdziło mnie w przekonaniu, iż jest zapotrzebowanie na tego typu produkt – mówi.
Trzeba było pokonać tylko jedną barierę. Świeży, nieobrobiony nawóz nie wyglądał zachęcająco. Istotną rolę odgrywało opakowanie. W jednym z krajów zachodnioeuropejskich zobaczył rozwiązanie, które go zainteresowało, bo umożliwiało osuszenie i odpowiednie zapakowanie nawozu. – Opracowaliśmy technologię i zaczęliśmy produkcję. Jesteśmy jedyni w Polsce. Udało nam się wyprodukować nawóz chętnie kupowany, dobrze zapakowany i stosowany do produkcji zdrowej żywności. Jest świeży, nie podlega fermentacji, zachowuje wszelkie wartości. Na podstawie różnego rodzaju badań mogę stwierdzić, że to najlepszy naturalny nawóz w Polsce – ocenia Oleksy. Jest przekonany, że ten rynek będzie się rozwijał. – W obliczu różnych epidemii widać, jak ważny jest nawóz naturalny. Chemia za bardzo wkroczyła w produkcję żywności. Unia Europejska bardzo wspiera rozwijanie naturalnych metod produkcji.
W trzech działach produkcji – obejmującej jajka, ziemię i nawóz – zatrudnia średnio 20 osób. Administracją, sprawami finansowymi i kadrowymi zajmuje się żona. – To trudna praca, ale dzięki temu możemy zminimalizować koszty. W ten sposób zostaje nam na inwestycje i rozwój – mówi.
A inwestować musi, bo tak osiąga się większą stabilność firmy – twierdzi. Rozwiązania unijne, przewidujące sfinansowanie do 50% inwestycji na rozwój przetwórstwa rolnego mogą być dla niego wielką szansą.

Dla tych, którzy chcą pracować

Józef Oleksy uważa, że pogląd, iż będziemy w UE sprzątać, jest nieprawdziwy: – Damy sobie radę. Polacy są świetnie wykształceni. Bardzo szybko potrafimy się przekwalifikować, zmienić zawód.
Nie boi się unijnej biurokracji. – Te przepisy wcale nie są takie straszne. Trzeba je tylko dokładnie poznać. Największe zło – i mówię to na przykładzie programu SAPARD – mogą wyrządzić nam polscy urzędnicy, nadmiernie komplikując wnioski. Mam nadzieję, że prawo unijne wyeliminuje nieudolnych urzędników – zauważa.
Chwali poziom szkoleń unijnych: – Jeśli chodzi o branżę drobiarską, szkolenia są naprawdę na wysokim poziomie. To ważne, ponieważ musimy być na bieżąco. Martwi mnie jednak, że nie wszyscy rolnicy w tych szkoleniach uczestniczą. Obyśmy tylko nie obudzili się za późno.
Jego zdaniem, na szkoleniach okazuje się, że poziomem nie odbiegamy od krajów UE. – Dzięki tym kursom uzyskaliśmy certyfikat przeszkolenia w przepisach unijnych. Jesteśmy przygotowani do znalezienia miejsca na rynku unijnym. Wejście do UE nie zwiększy od razu naszych zasobów pieniężnych. Zwiększy za to nasze możliwości działania. Da szansę ludziom, którzy naprawdę chcą pracować.

Wydanie: 22/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Tomasz Sygut

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy