Klub Pawki Morozowa

Klub Pawki Morozowa

W niektórych środowiskach krakowskich wielkie poruszenie. Już niebawem ma się ukazać książka niejakiego Romana Graczyka „Cena przetrwania? SB wobec »Tygodnika Powszechnego«”. Książki na razie nie ma, ale dyskusja już się zaczęła. Niby nic w tym dziwnego, o ostatniej książce Jana Tomasza Grossa też zażarcie dyskutowano, a dyskutantom wcale nie przeszkadzało to, że jej jeszcze nie czytali, bo książka jeszcze się nie ukazała.
Z tego oczywistego powodu ja też książki Graczyka nie czytałem, co więcej, nawet gdy się ukaże, czytać nie zamierzam, zbyt bowiem cenię swój czas. Wszystko, co o niej wiem, wiem z obszernego wywiadu, którego Graczyk udzielił „Rzepie”.
Z tego, co mówi w wywiadzie, wynika, że odkrył rzecz nader ważną, której dotąd nikt nawet nie podejrzewał. Otóż Służba Bezpieczeństwa interesowała się „Tygodnikiem Powszechnym” i „infiltrowała go”! Gdyby nie Graczyk, nigdy bym na to nie wpadł!
Odkrycie drugie jest takie, że „Tygodnik” wychodził w PRL, co wiązało się z uwikłaniem w system. Coś takiego! – dotąd myślałem, że był redagowany w lesie, w partyzanckim obozie obleganym przez wraże siły bezpieki i polskojęzycznego Ludowego Wojska Polskiego, tamże na powielaczu drukowany, a kolportowany przez młodziutkich powstańców, pacholęta Graczykowi podobne. Ów obóz ubezpieczały czujki partyzantów z pokolenia rodziców Graczyka. Cała ta moja legenda pod demaskatorskimi ciosami Graczyka od razu legła w gruzach. To nie było w powstańczym obozie, głęboko w lesie ukrytym, tylko w centrum Krakowa, przy ul. Wiślnej! Drukowano „Tygodnik” w drukarni, cenzurowano w cenzurze, przydziały na papier dawali komuniści! A kupić można było w kioskach państwowego przedsiębiorstwa kolportażu prasy „Ruch”. Redaktorzy „Tygodnika” za granicę, chociażby do Rzymu, jeździli legalnie na paszport (a nie przekradali się przez zieloną granicę). Ktoś zatem z redakcji musiał z cenzorem negocjować treść publikowanych tekstów, ktoś rozmawiał z władzami o przydziałach papieru, a wyjeżdżający musieli przed wyjazdem chodzić do bezpieki po paszport, po powrocie zaś bezpiece paszport odnosić. Jak wszyscy obywatele PRL.
Osobiście uważam, że bezsprzeczną zasługą „Tygodnika” było to, że ten margines wolności, jaki dostał od komunistycznych władz (dostał, bo gdyby władze uznały, że lepiej tygodnik zlikwidować, toby zlikwidowały i żaden z dzisiejszych antykomunistów ani nie stanąłby z bronią w ręku w jego obronie, ani nie podjął protestacyjnej głodówki), wykorzystał do maksimum. Co więcej, starał się ten margines jak najbardziej poszerzać. Dało to szansę na publikację tekstów kard. Karola Wojtyły, ks. Tischnera, na prezentację współczesnego personalizmu chrześcijańskiego, na otwarcie na zachodnią filozofię i sztukę. Od lat 80. zaś „Tygodnik” publikował najznakomitsze teksty Kołakowskiego czy Miłosza, a także teksty autorów, którzy nie chcieli czy nie mogli publikować w czasopismach państwowych. Był też „Tygodnik” do końca ulubioną lekturą Jana Pawła II. Przez całe lata był prawdziwą wyspą wolności, wolnej myśli. I to, czy i którzy jego redaktorzy spotykali się z funkcjonariuszami bezpieki, czy i o czym z nimi rozmawiali, było bez znaczenia dla linii i pozycji pisma.
Dalsze odkrycia Graczyka mają już charakter bardziej szczegółowy, dotyczą konkretnych osób, ale wartość tych odkryć jest podobna jak tych ogólnych. Z tego, co autor mówi o książce, wynika, że metodologia jego badań i jego warsztat historyczny są raczej typowe dla IPN. To „metodologia-inaczej”, „warsztat-inaczej”, a w efekcie mamy historię napisaną inaczej. Z faktu, że SB zarejestrowała trzy osoby z redakcji „Tygodnika” jako T.W., a jedną jako „kontakt operacyjny”, Graczyk wyciąga stanowczy wniosek, że te osoby takie role rzeczywiście świadomie odgrywały. Twierdzi tak, mimo że przyznaje, iż brakuje zobowiązań do współpracy, brakuje teczek pracy, brakuje pokwitowań za wynagrodzenia czy prezenty. Oceniając te przypadki, należy uwzględnić fakt, że wytyczne dyrektora Departamentu IV MSW (a to jego podwładni zajmowali się „Tygodnikiem”) zalecały, by od osób „pozyskiwanych” nie pobierać zobowiązań do współpracy, a decyzja o tym, czy „pozyskanie można uznać za dokonane, należy do pracownika i przełożonego zatwierdzającego je”. A zatem o tym, czy ktoś jest T.W., czy nie jest, jednostronnie decydowali esbecy. Tu ich decyzje dodatkowo zatwierdził pan Graczyk. Tyle że w przeciwieństwie do „pracownika i jego przełożonego” nie znał on zawartości teczek pracy ani treści przekazanych, świadomie czy nieświadomie, informacji. Każda z wymienionych i napiętnowanych przez Graczyka osób niewątpliwie z funkcjonariuszami bezpieki wielokrotnie rozmawiała, choćby przy okazji pobierania czy zdawania paszportu. Były to rzeczy powszechnie w środowisku znane. Nie ma żadnego dowodu na to, że osoby te wiedziały, iż bezpieka traktuje je jako informatorów, czy że swoimi rozmowami komuś zaszkodziły. Nie ma najmniejszego dowodu, a nawet poszlaki, że za ich pośrednictwem bezpieka skutecznie wpływała na treść czy linię programową pisma, choć wpływać zapewne chciała. Pamiętać też trzeba, że zgodnie z wewnątrzresortowymi przepisami informacje uzyskane z podsłuchu dokumentowane były tak, jakby uzyskano je od „osobowych źródeł”, by nie dekonspirować faktu istnienia podsłuchu. To, że w redakcji „Tygodnika” założony był podsłuch stacjonarny, nie jest dziś dla nikogo tajemnicą. Nawet gdyby zachowała się dokumentacja, że od Iksińskiego wiadomo to czy tamto, nie byłoby pewności, czy wiadomo dlatego, że powiedział o tym swemu oficerowi prowadzącemu, czy redaktorowi Turowiczowi w jego podsłuchiwanym gabinecie.
Z tego, co mówi sam Graczyk, widać, że małe ma pojęcie na temat PRL, na temat funkcjonowania służb, na temat warsztatu historyka. Historyk z niego więcej niż marny. Ma on jednak o sobie niezwykle wysokie mniemanie przechodzące w jawną megalomanię. W wywiadzie dla „Rzepy”, wspominając poprzednie miejsca pracy, czyli „Tygodnik” właśnie, a potem „Gazetę Wyborczą”, Graczyk mówi o sobie skromnie, że był „flagowym publicystą”. Cokolwiek by to miało znaczyć, brzmi dumnie.
Każdy ma prawo być marnym historykiem, a myśleć, że jest wielkim. Każdemu wolno sądzić, że jest „flagowym publicystą”, a nawet okrętem flagowym. Dopóki nie robi komuś krzywdy, jest tylko śmieszny. Ale pan Graczyk uważa, że ma prawo sądzić moralnie swoich niegdysiejszych mentorów. Jest dla nich jednak na tyle łaskawy, że nie domaga się od nich samobójstwa, a nawet dostrzega pewne okoliczności łagodzące, pozwalające, jak wynika z kontekstu, aż tak ostatecznych kroków od nich nie wymagać. Jak wynika z wywiadu, Graczyk doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że tymi swoimi nie do końca udowodnionymi tezami, często jedynie hipotezami, aby nie powiedzieć: insynuacjami, zadaje komuś ból (mówi wprost: „Wiedziałem, że będzie bolało”), co więcej, wie, że zadaje ten ból osobom, z którymi pracował, którym – co sam przyznaje – wiele zawdzięcza, które go ukształtowały. Wie, że zadaje ból osobom, które uważały go przez lata za przyjaciela, przyjmowały w domu, częstowały – jak sam wspomina – ciastem, pomagały w trudnych momentach.
To już nie jest śmieszne, to świństwo. Lustrujący i moralnie pouczający swych niegdysiejszych duchowych ojców Graczyk zajmuje, obok Ryszarda Terleckiego, który swego czasu osobiście na łamach gazety zlustrował swojego ojca, poczesne miejsce w polskim klubie naśladowców Pawki Morozowa.

Wydanie: 8/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy