Ideologia ekonomiczna Leszka Balcerowicza

Ideologia ekonomiczna Leszka Balcerowicza

Można odnieść wrażenie, że w interesie mediów i skupionych wokół nich ludzi leży, by za najwyższy autorytet w sprawach gospodarczych w kraju uznawany był Leszek Balcerowicz. To wymaga, by jego głos był stale wzmacniany Leszek Balcerowicz pozuje na uczonego, domaga się naukowych argumentów, żąda cytatów z literatury przedmiotu. Można odnieść wrażenie, że ekonomia jest dla Balcerowicza nauką o takim samym statusie jak geometria i że każde prawdziwe stwierdzenie, nawet najbardziej zdroworozsądkowa obserwacja faktów, musi znaleźć potwierdzenie w jakiejś uprzednio wydanej książce. Tymczasem pożyczanie pieniędzy w komercyjnym banku na wysoki procent i umieszczanie ich w prywatnym funduszu, z którego trzeba jeszcze je wykupić, nazywa on inwestowaniem. Uzna to za absurd dopiero wtedy, gdy przeczyta o tym w literaturze naukowej. By uwiarygodnić swoją naukową ścisłość, Balcerowicz powołuje się na książkę „Crimes Against Logic”. To dziwne wyznanie. Autor tej publikacji, Nowozelandczyk Jamie Whyte, z wykształcenia filozof, z zawodu pamflecista, nie jest naukowcem, a jego książka nawet nie pretenduje do naukowości. Choć autor deklaruje, że jego celem jest chęć rozprawienia się z błędami logicznymi i demagogią obecnymi m.in. w polityce, to jakimś trafem wszystkie przykłady takiej demagogii znajduje tylko u polityków sytuujących się na lewo od premier Thatcher (którą niezwykle wysoko ceni). Premierowi Blairowi poświęcił odrębną książeczkę, w której piętnuje jego zwodnicze argumenty. Whyte jest polemistą politycznym, autorem reprezentującym poglądy skrajne (odpowiednikiem Korwin-Mikkego). Cytowana książeczka (poradnik z działu self-help) pełna jest aluzji dających wyraz preferencji ideologicznych jej autora. Czy nie jest zastanawiające, że kiedy Balcerowicz sięga po książeczkę do logiki, nie może to być normalny podręcznik, tylko literatura walcząca? Dla mnie nie jest. Tak jak książeczka Whyte’a, publicystyka Balcerowicza to ideologia, a nie nauka. Nie ma potrzeby (ani miejsca), by analizować tutaj argumenty ekonomiczne. Wypowiadam się na temat formy argumentacji obu stron i jakości dyskusji medialnej. Sejm podjął decyzję, a oparte na myśleniu życzeniowym, bezpodstawne rachuby na to, że zakwestionuje ją Trybunał Konstytucyjny, są iluzoryczne, z tym zastrzeżeniem, że w polskiej polityce możliwe jest nawet to, co w cywilizowanych krajach nie przyszłoby do głowy nikomu, może poza obłąkanymi. Neoliberalni obrońcy OFE mają jeszcze inne pomysły w zanadrzu. Już szykują pozew zbiorowy do sądu, a gdyby nie udało się postawić na swoim w sądach – nawet skargę do Strasburga, skądinąd uznawanego przez nich za stolicę socjalistycznego eurokołchozu. W sporze o OFE merytorycznie wypowiedziały się środowiska i osoby kompetentne, w tym wielu wybitnych specjalistów z dziedziny finansów publicznych, polityki emerytalnej i ubezpieczeń społecznych. Głos zabrało też Polskie Towarzystwo Ekonomiczne – skupiająca najlepszych uczonych organizacja ekonomistów akademickich. Nikt PTE o zdanie nie pytał. Jednak towarzystwo zostało zmuszone do zgłoszenia protestu wobec dezinformacji mass mediów, jakoby „ekonomiści polscy potępiali rządowy projekt zmian w systemie emerytalnym, określając go jako demontaż tego systemu”. Przy okazji PTE rozprawiło się, za pomocą klarownej argumentacji, z fałszującymi stanowisko rządu poglądami zwolenników nienaruszalności OFE. W mediach nie nagłaśniano jednak tych wystąpień – do poważnych opinii trzeba dokopywać się na własną rękę. Zrozumiałe jest, że media korporacyjne nie są zainteresowane miarodajnymi ocenami sporu o OFE ze strony kompetentnych instytucji. Tym bardziej że oceny te są bardzo krytyczne dla OFE, a zwłaszcza dla ich polityki „informacyjnej”. Polityka ta jest bowiem modelowym przykładem kampanii dezinformacji i wywierania wpływu na opinię publiczną środkami socjotechniki. Uciekając się do tak prostackich metod, menedżerowie funduszy i pracujący dla OFE specjaliści od prania mózgów dowiedli, jak nisko oceniają inteligencję obywateli, z których składek żyją. I to jak żyją! Przynajmniej w tym sensie spełniła się zapowiedź twórców reformy z 1998 r., obiecująca wypoczynek pod palmami. Podobnie jak korporacyjne media, które są spółkami kapitałowymi, również dziennikarze zatrudnieni w tych spółkach nie są zainteresowani opiniami niezależnych ekonomistów. Dochody dziennikarzy uzależnione są od wartości akcji tych spółek, ale obywatele mają wierzyć dziennikarzom na słowo, że są oni obiektywni i profesjonalni. Już samo postawienie tej kwestii uchodzi za naruszenie tabu i poważne faux pas, a nawet za przykład populizmu. Dociekliwych krytyków mediów, niezawstydzonych tego rodzaju presją, rozbraja się za pomocą „argumentu”, że media mamy teraz wolne.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 14/2011, 2011

Kategorie: Opinie