Jaskółki hamburskiej wiosny

Jaskółki hamburskiej wiosny

SPD pozostała pierwszą siłą polityczną w Hamburgu. Wyborcy ukarali autorów fiaska w Turyngii – CDU, FDP i AfD

Korespondencja z Niemiec

Niemieccy socjaldemokraci oraz ich potencjalny sojusznik Zieloni mają powód do radości. W wyborach do lokalnego parlamentu Hamburga zwyciężyła SPD, która w przyszłości będzie mogła utworzyć stabilny rząd z rosnącymi w siłę Die Grünen. Co prawda, w porównaniu do wyborów z 2015 r. partia Norberta Borjansa i Saskii Esken straciła 6,4%, ale z 39,2% głosów znów okazała się pierwszą siłą polityczną w hanzeatyckiej metropolii. Nadal więc cieszy się tam poparciem, o którym w innych krajach związkowych mogłaby tylko pomarzyć. Natomiast dla Zielonych, którzy prowadzili nad Łabą kampanię pełną mocnych słów i kategorycznych wezwań, zwycięstwo okazało się celem zbyt ambitnym. Niemniej jednak osiągnęli 24,2%, podwajając wynik sprzed pięciu lat. Ugrupowanie Roberta Habecka może z SPD utworzyć stabilną większość. Socjaldemokraci i Zieloni będą mieli w hamburskim parlamencie dwie trzecie głosów. Dotychczasowy burmistrz Peter Tschentscher, który w 2018 r. zastąpił na tym stanowisku obecnego wicekanclerza Olafa Scholza, zapowiedział, że kontynuacja koalicji z Die Grünen jest „naturalną opcją”, choć dla formalności chciałby też porozmawiać z liderami lokalnej CDU, ponieważ teoretycznie byłaby możliwa koalicja czerwono-czarna. Chrześcijańscy demokraci wprawdzie nie zostali jeszcze w Hamburgu zepchnięci w polityczny niebyt, ale ponieśli dotkliwe straty. Ogólnokrajowa fala oburzenia, wywołana ostatnimi wydarzeniami w Erfurcie, zatruła także kampanie CDU, FDP i AfD. Miesiąc temu landtag w Turyngii wybrał tam na premiera mało znanego posła Thomasa Kemmericha z FDP, a umożliwiły mu to głosy chadeków, liberałów oraz Alternatywy dla Niemiec. Współpraca z populistami okazała się szczególnie dla CDU strzałem samobójczym, doprowadzając do erozji również na szczeblu federalnym (PRZEGLĄD nr 8/2020).

Kara za Turyngię

Chadecy uzyskali w Hamburgu zaledwie 11,2% głosów (spadek o 4,7%). To drugi najgorszy wynik w ich historii – w 1951 r. CDU dostała w Bremie zaledwie 9,1%. Polityczny skandal w Erfurcie zaszkodził ponadto liberałom, którzy w hamburskim parlamencie nie przekroczyli progu wyborczego. Co prawda, szef FDP Christian Lindner starał się ugasić pożar, odwołując natychmiast Kemmericha ze stanowiska premiera Turyngii i torując drogę do powrotu dotychczasowego szefa rządu z ramienia Die Linke Bodo Ramelowa, lecz było już za późno, aby osiągnąć w Hamburgu dobry wynik. Lindner zaczął zresztą szermować hasłami oczyszczenia swojej partii z patologii, w przypływie szczerości przyznając, że FDP współpracowała z AfD w przeszłości także w innych „drobnych sprawach”, przy czym solennie obiecał, że to już się nie powtórzy. Ale wyborcy zauważyli, że szef liberałów ujawnił te informacje dopiero pod naciskiem mediów, toteż dziś jego przyszłość jest niepewna. Dziennik „Die Tageszeitung” sformułował tezę, podjętą też przez inne media i dziś powszechnie podzielaną, że Lindner nie odzyskał już świeżości.

Ukarana została również AfD, ledwo wchodząc do hamburskiego parlamentu (5,3%). W tym tradycyjnie lewicowo-liberalnym mieście rasistowscy populiści już wcześniej nie mieli szczęścia (w 2015 r. uzyskali 6,1%), choć zdaniem niemieckich mediów ich obecne nieznaczne straty na pewno mają związek z wydarzeniami w Turyngii. Na zły wynik hamburskich liderów AfD mógł poza tym wpłynąć atak terrorystyczny w Hanau kilka dni wcześniej. 19 lutego 43-letni niemiecki rasista Tobias Rathjen zabił tam 11 osób, celowo strzelając do tych o imigranckich korzeniach. Tymczasem wielu polityków AfD w przeszłości świadomie prowokowało nienawiść do muzułmanów.

Co ciekawe, obok Zielonych beneficjentem odpływu wyborców z innych obozów stała się Die Linke, na którą zagłosowało 9,1% mieszkańców Hamburga. W jednym niemieccy komentatorzy się zgadzają: z uwagi na to, że wybory w Hamburgu są w tym roku jedynym plebiscytem landowym, z pewnością dają istotną wskazówkę co do chwilowych nastrojów społecznych. I wydaje się oczywiste, że liderzy największych partii muszą z nich wyciągnąć wnioski.

Na skraju upadku

„Zarówno FDP po zezowaniu na prawo w Turyngii, jak i Alternatywa dla Niemiec, odpowiedzialna za nastroje, w których rasizm i prawicowy terror szukają uzasadnienia, poniosły w Hamburgu klęskę. Porażka w Turyngii i chaos na poziomie federalnym zepchnęły chadeków na dno, a Lewica pozostaje stabilną opozycją. W Hamburgu będą wreszcie obliczalne czerwono-zielone rządy: suwerenna SPD ze znacznie wzmocnionymi Zielonymi”, cieszy się dolnosaksoński dziennik „Neue Osnabrücker Zeitung”. W podobnym tonie komentuje wyniki wyborów nad Łabą gazeta „Die Welt”. „Wyborcy w Hamburgu pokazali, gdzie znajduje się klasa średnia: w centrum, tam, gdzie liczą się odpowiedzialność i niezawodność. Alternatywa dla Niemiec jest na skraju upadku. Partia co prawda wybrana demokratycznie, ale która demokracją nieustannie gardzi. Po zabójstwach w Hanau jeszcze raz wyraźnie pokazała, że jest ugrupowaniem przesiąkniętym nienawiścią i rasistowskim myśleniem”, pisze hamburski dziennik. Również inne niemieckie pisma zajmują się klęską populistów w hanzeatyckiej metropolii. „Alternatywa dla Niemiec ledwo weszła do parlamentu. Hamburg, który zawsze był kosmopolitycznym i kochającym wolność miastem, dał sygnał całej Republice Federalnej Niemiec”, uważa badeński dziennik „Heilbronner Stimme”.

Większość niemieckich mediów, omawiając wynik wyborów, skoncentrowała się jednak na aktualnej nieprzejrzystej sytuacji w CDU. „Hamburg jest tylko małym krajem związkowym, a jednak cała Republika Federalna przyglądała się temu testowi nastrojów. A ten pokazał: chrześcijańscy demokraci nie mogą sobie pozwolić na pozostawienie niewyjaśnionych problemów personalnych i merytorycznych”, zauważa regionalny „Südkurier” z Konstancji. Do podobnego wniosku dochodzą redaktorzy nadreńskiej „Allgemeine Zeitung”. „Klęska Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej w Hamburgu jest dla niej wyraźnym sygnałem, że musi ona wreszcie znaleźć odpowiedniego przywódcę. Do tego dochodzi lekcja merytoryczna: jeśli CDU chce się wywiązać ze swojej odpowiedzialności jako wiodącej siły w centrum, nie może obierać niewłaściwej ścieżki i skręcać na prawo. To wniosek, który każdy z kandydatów na następcę Annegret Kramp-Karrenbauer i Angeli Merkel musi wyciągnąć z wyborów w Hamburgu”, przekonuje gazeta z Moguncji.

Scheda po AKK i Merkel

Trudno nie przyznać dziennikarzom racji. Zapowiedziany odwrót AKK nie wzmocnił prestiżu chadecji, a perturbacje personalne w tej partii oraz walka o jej przyszły kurs trwają do dziś. Tymczasem chętnych do objęcia schedy po ustępującej szefowej CDU przybywa. Swoją kandydaturę na przewodniczącego chadeków zgłosił niedawno Norbert Röttgen, były minister środowiska w rządzie Merkel oraz przewodniczący komisji spraw zagranicznych w Bundestagu. Uchodzi on za przedstawiciela centrum, podobnie jak premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet, który w ubiegłym tygodniu oficjalnie dołączył do wyścigu o najważniejsze stanowisko w Konrad-Adenauer-Haus. Z kolei minister zdrowia Jens Spahn, który dwa tygodnie temu jako pierwszy ogłosił swój start, niespodziewanie wycofał się, zapowiadając, że w przypadku zwycięstwa Lascheta zostałby wiceszefem CDU. Spahn widocznie wie, co robi – z jednej strony, jest jeszcze młody, ma 39 lat i może czekać na swoją kolej, a z drugiej, Laschet rzeczywiście ma duże szanse na sukcesję po AKK i Mutti. Gros chadeków opiera związane z nim nadzieje na założeniu, że obecny szef nadreńskiego rządu będzie w stanie pogodzić wszystkie partyjne skrzydła, tudzież różne poglądy elektoratu CDU. Armin Laschet cieszy się wielką sympatią wyborców, przede wszystkim dlatego, że jest autorem gigantycznego sukcesu, jakim było odbicie düsseldorfskiego landtagu z rąk socjaldemokratów, którzy przez lata uważali Nadrenię Północną-Westfalię za swoją twierdzę. Laschet należy wprawdzie do grona polityków CDU, którzy budowali zręby swoich karier, grzejąc się w blasku sukcesu Merkel, ale na pewno odróżnia go od kanclerki jego wyraźny rys konserwatywny, zapewniający poparcie starszych członków partii. Premier Nadrenii jest praktykującym katolikiem, co więcej, krytycznym wobec zrównania związków homoseksualnych z małżeństwami. Toteż zapowiedź, jakoby chciał zrobić swoim następcą zdeklarowanego geja Jensa Spahna, na początku budziła pewne kontrowersje. Choć może właśnie tandem z ministrem zdrowia zapewniłby mu wsparcie jak największej liczby delegatów na konwencji partyjnej. „Ten pomysł jest dobrym rozwiązaniem. Spahn to homoseksualista o konserwatywnych poglądach. Potrafi przekonać do siebie umiarkowanych wyborców, a zarazem w równie przekonujący sposób odciąć się od kontynuacji polityki Angeli Merkel, czego nie mogła zrobić AKK. Ale wciąż jest zbyt młody, aby pokierować partią. Z Laschetem zaś będą się znakomicie uzupełniać”, twierdzi Tina Hassel, szefowa stołecznego studia telewizji ARD.

Kontynuacja czy odnowa?

Zlot partyjny CDU, mający wyłonić nowego szefa, odbędzie się prawdopodobnie latem. W tym czasie na ring mogą wkroczyć jeszcze inni kandydaci, którzy dla partii nie są zbyt wygodni. O ile bowiem Laschet, Spahn i Röttgen starają się, żeby odsunięcie AKK i Merkel miało umiarkowany, kontrolowany przebieg, o tyle odwieczny wróg szefowej rządu Friedrich Merz postuluje radykalną odbudowę CDU, łącząc program odnowy z powrotem do chadeckich korzeni. Kiedy były szef frakcji chadeków w Bundestagu usłyszał, że Spahn i Laschet zamierzają połączyć siły, powiedział wprost: „To dobrze, teraz członkowie naszej partii widzą tym wyraźniej, że mają wybór pomiędzy kontynuacją a odnową”.

Merz cieszy się sporą sympatią zwłaszcza we wschodnich landach i mógłby tam skutecznie powalczyć o powrót tej części elektoratu, która odpłynęła do AfD. Ponadto ogłosił, że jeśli wygra, nową sekretarz generalną CDU będzie kobieta, co odczytano jako ukłon w kierunku odrzucającego jego kandydaturę lewego skrzydła.

W walce o konserwatywne głosy Merzowi mógłby zagrozić jeszcze inny pretendent, który stoi bodaj jeszcze bliżej prawej ściany. Wielu dziennikarzy upatruje go w Hansie-Georgu Maassenie, byłym szefie Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV), wspieranym przez rosnące w siłę stowarzyszenie WerteUnion, składające się głównie z polityków prawicowej frakcji CDU/CSU. W 2018 r. Maassen został odwołany z urzędu za nagminne krytykowanie polityki migracyjnej Merkel. Mimo to nadal jest obecny w polityce, a na jego spotkania we wschodnich landach przychodzą tłumy. Na razie Merz może jednak odetchnąć – były szef BfV jeszcze nie ogłosił startu w wyścigu o stanowisko szefa partii, a według niektórych źródeł najchętniej zamieniłby legitymację CDU na AfD.

Wróćmy na chwilę do klęski AfD w Hamburgu. Może ona doprowadzić do wewnątrzpartyjnych turbulencji. „W zachodniej AfD mnożą się głosy nawołujące do odcięcia się od ekstremistów, takich jak Höcke. Niewykluczone, że dojdzie w tej partii do rozłamu. W każdym razie niektórzy jej członkowie poniosą konsekwencje słabego wyniku w Hamburgu”, uważa politolog Karl-Rudolf Korte z Uniwersytetu w Duisburgu-Essen. Jego słowa są podparte badaniami. Według sondażu przeprowadzonego przez instytut Infratest dimap prawie 70% wyborców AfD w Hamburgu ubolewa nad tym, że ich partia nie zdystansowała się wystarczająco od „wschodnich radykałów”. Lokalni liderzy uważają, że porażka jest wynikiem nie ich błędów, ale przeciwności losu. „Politycy Alternatywy dla Niemiec są nadal w bezczelny sposób wypychani z debaty publicznej. Głównie dlatego uzyskaliśmy w Hamburgu tak mało mandatów”, utrzymuje główny kandydat AfD w tym mieście Dirk Nockemann. Są jednak bardziej przekonujące interpretacje. „Słaby wynik AfD w Hamburgu to wyraźny sygnał, że takie wydarzenia jak ostatnio w Turyngii czy Hanau potrafią zmobilizować centrum naszego społeczeństwa i zjednoczyć większość Niemców w sprzeciwie wobec rasistów. Wtedy tzw. partie protestu tracą poparcie. Powinniśmy wyciągnąć z tego pozytywne wnioski na przyszłość”, uważa Karl-Rudolf Korte.

Zielona przyszłość

I ostatnia rzecz – wybory w Hamburgu dodały otuchy Zielonym. Osiągnęli jeden z najlepszych wyników w historii. „Pozycję drugiej siły politycznej w Hamburgu zawdzięczamy temu, że potrafiliśmy konkurować z CDU o pierwsze miejsce”, oświadczył Robert Habeck. Szef Die Grünen nie ukrywa, że chciałby powtórzyć tę strategię podczas kampanii w roku wyborczym 2021. „W sondażach zajmujemy po CDU drugie miejsce. Zwycięstwo Zielonych w wyborach parlamentarnych jest możliwe”, cieszy się Habeck. Ostatnie sondaże dają mu jeszcze jeden powód do optymizmu. Wydarzenia w Turyngii i Hanau, mobilizujące wyborców do buntu przeciwko AfD, FDP i CDU, przywróciły prawie pogrzebaną wizję czerwono-czerwono-zielonego sojuszu. Według ustaleń ankieterów Instytutu Forsa socjaldemokraci, Zieloni i Lewica mogliby obecnie liczyć na większość niezbędną do rządzenia – mimo zwycięstwa chadeków. Scenariusz lewicowej koalicji rządowej z zielonym kanclerzem na czele rozpala obecnie wyobraźnię polityków Die Grünen.

Jeszcze nie tak dawno Habeck musiał się silić na wizerunkowe szpagaty, flirtując niekiedy z chadekami. Ale czasy się zmieniły, obecny chaos personalny w CDU oraz fiasko w Turyngii zniechęciły jego i jego wyborców do czarno-zielonego sojuszu. Tyle że za parę miesięcy znów wszystko może wyglądać inaczej. Mimo że Habeck i szef SPD Norbert Borjans od razu przypisali sobie zwycięstwa lokalnych działaczy, sukces ich partii w Hamburgu raczej nie ma z nimi wiele wspólnego. Zdaniem dziennikarzy tygodnika „Stern” doskonałe wyniki SPD i Zielonych nad Łabą są zasługą dotychczasowego burmistrza Petera Tschentschera i Kathariny Fegebank, którzy cieszą się wśród hamburczyków ogromną sympatią. Zasłużyli na nią ciężką i merytoryczną pracą samorządową, która dla szukających politycznych sensacji dziennikarzy znad Sprewy jest najzwyczajniej nudna. Trudno więc uznać wybory w Hamburgu za papierek lakmusowy na rok wyborczy 2021. Chłodna analiza wskazuje, że szczególnie SPD, która świętuje lokalne zwycięstwo, większości swoich wyborców w kraju ciągle kojarzy się z Wielką Koalicją.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 10/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy