Reprywatyzacyjna niesprawiedliwość

Za wzbogacenie się potomków byłych właścicieli zapłaci całe społeczeństwo

Nie można, oczywiście, liczyć na to, że zdominowany przez AWS Senat zablokuje ustawę reprywatyzacyjną uchwaloną właśnie przez Sejm. Wypada więc mieć nadzieję, że zawetuje ją prezydent RP. Mamy bowiem do czynienia z aktem prawnym, który wprowadza rozwiązania szkodliwe i dla państwa, i dla ogromnej większości jego obywateli.
Dlaczego ustawa reprywatyzacyjna jest zła? Przede wszystkim – dlatego, że jest niesprawiedliwa. To, co jeden z jej twórców, wiceminister skarbu, Krzysztof Łaszkiewicz, uważa za naprawianie krzywd i przywracanie sprawiedliwości, w istocie jest tworzeniem krzywd zupełnie nowych.
Polska jest biednym krajem, ale o bodaj największej w Europie rozpiętości między biegunem bogactwa i nędzy. Ponad 10 mln ludzi żyje na granicy ubóstwa, często nie mogą się oni odbić od dna mimo wykształcenia i pracowitości. Tymczasem za sprawą przepisów reprywatyzacyjnych pojawi się grupa ludzi, która bez jakiegokolwiek udziału własnej pracy i zdolności uzyska często duże majątki, czy to w naturze, czy pod postacią bonów reprywatyzacyjnych. Z pewnością będzie ona znacznie liczniejsza niż, jak się przewiduje obecnie, 170 tys. osób, bo przed uchwaleniem ustawy wielu ludzi w ogóle nie podejmowało starań o zwrot mienia (Porozumienie Organizacji Rewindykacyjnych szacuje, że będzie to w sumie co najmniej ćwierć miliona osób).
Nie ulega wątpliwości, że przyjęte rozwiązania, nawet 50-procentowe, są krzywdzące dla tych, którzy nie mają szczęścia być potomkiem jakiegoś z posesjonatów, którym po wojnie odebrano nieruchomości. I niemoralne, bo nie jest rzeczą właściwą faworyzowanie przez państwo wybranej grupy – przecież tylko jednej z wielu tych, które w wyniku takich czy innych działań państwa i jego organów, utraciły mienie.
Wymieńmy np. miliony chłopów, których zmuszano do świadczenia obowiązkowych dostaw, co w istocie było rodzajem haraczu na rzecz państwa. Albo tych, którzy ponieśli bolesne straty przy okazji wymiany pieniędzy. Setki tysięcy ludzi wykupiło swoim dzieciom polisy w PZU, a sumy, mające zapewnić im przyszłość, stały się dziś śmieszne. W nowszych już czasach wielu pechowców utraciło swoje oszczędności w legalnie działających bankach, zanim zaczął ich chronić bankowy fundusz gwarancyjny. Zasoby wielu innych zostały zjedzone przez decyzje władz, wywołujące spiralę inflacyjną.

Nagroda za pochodzenie

Ludziom tym, oczywiście, nikt nie zamierza niczego zwracać. Obecna ekipa rządząca, reprezentująca, wedle powtarzających się wyników sondaży,
ok. 15-18% obywateli, postanowiła arbitralnie uprzywilejować jedną tylko grupę – właśnie tę, która i tak była już uprzywilejowana, bo i za czasów “komuny” miała się całkiem nieźle. Wbrew bowiem obiegowym stwierdzeniom, przedstawiciele tzw. warstw posiadających, którzy pozbawieni zostali części nieruchomości, nie byli w
PRL-u poddawani jakimś dodatkowym szykanom i żyli z reguły na poziomie wyższym od większości społeczeństwa. Teraz doczekają się za to nagrody. A ci, co nie mieli zamożnych przodków, niech tracą. Posłowie AWS i UW, przyjmując reprywatyzację, nie raczyli wysłuchać opinii społeczeństwa na drodze referendum, choć należało tak uczynić w wypadku ustawy niosącej poważne konsekwencje dla budżetu państwa.
Wszystkie te słowa nie są bynajmniej wyrazem zwykłej zawiści o to, że to nie my się wzbogacimy, ale ktoś szczęśliwszy. Nic podobnego. Rzecz w tym, że realizacja ustawy reprywatyzacyjnej, przynosząca korzyści nielicznym, dokona się kosztem większości obywateli.
W ciągu ostatnich paru lat pracy nad ustawą przedstawiciele resortu skarbu powtarzali, że reprywatyzacja nie spowoduje istotnych konsekwencji dla budżetu, zaś naprawdę groźne będzie jej zaniechanie, bo państwo poniesie ogromne koszty wypłaty odszkodowań zasądzonych czy to przez krajowe sądy, czy przez Trybunał w Strasburgu. To, naturalnie, zwykłe bajki. Trybunał w Strasburgu nie ma prawa zajmować się wewnętrznymi stosunkami własnościowymi państw nie będących w UE; polskie sądy do czasu przyjęcia ustawy reprywatyzacyjnej nie były związane żadnymi przepisami przewidującymi zwrot majątków; natomiast konsekwencje dla budżetu, oczywiście będą.

Bomba
z opóźnionym zapłonem

Wartość majątku przeznaczonego na reprywatyzację, który zostanie zwrócony, bądź zakupiony za bony, to  ok. 46 mld zł (mniej więcej jedna czwarta rocznych dochodów budżetu państwa). Oczywiście, nie jest tak, że gdyby nie było reprywatyzacji, to cała ta suma zasiliłaby budżet. Niemniej jednak mamy do czynienia ze świadomą rezygnacją państwa z uzyskania niebagatelnych sum, mogących poważnie złagodzić napięcia budżetowe, które w przyszłości, gdy wzrosną wydatki związane z obsługą zadłużenia zagranicznego i przygotowaniami do członkostwa w UE, będą jeszcze dotkliwsze niż obecnie. Polskie doświadczenia uczą zaś, że w wypadku krótkiej kołdry państwu zawsze brakuje pieniędzy na cele społeczne, ze szkodą dla uboższych grup społeczeństwa. Zapewne najwcześniej skutki ustawy reprywatyzacyjnej odczują na własnej skórze lokatorzy domów czynszowych, którym zdobywcy kamienic po przodkach zaczną ochoczo podnosić czynsze.
– W obecnej sytuacji budżetowej ustawa jest skrajną nieodpowiedzialnością – uważa pos. Wiesław Kaczmarek (SLD). W dodatku bombą z opóźnionym zapłonem jest przyjęcie przez ustawę zasady, że przy zwrocie nieruchomości obowiązuje stan prawny z czasów sprzed nacjonalizacji, ale ceny – obecne. Takie rozwiązanie, oczywiście, może drastycznie zawyżyć wszelkie szacunki kosztów reprywatyzacji.
Przepisy nacjonalizacyjne w Polsce wydawano w latach 1944-1962. Reforma rolna i szeroka nacjonalizacja to jednak koncepcje Polski Londyńskiej, tyle że ochoczo przejęte – i często realizowane bardzo brutalnie – przez komunistów. Parlamenty III RP generalnie zgadzały się co do tego, że odbieranie majątków z naruszeniem ówczesnych przepisów o nacjonalizacji i reformie rolnej zasługuje na zadośćuczynienie. Nie kwestionowano jednak decyzji podjętych w zgodzie z tymi przepisami.
I dopiero obecny Sejm przyjął zdumiewające rozwiązanie, że prawo do 50-procentowego odszkodowania za utracone mienie przysługuje również i tym, których majątki rozparcelowano zgodnie z reformą rolną (czyli przykładowo, potomkom właścicieli kilkusethektarowych folwarków). To również znacznie rozszerza krąg uprawnionych i podnosi koszt reprywatyzacji.

Zawracanie kijem Wisły

– Historia uczy, że przywracanie stosunków własnościowych po wielkich przewrotach dziejowych jest praktycznie niewykonalne. To się jeszcze nigdy nie udało – twierdzi historyk, Tomasz Nałęcz, przywołując przykład Rewolucji Lipcowej. Jedną z jej przyczyn była niechęć społeczeństwa francuskiego do ponoszenia ciężarów reprywatyzacji. W bliższych nam czasach demokratyczna II RP też nie zdobyła się na zwrot majątków zabranych przez carat i zaczął się tym zajmować dopiero Józef Piłsudski po przewrocie majowym, gdy potrzebował wsparcia ziemiaństwa.
Za sprawą decyzji Sejmu Polska podjęła, bezprecedensową w skali Europy, inicjatywę reprywatyzacyjną. To bodaj najgorszy ku temu moment w dziejach III RP. Szybki wzrost gospodarczy, mogący złagodzić konsekwencje budżetowe całej operacji, mamy już za sobą. W ciągu 10 lat transformacji ustrojowej doszło zaś do radykalnych przekształceń własnościowych, których skutków nie da się odwrócić.
W tej sytuacji nasza polska reprywatyzacja A.D. 2001 przypomina zawracanie kijem Wisły. I może być równie skuteczna.

Wydanie: 3/2001

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy