Pogrywanie kobietami

Pogrywanie kobietami

Nie wiadomo, co bardziej irytuje w tej kampanii, która ma wyłonić nową reprezentację Polski w Parlamencie Europejskim. Nową – to oczywiście pojęcie umowne, bo główne przyczółki, czyli jedynki w miejscach, gdzie partie mają największe poparcie, poobsadzali obecni europosłowie. Czy gorsze jest to, że kampania jest niemrawa, bez polotu i dynamiki, nawet ze strony najbardziej zainteresowanych, którzy chyba większość energii zużyli na przekonanie partyjnych liderów, by dali im owe jedynki tam, gdzie szanse są największe. Dostali te preferencyjne miejsca i czekają, aż im partie zrobią kampanię. Najchętniej z buźką na billboardzie i występem w telewizji. A prawdę mówiąc, to, czy uda im się wygrać i wyjechać, jest dla ich wyborców kompletnie bez znaczenia. Często dużo lepsi i sensowniejsi kandydaci są w okręgach, które dają im małe szanse, nawet gdyby uzyskali bardzo dobre wyniki. Ordynacja wyborów europejskich jest niestety pokrętna, nieuczciwie preferująca faworytów aparatu partyjnego, a dla wyborców kompletnie niezrozumiała. I już od tego nieczytelnego tworu zaczynają się kłopoty z frekwencją.
Głosuję na prof. Longina Pastusiaka w Gdańsku, a kto pojedzie? Dowiem się po podliczeniu głosów w Szczecinie. Absurdalne dla wyborców, ale wygodne dla partyjnych wyjadaczy. Jak można manipulować, mając wiedzę o tych zawiłościach, widać na przykładzie komitetu Europa Plus Twój Ruch. Kobiety dostały tam pierwsze miejsca w takich okręgach, gdzie tylko cud mógłby im pomóc. A na to, jak wiadomo, ta partia szczególnie liczyć nie może. A SLD? Przecież dla sympatyków Sojuszu o niebo większy sens miałby wyjazd do Brukseli tak kompetentnych i pracowitych polityków jak prof. Longin Pastusiak czy prof. Tadeusz Iwiński zamiast chociażby prof. Joanny Senyszyn. Przeciwko kandydowaniu której bezskutecznie protestowały zarówno najbardziej elitarne środowisko lewicowe Krakowa, czyli Kuźnica, jak i partyjna młodzież. Marne są te zakulisowe gierki.
Ale jeszcze gorsza jest amnezja. Jak łatwo można wylecieć z kart historii, przekonała się Danuta Hübner. Wielka okołopartyjna gumka wymazała jej oczywiste i ogromne zasługi przy staraniach o akcesję do Unii Europejskiej. Jeśli przy okazji obchodów 10-lecia przynależności Polski do Wspólnoty Europejskiej pomija się zasługi prof. Hübner, można tylko powiedzieć: wstydu nie macie. Obserwowałem z bliska to, co się działo na zapleczu władz, i dobrze wiem, kto co wtedy robił. Bez niej wielu potykało się o własne nogi. To ona tworzyła Komitet Integracji Europejskiej (1996 r.). I to ona osobiście odpowiadała za wszystkie negocjacje akcesyjne. Wszystkim politykom, którzy o tym nagle zapomnieli, życzę powrotu do rzeczywistości, bo tego świata, który opisujecie, nigdy nie było.

Wydanie: 20/2014

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy