Tak dla sześciolatków

Tak dla sześciolatków

Co można pomyśleć, gdy człowiek usłyszy, że jest miejscowość na Podlasiu, gdzie dzieci dojeżdżają do szkoły tym samym autokarem co więźniowie do pracy, a dyrekcji szkoły ani samorządowi zupełnie to nie przeszkadza? W pierwszym odruchu, że głupota nie zna granic. W drugim, że nasz system edukacyjny jest chory. A w trzecim? Że przy wszystkich uwagach krytycznych wobec polskiej szkoły to nie może być punkt odniesienia w poważnej dyskusji. Zwłaszcza teraz, gdy do społeczników, którzy zebrali prawie milion podpisów za referendum, dołączyli politycy. A dla nich los sześciolatków jest tylko pretekstem do wojny z konkurencją. Liczba podpisów zrobiła takie wrażenie na politykach, że amnezja dotknęła wszystkie partie opozycyjne. Jeszcze niedawno domagały się szkoły dla sześciolatków, a dziś równie stanowczo domagają się referendum. Argument, którym podpierano się wówczas, czyli to, że aż 75% Europejczyków zaczyna naukę od szóstego roku życia albo i wcześniej, teraz się przemilcza. Podobnie jak to, że od 2009 r. ponad pół miliona sześciolatków zaczęło w Polsce naukę, a 90% ich rodziców uważa, że szkoły dobrze wywiązują się z obowiązków wobec dzieci. Rząd ma duży problem z przedstawieniem swoich racji w sporze z opozycją, która w komplecie stanęła w obronie biednych, krzywdzonych maluchów posyłanych przez nieludzki system do nieprzygotowanych szkół, gdzie będą tratowane przez naćpanych gimnazjalistów. Metodę rozwiązania tego problemu opozycja ma prostą. Maluchy zostają w domu, a gimnazjum likwidujemy. A kręgosłupy moralne uczniów? Wyprostujemy je, zwiększając liczbę lekcji historii. Jakie tematy będą preferowane? Zwycięstwo moralne powstania warszawskiego, chwalebna walka podziemia z władzą po 1945 r. i ocet jako główny artykuł spożywczy, którym karmiono w PRL. Po takim cyklu edukacyjnym politycy nowej generacji przesuną obowiązek szkolny na dziesięciolatki. Bo jak skansen, to co sobie żałować słomy w butach?
Słuchałem debaty sejmowej i po wystąpieniu Tomasza Elbanowskiego, który pracowicie pozbierał liczne nonsensy, zaniedbania i głupoty w szkolnictwie, lepiej rozumiem jego emocje i poparcie wielu rodziców dla tych działań. Jest co zmieniać. I warto z wiedzy takich entuzjastów korzystać. Bo choć nie zgadzam się z jego propozycją utrzymania status quo co do wieku szkolnego, a zwłaszcza z listą pytań referendalnych, doceniam troskę stowarzyszenia o dzieci i sprawną szkołę. Minister Szumilas z pewnością też na tym zależy. Ale… Nie ma ona, niestety, tych cech, które sprawiają, że urzędnik staje się liderem reform i autorytetem dla uczniów i rodziców. Nie potrafi przekonywać do swoich racji. Nie umie rozmawiać z ruchami społecznymi, bo i jak ma to robić? Drętwy, urzędniczy język i chaotyczne argumenty sprawiają, że nawet ludzie życzliwi sprawie nie chcą jej publicznie popierać. Skrajne oceny polskiej szkoły nie są ani mądre, ani sprawiedliwe. Nie jest bowiem tak tragicznie, jak to widzą Elbanowscy, ani tak dobrze, jak mówi Szumilas. Edukacyjny twór albo potwór, jak go chce widzieć opozycja, jest tak ogromny, że wymyka się wszelkim uogólnieniom. A najciekawszym problemem polskiej oświaty jest, moim zdaniem, szybko rosnące rozwarstwienie. Coraz większa różnica między najlepszymi i najgorszymi szkołami. Nauczycielami zresztą też. A jeśli chodzi o referendum? Gdyby dotyczyłoby tylko sześciolatków, to dlaczego nie? Nic się od niego nie zawali, a debata byłaby bardzo pożyteczna. Za czym więc jestem? Tak dla sześciolatków i tak dla referendum.

Wydanie: 44/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy