Lew, hot dogi i kasety wideo

Teledeliryczny i multimedialny paroksyzm wstrząsnął prasą i ekranami telewizyjnymi za sprawą jednej kasety magnetofonowej, dwóch magnetofonów i dwóch wersji spisanych z kasety: niepełnej opublikowanej w „Gazecie W.” oraz pełnej ściągniętej z Internetu, wydrukowanej w „Rzeczpospolitej”. „Spisane będą czyny i rozmowy”, głosi wieszcz i pewnie dlatego rozmowa została zapisana, a dlaczego do czynu nie doszło, wyjaśni speckomisja.
Gdy okazało się, że rozmowa trwała znacznie dłużej, niż wynikało z tekstu macierzystego, sądziłam, że różnica w czasie bierze się z jąkania Adama Michnika. Żeby nie było nieporozumień: bardzo lubię, jak ktoś się zacina, zwłaszcza wówczas, gdy ma coś do powiedzenia, a Redaktor ma. Dlaczego jednak, pytam uprzejmie, nie ma z takiego ważnego wydarzenia filmu? Przecież kamery są już zamontowane wszędzie, w każdym hipermarkecie. W przymierzalni, gdzie mierzysz ciuch, w hotelowej restauracji, o toalecie nie wspominając, wiesz, że magiczne oko cię śledzi jak kiedyś ślepia Wielkiego Brata. Mogliśmy też ostatnio oglądać w publicznej TV esbeckie filmiki z głodówek, spotkań legalnych i nielegalnych zgromadzeń. Jeden z konfidentów mówił z dumą, że ktoś, kto jak on „pilotował” Kuronia, miał szacunek środowiska, to był gość!
Wzorem zagranicznych stacji TV nasze także zaczęły pokazywać złodziei przyłapanych na gorącym uczynku. Imponujący był zwłaszcza niewysoki facecik, który zwinął z półki pół litra, włożył do wózka, przeszedł z tym balastem do stoiska z ubraniami, schował się za kiecki i z gwinta wysączył całość aż do ostatniej cennej kropli. Po czym wytoczył się na własnych, choć miękkich nogach i został zatrzymany przez ochronę.
Słowo, nawet jeśli jest wypowiedziane przez Michnika albo przez Lwa Rywina, to zbyt mało, żeby zaistnieć w masowej wyobraźni. Zawładnąć nią może tylko ruchomy obraz. Kto nie pokazuje się na telewizyjnym ekranie, ten nie istnieje. Wiedzą o tym politycy, dlatego marzą, by obrady Sejmu pokazywane były w prajmtajmie zamiast serialu „Na dobre i na złe”, a publika mówi im: „Wała, won psy pod dywan i tam się kąsać, nie blokować nam ekranów!”.
Michnik w rozmowie z Lwem powołał się na owe słynne z powiedzenia Churchilla buldogi pod dywanem. Walczą, kotłują się pomiędzy sobą, a my nie wiemy, który którego kąsa.
Tłuściutkie buldożki jadane są w Chinach, można sobie wybrać według uznania. Kucharz przyrządzi go na zamówienie. Miłośnicy psów wstrząsają się z obrzydzeniem na samą myśl o kalorycznym schabowym ze swego przyjaciela. Co innego świnia, mimo że inteligentniejsza od kundla, co zostało naukowo testami udowodnione, nie wzbudzi w nikim litości. Ciekawe, czy Lew okaże się jadalny, czy stanie komuś w gardle. Dyskusję narodową wzbudziła informacja, że w wietnamskich budach na stadionie serwuje się strudzonym handlarzom i klientom psinę i kocinę na słodko-ostro.
Marcin Wrona z TVN-u był w związku z tym przez cały czas „Pod napięciem” i trudno się dziwić. Skoro rzecz dotyczyła jedzenia psów, kotów oraz gołębi w sajgonkach, to mógł się chłopak o takim nazwisku przestraszyć. Oczywiście, kpina z nazwisk jest w złym guście, to nie są żarty na poziomie, wystrzegamy się tego jak ognia. Mam nadzieję, że Wrona jako wytrawny dziennikarz wcale się nie przejmie, bo wie, że lubimy go oglądać.
Jak ktoś jada w knajpach, to ma świadomość, że można zjeść wszystko, pod warunkiem że się to przemieli i da w panierkę. Jeśli ogląda się Reality TV, to widziało się niejedno, właśnie z ukrytych kamer zamontowanych przez przebiegłych właścicieli. A więc smarkanie do jajecznicy, szczanie do piwa, charkanie na porcję klienta, wykonywane przez pracowników wybitnie niezadowolonych z warunków pracy w kapitalizmie. Te incydenty może nie są aż tak powszechne, ale fakt, że mielone niezbadane jest i tajemnicze jak przepowiednie dotyczące wyników referendum.
Czy to nie jest dziwne, że popisowe danie amerykańskie nazywa się hot dog, czyli gorący pies? U nas w domu mówi się tak na przenośny kaloryfer; kiedy jest bardzo zimno i nie można mieszkania dogrzać, ciągnie się go na kablu jak na smyczy. Nazwa jest w tym przypadku adekwatna, dlaczego jednak mielona wołowina we flaku uchodząca za parówkę, ugotowana i podana w środku długiej bułki nosi miano gorącego psa? Czy dlatego, że jest ukryta jak pies w budzie? To wiedzą tylko nasi amerykańscy przyjaciele oraz ich eksperci.
Saddam Husajn jest dyktatorem i może nie powinien rządzić, jednak wojna prewencyjna jest dla nas w Europie czymś podejrzanym. Zadaniem ekspertów wysłanych do Iraku jest znaleźć coś, co stanie się bezpośrednią przyczyną wojny. Odkryli jakieś rakiety, teraz trzeba stwierdzić, czy były używane, czy nie.
Jeśli Ameryka chce być Aniołem Stróżem świata, musi prowadzić się anielsko, nie powinna produkować broni zakazanej przez prawo międzynarodowe. Tymczasem organizacja Sunshine Project ma dowody na prowadzenie projektów, które, jak pisze „Time”, „wykraczają poza granice zdrowego rozsądku: bakterie zmodyfikowane metodami bioinżynierii, żywiące się asfaltem, paliwem i kamizelkami kuloodpornymi”. Nowa broń uchodzi za „niezabijającą”, ale może też zabić, a już z pewnością zranić. Naukowcy projektują pistolety laserowe wielkości latarki, wysyłające silny prąd elektryczny na odległość dwóch kilometrów. Pracuje się nad lekami psychotropowymi, które można będzie rozproszyć i „zaaplikować nieposłusznym tłumom”.
Lepiej mieć potężnego przyjaciela niż wroga. Póki będziemy grzeczni, nikt nie zrobi nam krzywdy, zrozumiano?

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy