Jestem ateistą, a się popłakałem

Jestem ateistą, a się popłakałem

Polacy wyjdą z tej żałoby mniej naiwni, niż w nią weszli, ale nie łudźmy się, że wyjdą tak samo zjednoczeni jak są teraz Prof. Janusz Czapiński – Co się z nami porobiło? Ludzie się bratają, mamy eksplozję narodowego żalu, ale i narodowej solidarności. Ile w tym jest trwałego, a ile zapału, który zgaśnie? – „Trans-Atlantyk” Gombrowicza zaczyna się od zawołania: „Wojna, wojna, wojna”. A teraz mamy gromkie zawołanie: „Pokój, pokój, pokój”, między wszystkimi Polakami. Między zwaśnionymi kibicami różnych drużyn piłkarskich, między sąsiadami, którzy walczyli o miedzę, między klasami społecznymi. – Czy to pana zaskoczyło? – Nie zaskoczyło. Bo mam za sobą doświadczenia pierwszej „Solidarności” z lat 1980-1981, mam doświadczenia okresu przełomu 1989-1990, mam za sobą powódź tysiąclecia. To jest ciąg dalszy tej samej historii. – Że Polacy w wielkich chwilach zachowują się wspaniale… – Dla większości Polaków śmierć Papieża to nie tylko zamknięcie jakiegoś rozdziału, lecz także otwarcie czeluści niewiadomej. Nie wiadomo, czy po śmierci Papieża świat będzie lepszy, czy gorszy. Raczej gorszy. Nie wiadomo, jaka będzie Polska, co się z nami stanie. Nie wiadomo, czy tę owczarnię będzie w stanie ktoś poprowadzić. Odejście Jana Pawła II jest wielkim znakiem zapytania. Ale Polacy zaimponowali. Spodziewałem się, że to będzie zryw serc i wielka wspólnota, wyciszenie wszelkich kłótni. Jednak nie spodziewałem się, że to przybierze takie rozmiary! Oniemiały siedziałem w fotelu i oglądałem wszystkie stacje telewizyjne… – A wziął pan poprawkę na „rzeczywistość medialną”? Media pokazują wycinek świata, a nam się wydaje, że to cały świat. – Nie patrzyłem cały czas w telewizor. Wychodziłem z domu. Przejechałem się aleją Jana Pawła II w Warszawie i widziałem kilometry zniczy. Widziałem na domach flagi z kirem. Nikt do tego nie namawiał, to nie jest obowiązek. Nikt nie zmuszał kupców, żeby pozamykali sklepy, nikt nie zmuszał właścicieli prywatnych firm, żeby pozamykali firmy. To nie jest wyłącznie spontaniczny odruch ludzi wierzących, chodzących do Kościoła. To odruch wszystkich. Wśród tych wszystkich są ateiści, ja jestem ateistą, a popłakałem się. – Skąd się wziął ten powszechny odruch? – Postać Jana Pawła II to wymiar większy niż nawet wymiar powszechnego Kościoła. To jest wymiar epoki. On chciał nam coś przekazać. To było dostrzeżenie bardzo destruktywnych konsekwencji komercji. Na różny sposób różne społeczeństwa próbowały sobie z tym radzić. Najwyraźniej to widać w Ameryce – tam zaczęło się od głosów intelektualistów, którzy mówili: „Tak dalej być nie może, wszystko staje się plastikowe, nie ma żadnych korzeni stanowiących o naszej tożsamości, jest indywidualny konsument, któremu wszystko można wmówić, wspaniale się rozwijamy, stawiamy na hedonizm, a potem się zatrzymujemy i pytamy: jaki jest sens tego wszystkiego”. Otóż Jan Paweł II na te pytania odpowiadał. I to miało odzew. Ja nie twierdzę, że nauki Papieża weszły w lud. Nie, Polacy grzeszyli, grzeszą i będą grzeszyć. Ale umiłowali tego, kto przemycił do ich własnych sumień wiarę, że wspólnota daje głębszy oddech, że pozwala przestać indywidualnie borykać z odpowiedzią na pytanie, jaki jest sens ludzkiej egzystencji. Ten przekaz trafił także do niewierzących. Mamy więc największy pogrzeb w dziejach ludzkości. – Zaczęliśmy od Gombrowicza, od słów: „Wojna, wojna, wojna”. Teraz mamy słowa: „Pokój, pokój, pokój”. Jak trwały on jest? – To, co się dzisiaj dzieje, mogłoby sprawiać wrażenie, że w Polsce jest przebogaty kapitał społeczny. Że potrafimy wspólnie działać, szanować się, skrzyknąć przez Internet, spontanicznie włączać się w różnego rodzaju akcje, podwozić nieznanych autostopowiczów do Rzymu itd. To wybuch serc. Tak jak w latach 1980-1981. Ale jest pytanie, czy ciąg dalszy będzie taki jak po 1981 r.? Obawiam się, że niestety będzie taki sam, czyli kiepski. – Dlaczego? Skąd się bierze łatwość przemiany? – Niedawno, na konferencji organizowanej przez Bank Światowy, prezentowałem referat na temat kapitału społecznego w Polsce. Patrząc dziś na nasz kraj, można odnieść wrażenie, że jest tu przepotężny kapitał społeczny. Że ludzie potrafią sobie wzajemnie zaufać, i to w zgromadzeniach liczących setki tysięcy ludzi. Że są w stanie wspólnie działać. Innymi słowy, że Polska to kraj bezinteresownych wolontariuszy, z gorącymi sercami, ufnych wobec siebie. A jest dokładnie odwrotnie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 15/2005, 2005

Kategorie: Kraj