Jestem fanem Fajdka

Jestem fanem Fajdka

Ja, niżej podpisany Ludwik Stomma, oświadczam i zaświadczam oraz słowem honoru pieczętuję, że od 24 sierpnia 2015 r. jestem szczerym, oddanym i niezłomnym fanem Pawła Fajdka. Co takiego zrobił Fajdek? Zdobył złoty medal lekkoatletycznych mistrzostw świata w rzucie młotem. To akurat mało mnie obchodzi. Na owych mistrzostwach jest kilkadziesiąt konkurencji i tyluż zwycięzców. Ale on się ucieszył. Ruszył w Pekin (niemała to miejscowość – 20 mln mieszkańców) i płynął barami, dopóki mu sił sarmaty i młotomiota stało. Wziął taksówkę – jak inaczej odnaleźć się w molochu – i z braku drobnych zapłacił swoim złotym medalem w myśl heroicznej polskiej zasady Kochanowskiego „a cóż mi po złocie” czy też mitycznego Awdańca: „Idź złoto do złota, my Polacy…”. Nie, ani przez chwilę nie ironizuję.

W maju 1984 r. prowadziłem z grupą studentów Uniwersytetu Warszawskiego badania etnograficzne w Skordiowie. Wyszedłem z chałupy, siadłem na miedzy. W dali zagradzała krajobraz linia topoli migocących w słońcu. Po twarzy biły mnie chrabąszcze. Tknęło mnie poczucie piękna. Nagle poczułem się tak kapitalnie szczęśliwy. Nie urżnąłem się na miejscu, bo nie było czym. Biegłem przed siebie i skoczyłem do lodowatej rzeczki (Uherka jej chyba było na imię). Nie czułem zimna, pluskałem się w niej, oblewałem wodą włosy. Wygrzebałem się wreszcie na brzeg. Przyszła chmura i topole straciły odblaski na liściach. Ale to już nie miało znaczenia. Przeżyłem chwile ogromnej radości.

Mistrzowie świata wszelkich nacji udzielają nieskończenie wielu wywiadów. Powstała już nawet międzynarodowa sportomowa na taką okazję. „Przede wszystkim chciałbym podziękować mojemu trenerowi i całej ekipie technicznej, lekarzowi, psychologowi, przewodniczącemu PZLA. Rodzinie, która zawsze mnie wspierała”. Utrzymanie się w formie wymaga wielkich wyrzeczeń, ale czego się nie robi dla sztandaru. Żadnych używek, żadnych ekscesów. Wzorowa i podręcznikowa katorga. To prawda, kulomiot Majewski, dyskobol Małachowski i poprzednik Fajdka, Szymon Ziółkowski, a wiele lat przed nimi mistrz olimpijski, Marchołt Władek Komar, starali się już naruszyć kanony sportomowy, wspominali nawet nieśmiało i pruderyjnie o jakichś „dwóch piwach”. Nie dopowiedzieli jednak nigdy, że kiedy marzenie się spełnia, to jest właśnie ten moment, żeby pójść na całość. I bez tego całą ową katorgę o kant potłuc.

Wchodzę do piekarni w moim miasteczku. Wszyscy tu wiedzą, że jestem Polakiem. Od razu więc zaczyna się rozmowa o Fajdku. Dowiaduję się, czego akurat nie podawano w telewizji, że Fajdek za zwrot medalu zapłacił taksówkarzowi tyle, że jego oczy jak łódki zmieniły się w parostatki. Dalej była już księga Guinnessa, w której nigdy dotąd nie odnotowano, żeby ktoś medalami za przejazd płacił. Wzbudziło to ogromną sympatię, wynikłą być może ze smutnego niespełnienia, że coraz mniej umiemy się cieszyć, a tym bardziej pokazywać radość na zewnątrz. Od dawna już nasz rodak nie cieszył się takim uznaniem.

Swoją pieczeń na Fajdku upiec by mogły i feministki. Odkryła bowiem jego talent nauczycielka WF z I Liceum Ogólnokształcącego w Świdnicy, Jolanta Kumor. „W jej grupie – pisze Marcin Piątek w „Polityce” – trzeba było robić swoje na treningach, ale też nauczyć się manier i obycia w towarzystwie. »Gdy Paweł był gościem u Kuby Wojewódzkiego i do studia weszła Magdalena Różczka, to wstał, a następnie poczekał, aż dama usiądzie. Pełna galanteria«, podkreśla Jolanta Kumor, która miewa do Pawła odruchy matczyne”. I to się sprawdziło. Urżnął się nasz młotomiot, ale żaden Chińczyk nie miał do niego pretensji o grubiaństwo, nachalność czy brak manier, co przy osobniku jego gabarytu zostałoby na pewno zauważone. I Fajdek był syty, i Chińczycy cali.

Oczywiście usłyszałem już, że kompromitacja, złe świadectwo wystawione Rzeczypospolitej (niezła górnolotność), plama i wstyd. Cóż, nie ma świata bez smutasów. Kiedy wspominałem o pani Jolancie Kumor, to w rzeczywistości nie z powodu wpajanych podopiecznym manier. Nauczyła najwidoczniej Pawła Fajdka trudnej umiejętności cieszenia się chwilą. To tylko kobieta potrafi. Podobno wobec kontuzji trenera Czesława Cybulskiego będzie ona znowu mieć oko na naszego bohatera. Niczego lepszego nie byłbym w stanie mu życzyć. Po złotym medalu w Rio de Janeiro fruwaj, Pawle, w obłokach i z wielkich beczek lej na nas, czego już nie dałeś rady, Gargantuo, pochłonąć. Pan Jezus z Głowy Cukru, który lubi ludzi szczęśliwych, uśmiechnie się wesoło, a i mnie może wiatr z Brazylii przyniesie jakąś kroplę. Jeżeli nie, trudno, napiję się za twoje zdrowie na własny koszt. Furda tam medale. Radość tylko się liczy. Masz we mnie, Pawle, w miliardzie Chińczyków oraz w mieszkańcach mojego francuskiego miasteczka fanów i wielbicieli. Tak trzymaj!

Wydanie: 37/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy