Dekomunizacja działek

Kto pamięta jeszcze „bony prywatyzacyjne”, które otrzymaliśmy wszyscy, aby w ten sposób wypracowany przez społeczeństwo w latach Polski Ludowej wspólny majątek narodowy zamienić na prywatną własność milionów drobnych posiadaczy?
Ja swojego bonu nie pamiętam już nawet z wyglądu, ponieważ zgubiłem go niemal natychmiast, tracąc w ten sposób bezpowrotnie 10, 15, a może nawet 25 zł. Myślę jednak, że niewiele lepszy interes zrobili ci, którzy, jak należało, zanieśli swoje bony do funduszy inwestycyjnych, stając się na moment przynajmniej współwłaścicielami huty Łabędy, kopalni Wujek czy czegoś podobnego. Było to jednak tylko mgnienie oka, w rezultacie bowiem, jak wiemy, były majątek byłej PRL został sprywatyzowany, nie słychać jednak, aby znalazł się on w rękach posiadaczy „bonów prywatyzacyjnych”. Wymienia się tu całkiem inne nazwiska, niekiedy zagraniczne, nierzadko też znane z listów gończych lub kronik kryminalnych.
Wspomnienie bonów stanęło mi przed oczami w związku ze sprawą ogródków działkowych, które Prawo i Sprawiedliwość, panowie Kaczyńscy i Dorn, chcą w przypływie wielkoduszności sprywatyzować, to znaczy sprzedać je ich dotychczasowym użytkownikom, niekiedy nawet z 95-procentową zniżką. W ten sposób użytkownik 200-metrowej działki za psi grosz stanie się jej posiadaczem, z prawem dysponowania swoją własnością, to znaczy także z prawem jej sprzedaży. I dalszy ciąg, jak nie trudno się domyślić, rozegra się już sam, jak z bonami prywatyzacyjnymi. Bo przecież trudno sobie wyobrazić, aby nie znaleźli się chętni nabywcy na świetnie niekiedy usytuowane grunty w centrum lub na obrzeżach miast, na których sprzedaży – po ich skomasowaniu oczywiście – zarobić można miliony. Oczywiście, znaleźć się może jakiś jeden lub drugi Drzymała, który pośród willi lub kondominiów mieszkalnych uprze się mieszkać w swojej pakamerze i uprawiać ekologiczną rzodkiewkę, zanim nie wykurzy go stamtąd jakiś przepis administracyjny, tak czy owak jednak los ogródków działkowych będzie przesądzony.
Pan Dorn twierdzi, że pracownicze ogródki działkowe są reliktem po komunie, co czyni je tym bardziej obrzydliwymi i trzeba je dekomunizować. Niestety, pan Dorn nie zna historii gospodarki miejskiej i nie wie, że istniały one już na długo przed wojną i przed komuną, ale to drobiazg. Ogrodów działkowych jest obecnie w Polsce 5,2 tys., na ich terenie mieści się około 960 tys. małych działek, z których korzysta, jak się szacuje, około 4 mln ludzi, to znaczy co dziesiąty Polak.
Nie będę twierdził, że są to tereny czarowne. Na maleńkich skrawkach ziemi stoją tam przeważnie byle jak sklecone budy, jakieś samodzielnie wykonane inspekty, chociaż trafiają się także całkiem przyzwoite „letniaki”. Ale mimo to ogródki działkowe stały się ważną instytucją polskiego obyczaju. Są to nie tylko miejsca, gdzie coraz biedniejsi ludzie mogą sobie wyhodować własne warzywa czy owoce, dzieci, których coraz mniej wyjeżdża na wakacje, mogą zobaczyć drzewo, ptaka, a nawet glizdę, starsi obywatele zaś wypić na świeżym powietrzu. Działki realizują także pewien model „jakości życia”, który w świecie opanowanym przez wyścig za pieniądzem i karierą coraz częściej jest przedstawiany jako alternatywa dla tych, którzy nie załapali się w wyścigu szczurów. Wystarczy na wiosnę pójść do dowolnego sklepu ogrodniczego, aby zobaczyć tam tłum ludzi zafascynowanych nowymi odmianami róż, sadzonkami i nasionami, nowymi modelami sekatorów lub grabek do dłubania w ziemi. Są to nie tylko pasje ogrodnicze, jest to model życia, który narasta w cywilizowanym świecie jako alternatywa dla etosu globalnej gospodarki liberalnej, której felery są coraz bardziej oczywiste.
Działki są terenem publicznym. Mimo że uprawiane przez setki tysięcy poszczególnych użytkowników są miejscem, gdzie rodzi się i utrzymuje duch wspólnoty, osobliwa więź sąsiedzka, która zanika w miejskich blokowiskach, a jest niezbędna do życia. W przedwojennej spółdzielczości mieszkaniowej panowała zasada, że wprawdzie mieszkanie jest we władaniu lokatora, to jednak własność mieszkań pozostaje przy spółdzielni, aby mieszkania nie stały się przedmiotem spekulacji, a także aby wszyscy mieszkańcy połączeni byli wspólną troską o spółdzielcze dobro, razem z klatkami schodowymi czy wspólną piaskownicą dla dzieci. Dzisiejsza gospodarka liberalna, oparta na idei prywatnego zysku, dąży, zdaniem wszystkich jej badaczy, do zawężania i likwidacji przestrzeni publicznej. Przestrzeń publiczna ma być zastępowana przez wydzieloną przestrzeń prywatną. Widać to najwyraźniej na przykładzie nadmorskich plaż w Europie, gdzie poszczególne kawałki piasku stają się wyłączoną własnością hoteli, pensjonatów lub osób prywatnych. Zanika też, jak pokazują to np. prace prof. Baumana, instytucja powszechnie dostępnego forum lub agory, a więc miejsca, gdzie tradycyjnie rodziła się lokalna opinia publiczna.
Dzieje się to z uszczerbkiem dla demokracji, opinia zawłaszczana jest przez prywatne gazety lub prywatne telewizje, przy czym nie wiadomo już w końcu, czyja to jest opinia.
Może poszedłem tu zbyt daleko, aby podważać przejrzysty jak szkło pomysł PiS. Nie wiem, na ile dobrze lub źle są zarządzane obecne ogródki działkowe i na ile ich administratorzy czy też Związek Działkowców są wyrazicielami opinii samych działkowiczów. Zawsze w takich wypadkach mówi się o grupie cwaniaków, która chytrze obsiadła jakiś ruch społeczny, ciągnąc z tego prywatne korzyści, ta sama argumentacja funkcjonuje na przykład w stosunku do ruchu związkowego i jego przywódców.
Może tak jest, bardzo możliwe, możliwe także, że trzeba się tym uczciwie zająć. Myślę jednak, że nie wolno mówiąc o przyziemnych konkretach, zapominać o bardziej dalekowzrocznej perspektywie . Co to ma znaczyć dla przyszłości? Jaki model społeczeństwa ma się w rezultacie wyłonić z banalnych, codziennych działań?
Otóż model, który na samym końcu przyświeca antydziałkowej inicjatywie PiS, nie rokuje niczego dobrego. Jest to czasami nawet ważniejsze niż pogląd tego stronnictwa na Monteskiuszowski podział władz albo na zasadę domniemania niewinności w procesie karnym. Przeciwko tym pomysłom PiS już podniósł się, i słusznie, protest środowisk prawniczych i naukowych. Drążenie natomiast kwestii działek pracowniczych odbywa się w aurze jeszcze jednej afery lub jeszcze jednego szaleństwa Kaczorów. Tymczasem jest to kwestia znacznie ważniejsza.
„A tymczasem na działkach nic się nie dzieje…”, głosiła kiedyś popularna piosenka. Otóż teraz już się dzieje. Trzeba być uważnym.

Wydanie: 49/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy