Świat – czas na urlop

Świat – czas na urlop

Człowiek przez wieki umacniał poczucie wyższości nad opuszczonym na zawsze (jak mu się zdawało) światem zwierząt i innych istot swoją „rozumnością”, zdolnością do formułowania myśli, wykonywania skomplikowanych i niedostępnych innym „braciom i siostrom ze świata przyrody” obliczeń, projektów, działań. Dowodziło tego budowanie miast i urządzeń, ale też, co ważniejsze, systemowe obejmowanie umysłowym panowaniem coraz większych obszarów rzeczywistości; świadczył o tym rozwój przemysłowy, medyczny czy, koniec końców, społeczny. Równocześnie tam, gdzie wciąż była obecna niepewność, niejednoznaczność, nieoczywistość, tworzył wielkie systemy alibi: religie, ideologie, cuda-wianki. U źródeł tej władzy wiedzy rozpościerała się oczywiście przeogromna moc naszego języka (rzecz jasna w jego wielości), który otwierał bramy do komunikacji, wymiany doświadczeń, sporów, idei i walk. Zostawmy na boku, na potrzeby uproszczonej, felietonowej tezy, powszechne doświadczenie wojen i przemocy jako zasadniczego arbitra ludzkich działań w wielkiej, społecznej, globalnej skali.

To językowe umiejętności, nierzadko kunszt, dały człowiekowi niewyobrażalną i niepodważalną władzę. To owa epoka Gutenberga w skrócie. Choć znowu trzeba pamiętać o europocentrycznym skrzywieniu. Wszak Chiny już dawniej i wcześniej…

Zostańmy tu, gdzie jesteśmy, nowoczesność i nowożytność ostatnich stuleci to dominacja Europy, w tym znaczeniu europejskie są zarówno USA, jak i w jakimś sensie Japonia, czyli świat. Globalny potwór ma jedną matkę-ojca – europejskie fiksacje, mity, uzurpacje. I niewątpliwe sukcesy, które najczęściej wiązały się z ważną kiedyś instytucją i umiejętnością autokrytyki, podważania własnych wyborów i rozstrzygnięć, przełamywania konwenansu i przyzwyczajenia.

Jakimś odbiciem tego kultu języka jako formy i treści była oczywiście metoda uprawiania polityki. Polityka, znowu abstrahując od clausewitzowskiej korekty wojennej, była apologią używania słów, które jednak naprawdę coś znaczą, nawet jeśli używane są subtelnie, wieloznacznie, kiedy korzystają z różnych kanałów przekazu i form komunikacji. Językowa komunikacja była zhierarchizowana jak całe społeczności, na dobre i na złe. Analfabetyzm stał się przeszłością (tak, tak, w Europie…). Media, kultura, literatura, prasa rządziły.

Ale po cichu, niepostrzeżenie nadeszło cyfrowe tsunami, które, pozornie oparte na dogmatach gutenbergowskich, w rzeczywistości dokonało zmiany paradygmatu: ze słowa na obraz (obrazek, zwany dzisiaj filmikiem), z jakości w ilość, z hierarchii w pozornie kontrolowaną różnorodność, której prawdziwym imieniem jest chaos i nieogarnialność, nieobejmowalność. W konsekwencji zanika poczucie wspólnego doświadczenia, bo nie ma wspólnego języka, nie ma miary i porównywalności. Jest ekspresja, są emocje, są wrażenia; komunikacyjny, wspólnotowy grunt usuwa się nam spod nóg (czyli mózgów).

A przestrzenie wciąż decydujące o naszym życiu w skali globu funkcjonują, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Politycy niby coś mówią, ale te słowa nic nie znaczą. Dziennikarze pytają, ale ani nie mają szansy uzyskać odpowiedzi, ani nie sprawiają wrażenia, że o to im chodzi. My tego słuchamy i to oglądamy, bo siłą inercji żywimy przekonanie, że tak to powinno wyglądać. A ten świat się skończył, te metody komunikacji zużyły się i zdewaluowały, bierzemy udział w spektaklu nieustającej iluzji. Co tam, panie Putin? Jest pan mordercą? Panie Biden, Ameryka gołąbek pokoju? Walczy ze złem? Panie Duda, jak how are you z prezydentem USA? Panie Jarek, chciało się wojsko wyprowadzić na strajkujące kobiety, o czym pisze minister Dworczyk z prywatnej skrzynki mejlowej, bo się boi, że pana pupil i podwładny Mariusz Kamiński mu się włamie? Panie Jarek, Rosja nas napadnie, bo nie umiecie korzystać z internetu, czy dlatego, że takie tu skarby i pożytki spoczywają, czekając tylko na zbójców? Panie Jarek, pan, który nie ma odwagi od lat samodzielnie wyjść na ulicę, będzie nas straszył wojną? Panie Jarek, a za co pan bierze pieniądze?

Nic to wszystko nie znaczy, żyjemy na jałowym biegu, bez wizji, pomysłu i reguł. Nasz system polityczny to abstrakt, podporządkowany prawdziwym wielkim graczom. Jeden ruch Ronalda usuwającego butelkę Coca-Coli ze stołu miał przynieść miliard dolarów straty koncernowi. Tak, to prawda. Tak jak to, że Putin i Biden z nami rozmawiali, a Jarosław Kaczyński odpowiada za nasze bezpieczeństwo. Dobrze, że jest tym wicepremierem, będzie go za co postawić przed sądem. I tyle z tego pożytku.

Świat nie nosi w sobie sam z siebie mocy samonaprawy. Tylko ludzie mogliby to zrobić. Ale ani tego nie rozumieją, ani nie chcą, ani nie potrafią. Wegetujmy – póki jest wzrost PKB. Ludzkości należy się urlop od ludzkiej aktywności. Miłych wakacji, na które się nie udamy.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy