Jawność

Jawność, transparentność, przejrzystość – czy jak to się jeszcze nazywa – działań towarzyszących podejmowaniu ważnych decyzji uważa się za atrybut demokracji.
Wprawdzie społeczeństwo nie zawsze, a nawet coraz rzadziej, ma wpływ na treść tych decyzji, ale dzięki jawności wie przynajmniej, jak to się robi i czyimi rękami. Gazety są więc pełne nawoływania do jawności, a także wybuchają z hukiem, gdy uda im się ujawnić coś, co dotychczas było utajnione. Na tym polega m.in. tak zwane dziennikarstwo śledcze, które przeważnie bierze się stąd, że „dziennikarz śledczy” ma jakiegoś znajomka w służbach tajnych, który pokątnie wyjawia mu sekrety, których powinien był raczej strzec. Daje to w rezultacie służbom tajnym kolosalny wpływ na media, a przez nie na opinię publiczną, co oglądamy teraz codziennie. Jeśli się mówi, często przesadnie, że życie prywatne w PRL infiltrowane było przez służby tajne, to teraz wcale nie słabsza infiltracja dotyczy życia publicznego i opinii publicznej, co zdaje się nam jednak nie przeszkadzać, ponieważ dokonuje się w imię jawności.
Pomnikiem tak rozumianej jawności jest oczywiście osławiona Komisja do spraw Orlenu, która nawet swoje posiedzenia uzależnia od terminu spodziewanych przecieków z tajnych przesłuchań w prokuraturze, a przekazywane jej sekretne dokumenty państwowe natychmiast stają się własnością publiczną. TVN już w dniu przesłuchania p. Kulczyka przez prokuraturę nadała w swoich „Faktach” obszerne wyimki z tej tajnej procedury, a zamknięte posiedzenia samej Komisji ds. Orlenu tym się różnią od jawnych, że ich treść przekazują natychmiast zgromadzonym pod drzwiami dziennikarzom panowie Wassermann i Giertych, opatrując ją własnymi komentarzami.
Pozostaje jednak pytanie, jak to wszystko ma się do funkcjonowania państwa, a także jego gospodarki. Jawność ma być narzędziem demokracji i sprawiać, aby obywatele byli poinformowani o wszystkim, co ich dotyczy. Ale równocześnie wiadomo przecież, że zarówno w polityce państwowej, jak i w gospodarce istnieją całe obszary, w których jawność jest przeszkodą w działaniu. Śledztwo policyjne, którego kolejne kroki zmierzające do ujęcia przestępcy są powszechnie znane, nie może być skuteczne, ponieważ przestępca zmienia w zależności od tego swoje metody kamuflażu. Kontrakt handlowy, o którego szczegółach wiedzą wszyscy, a więc i konkurencja, nie może dojść do skutku. Nie mówiąc już o traktatach międzynarodowych i wielkiej polityce.
Wiedzą o tym wszystkie normalne państwa, gdzie sfera tajności jest ściśle określona, a pojęcie tajemnicy państwowej nie jest, jak u nas, fikcją, lecz za jej zdradę można nawet pójść pod ścianę. Dotyczy to także niektórych spraw personalnych. We Francji na przykład do dzisiaj nie można się dowiedzieć, kto był szpiegiem słynnego napoleońskiego ministra Foucheta i będzie to tajemnicą po wsze czasy, podczas gdy u nas istnieje specjalny instytut, zwany Instytutem Pamięci Narodowej, zajmujący się ujawnianiem wszystkich i wszystkiego. Podobnie jak we Francji dzieje się zapewne w Rosji, gdzie NKWD wiedziała przecież o wszystkich agentach carskiej ochrany, tak jak obecne służby wiedzą o wszystkich agentach KGB i w zawodzie tym nierzadko respektowana jest „ciągłość pracy”. Coś podobnego działo się początkowo również u nas i wielu ludzi SB harmonijnie, jako fachowcy lub zaufani informatorzy, przeszło na usługi UOP, z czego zresztą wykwitły także niektóre piękne personalne kariery w polityce i w mediach. Obecnie jednak strach nawet być tajnym agentem wywiadu III RP, ponieważ życie tych funkcjonariuszy znajduje się w rękach ludzi typu Wassermanna, Miodowicza czy Giertycha oraz śledczych IPN, a więc wisi na włosku.
Oczywiście, nie brak doskonale dowiedzionych argumentów, że tajność w życiu państwa jest wstępem do tyranii. Mamy na to liczne przykłady, nie muszę ich przywoływać. Procedury tajne muszą być więc koniecznie przez kogoś kontrolowane, zazwyczaj czynią to odpowiednie organy parlamentu, związane z kolei ścisłą tajemnicą i obdarzone równocześnie społecznym zaufaniem. Ale u nas takich organów po prostu nie ma. Strażnicy tajemnic mielą językami na wszystkie strony, a depozytariusze społecznego zaufania, w tym posłowie, kłamią jak najęci.
Rozkoszna jawność albo rozbiórka państwa – taki jest jeden z paradoksów demokracji.
Tych paradoksów jest więcej. Bank Millenium na swoje 15-lecie zaprosił do Warszawy trzech wielkich komentatorów procesów zachodzących we współczesnym świecie, profesorów Benjamina Barbera („Dżihad kontra McŚwiat”), Samuela Huntingtona („Zderzenie cywilizacji”) i Zygmunta Baumana („Życie na przemiał”), zadając im pytanie: „Jaka demokracja ma przyszłość?”. Fakt, że akurat poważny bank kłopocze się takimi pytaniami, jest ze wszech miar krzepiący i godny uznania, ale odpowiedzi zaproszonych uczonych nie były, i słusznie, uspokajające.
Ujął to być może najtrafniej prof. Bauman, twierdząc, że demokracja, do której wreszcie dołączyliśmy, przeżywa właśnie kryzys, ponieważ przeczą jej powszechne procesy globalizacyjne, „a nie da się już dziś skutecznie bronić demokracji, bezpieczeństwa, praw ludzkich w jednym z osobna wziętym, choćby nie wiem jak potężnym, kraju”. Prof. Barber z kolei namawiał, aby zamiast mówić o demokracji, mówić raczej o demokracjach, sugerując, że w Afganistanie na przykład bardziej demokratyczną formą może się okazać nie demokracja parlamentarna, lecz porozumienie poszczególnych plemion. Twierdził także, że czymś zupełnie innym jest rozbicie tyranii, czym innym zaś wprowadzenie demokracji, co oczywiście widać w Iraku, a być może daje do myślenia także o Ukrainie. Prof. Huntington wreszcie zakładał, że być może, wobec nacisku rozmaitych grup etnicznych, sensowne jest „istnienie barier dla rozszerzania struktur demokratycznych”.
Nie sposób zresztą streszczać tych wystąpień, nie ukrywam, że myśli i prace tych akurat trzech autorów są dla mnie od dosyć już dawna ważną inspiracją w tym, co mówię i piszę, m.in. w tych felietonach. Tak więc dla mnie znalezienie się na sali Zamku Królewskiego podczas tego panelu było czymś takim jak dla posła Marka Jurka udział w prywatnej audiencji w Watykanie.
Nie wiem natomiast niestety, czym było ono dla innych, zwłaszcza dla polityków. Poziom refleksji bowiem, na jakim porusza się nasza polityka, także w kwestii jawności i demokracji, tak się ma mniej więcej do autentycznej refleksji nad demokracją jak perspektywa zająca do perspektywy jastrzębia.
Nie ma żadnej wątpliwości, że to, co widzi zając, jest wysoce zajmujące i daje mu możliwość wypatrzenia wielu bardzo smakowitych roślinek. Równie pewne jest jednak i to, że jastrząb wypatrzy wreszcie zająca i uczyni sobie z niego właściwy użytek. Tak jak stanie się to być może z naszym coraz bardziej rozmontowanym państwem.

 

Wydanie: 51/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy