Król Lear

Przypuszczam, że dla większości byłych i obecnych uczniów szkoły średniej „Król Lear” Szekspira – jeśli nadal się go przerabia w programach, czego nie jestem całkiem pewien – jest umoralniającą sztuką o nieszczęsnym monarsze, który podzieliwszy swoje królestwo pomiędzy dwie złe córki, stał się ofiarą ich czarnej niewdzięczności i okrucieństwa. Z tego też zapewne powodu dramat ten niezbyt często gościł w programach teatrów, których dyrektorzy sądzili, że publiczność woli jednak coś bardziej wyrafinowanego.
Ale oto w ostatnim czasie „Król Lear” przeżywa gwałtowny renesans. Rolę tę postanowił zagrać największy zapewne aktor polski ubiegłego stulecia, Tadeusz Łomnicki, i umarł nagle, podczas próby, ze słowami Leara na ustach. Nie wiem, nie mówiłem z nim o tym, co chciał powiedzieć przez tę swoją nową rolę, podziwiałem jedynie wspaniałą brodę, którą zapuścił na potrzeby tego przedstawienia. W Ameryce, w Goodman Theatre w Chicago „Król Lear”, którego zagrał Stacy Keach, stał się według opinii recenzentów rewelacją obecnego sezonu teatralnego. Amerykańskiego „Lear” zagrano w kostiumie współczesnym, na tle scenografii i efektów teatralnych inspirowanych przez masakry etniczne w Bośni. Okazuje się, że dramat Bośni zamienił psychologiczne okrucieństwo szekspirowskie w okrucieństwo zbiorowe, historyczne, które stało się skutkiem podziału tego kraju.
Na dodatek zaś w wydanej u nas w roku 2006 książce „Wojna pokoleń” pojawił się szkic Piotra Nowaka „Król Lear albo wojna pokoleń”, do którego nawiązuje w swoim artykule „Strategia mojego pokolenia”, zamieszczonym w „Dzienniku-Europa” (3.02.br.), uchodzący dzisiaj za ideologa młodego pokolenia prawicowców Cezary Michalski.
Oczywiście mówienie o młodym pokoleniu jest pewną przesadą, mamy tu bowiem do czynienia z czterdziestolatkami lub więcej, tak czy owak jednak chodzi o tych samych ludzi, o których pisałem niedawno w felietonie „Nowa kadra”, wskazując, że połowa co najmniej zamieszania na tak zwanej scenie politycznej w Polsce jest właśnie skutkiem dobijania się do władzy młodszych prawicowców, którzy nie zdążyli stać się „ojcami założycielami” transformacji ustrojowej. Gdy powstawała „Solidarność”, chodzili w krótkich majtkach, teraz zaś uważają, że „ojcowie założyciele” rządzą już zbyt długo i pora się ich pozbyć. Dlatego też owi młodzi są zapalonymi rzecznikami lustracji, także kościelnej, bezlitosnymi krytykami III RP i rodzajem hunwejbinów braci Kaczyńskich, którzy mimo że też już należący do generacji „ojców założycieli”, wydają się im najwygodniejszą furtką, przez którą wejść można na salony władzy.
I oto „Król Lear”, odczytany na nowo przez to środowisko, staje się nagle nieomal manifestem. Jest to bowiem, jak twierdzi Piotr Nowak, dramat o sukcesji, o przekazaniu władzy, którego Szekspirowski Lear nie potrafił wykonać, jak należy. Lear według Nowaka i Michalskiego, który podpisuje się pod interpretacją Nowaka, nie jest wcale szlachetnym władcą, który w dobrej wierze oddaje swoje królestwo córkom, lecz zniedołężniałym, dziecinniejącym starcem, który oddając faktyczną władzę, chce zachować jej splendor, a ten również trzeba mu już wreszcie odebrać.
Michalski w swoim artykule inspirowanym przez Nowaka przyjmuje za dobrą monetę to wszystko, co szkalując ojca i szykując jego upadek, mówią o nim Goneril i Regan, córki króla. Trafnie też zauważa, że starzejący się monarcha pragnie już nie tyle władzy, której się właśnie pozbywa, lecz także, aby córka „nie żałowała mi przecie rozrywek”, jak pisze Szekspir, a również, aby obie córki i wszyscy poddani darzyli go na dodatek miłością.
Nowakowi i Michalskiemu chodzi więc o to, że spisek córek przeciwko królowi nie jest wcale zamachem barbarzyńców na ład i porządek uświęcony przez tradycję, lecz odwrotnie, jest gestem racjonalnym i godnym naśladowania. Zdaniem Michalskiego bowiem, w obecnej Polsce również „w polityce, mediach i w akademii przepustką do władzy jest to, że uczestniczyło się w życiu publicznym co najmniej od czasów późnego Gomułki (to już blisko pół wieku!), jako młody opozycjonista, ksiądz albo początkujący działacz PZPR”. Szydząc zaś dalej, Michalski pisze, że według obecnych reguł rządzić powinny „dojrzałe autorytety – Kiszczak, Urban, Michnik, Mazowiecki, Barbara Skarga, Jerzy Jedlicki”, których zręcznie myli on z Learem, Gloucesterem, Kentem itd. Nawołuje też, aby pokolenie młodych przestało już poszukiwać swojej pokoleniowej legendy w czasach, kiedy przyszło im „nosić teczki za Michnikiem, Millerem, Mazowieckim, Kaczyńskim, Macierewiczem”, przy czym dodaje spiesznie, że „oczywiście dla ludzi przebudzonych w sierpniu ’80 i rozczarowanych po czerwcu 1989 bardziej naturalnymi sojusznikami są Kaczyński i Tusk niż dajmy na to Michnik i Miller”. Przy czym Michnik zwłaszcza – co w tym środowisku jest obsesją – staje się dla niego synonimem starca, który nie zauważył, że jego autorytet już wyparował, a otaczająca go miłość zwiędła. Jest Learem po prostu.
Nie piszę o tym wszystkim, aby zastanawiać się nad nowymi ścieżkami szekspirologii i nad nowym odczytaniem „Króla Leara”, w którym zarówno Piotr Nowak, jak i Cezary Michalski widzą inspirację dla współczesności. Faktem jest jednak, że z pewną trudnością znajdują oni dowody na to, że właśnie córki Leara mają po swojej stronie prawo i ład racjonalny, przeciwstawiany w ich wywodach martwemu już ładowi historycznemu, stojącemu po stronie króla.
Ale to właśnie nie jest sprawą bez znaczenia. Szturm nowego pokolenia prawicowców jest faktem, można go zrozumieć. Dla większości z tych ludzi celem tego szturmu jest po prostu władza, kariera, wpływy, pieniądze, do których nie zdołali się dotąd dorwać, i każdy chwyt wydaje się w tej sprawie dobry. Charakterystyczne są pod tym względem nadzieje, jakie wiążą oni z lustracją kościelną, uważając nie bez racji, że Kościół był dotychczas instytucją, która przez swoich hierarchów, a także, co tu ukrywać, przez kult Jana Pawła II, wspierała i umacniała panujących „starców”.
Ale Piotr Nowak i Cezary Michalski są ludźmi na tyle inteligentnymi, aby rozumieć, że zwykły ciąg na władzę, nawet wsparty prawami biologii, o których Szekspir mówi, że „młody się wznosi, gdy stary upada”, stanowi sam w sobie dość marny argument dla rewolucji pokoleniowej. Potrzebne są do tego także nowe wartości, których ofensywie młodej prawicy brakuje.
Zostaje jej więc tylko cyniczna bezwzględność, podstęp i obłuda, jak w „Królu Learze”.

PS Dziękuję osobom, które zwróciły mi uwagę, że w poprzednim felietonie popełniłem błąd, za który przepraszam Czytelników: marszałek Petain, niezdegradowany, mimo wyroku śmierci nie został rozstrzelany, lecz osadzony w więzieniu, które miał opuścić po dwóch latach, czego już nie dożył. Potwierdza to jeszcze wyraźniej moją tezę, że cywilizowane narody nawet w skrajnych wypadkach zachowują szacunek dla swoich dowódców wojskowych.

 

Wydanie: 8/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy