Na jednej nodze

Na jednej nodze

Kiedy się starzejemy, czas zaczyna przyspieszać. Zgłębiłem kiedyś przyczynę tego potężnego złudzenia: kiedy jedzie się drogą po raz pierwszy, ona się dłuży, wszystko jest nowe. Kiedy jedzie się nią po raz dziesiąty, dystans się skraca, już wszystko znamy i czas zdaje się kurczyć. Droga to nasz świat. Też dlatego dzieciństwo, które trwa przecież tak krótko, wydaje się po latach rozległe jak inna planeta, tam wszystko było nowe i fascynujące.

Wiem o tym, stojąc na rynku w Ostrowie Wielkopolskim, a jednak jestem zdumiony, że minęło już 15 lat. Pisałem wtedy stały felieton do paryskiej „Kultury”, ostatni rok życia pisma i Redaktora; cytuję ten fragment z kartki już pożółkłej.

„Na ładnym starym rynku, obok ratusza, gdzie za chwilę ma odbyć się spotkanie ze mną. Nie byłoby mnie tu, gdyby nie »Kultura«. B., dyrektor muzeum, które mieści się w pięknym ratuszu, który stoi na środku rynku, jest nałogowym czytelnikiem miesięcznika, wpadł w ten nałóg na początku lat 80., podczas studiów. Kiedy mówię, że jest zapewne jedynym czytelnikiem tego pisma w tym 70-tysięcznym mieście, zawieszonym między Kaliszem a Lesznem, protestuje, »Kulturę« czyta jeszcze dziewczyna, która pracuje u niego w muzeum. Witają mnie więc jak starego znajomego. Zapominam, jak wiele o sobie piszę, więc jestem nieco zmieszany, gdy nazajutrz, kiedy już się żegnamy, pyta delikatnie i nieśmiało, czy marynarka, którą właśnie wkładam, to ta kupiona we Wrocławiu”.

Widzę, że już wtedy pisałem o sobie stanowczo za wiele. Stoję teraz przed tym samym ratuszem, ale rynek o ileż bardziej zadbany, w tę piątkową noc kawiarnie i restauracje pulsują życiem. Miasto i okolice robią wrażenie dostatnich. Witold Banach nadal jest szefem muzeum, ja chyba nadal jestem sobą. Nie każdemu to się udało. Podczas wielkiej transformacji wielu ludzi dokonało na sobie małych czy małostkowych transformacji.

Rozmawiamy, ile dobrego stało się w tym czasie, ile złego. I że coraz nas mniej, ludzi, dla których kultura była i jest punktem odniesienia. Poprzedniego dnia spotkanie w ostrowskiej bibliotece, wcześniej w pobliskim Pleszewie.

Mała przygoda w postaci podróży z Poznania pociągiem Przewozy Regionalne. Tak zapchany, że stałem na jednej nodze, a bagaż opierał się o drzwi wagonu. Gdy się otwierały, co robiły często, ponieważ pociąg nie darował żadnej stacji, walizka próbowała wypaść na peron, a ja w ślad za nią. Jedną rękę miałem zajętą, trzymałem w niej otwarty tom świeżo wydanego „Pamiętnika” Władysława Broniewskiego (nareszcie pełne wydanie). Nauczyłem się, jak widać, walczyć o słowo i ze słowem w każdych warunkach. Bardzo ciekawe te dzienniki. Lata 1919-1921, pisane na linii frontu tamtej wojny. Odpowiednik dzienników Babla z roku 1920, tylko on był po drugiej stronie cienkiej czerwonej linii ruchomego frontu, jeszcze lepszy jako reporter, ale to był mistrz świata.

Uderza wojskowa odwaga Broniewskiego i jak bardzo zasłużył na Virtuti, na cztery Krzyże Walecznych. Czy spotkał gdzieś mojego dziadka Wilhelma, też w Legionach (ma wtedy rok mniej niż poeta, więc 16)? I też za kampanię roku 1920 dostaje Virtuti i krzyże. Czy któryś z nich strzelał do Babla?

Wielki rosyjski pisarz zostanie zamordowany przez Stalina, za myślenie jak w tych dziennikach. Broniewski o włos straciłby głowę w sowieckim Lwowie w roku 1940. Poznał więc zbrodniczą stronę stalinizmu. Jak mógł potem wielbić Stalina wierszami? Zadręczano nas jego poezją na szkolnych akademiach, teraz dopiero widzę, że była wybitna.

Ktoś powiedział: „Co za system, że potrafił zgnoić nawet tak szlachetnego człowieka jak Broniewski?”. A może bardziej alkohol? W dziennikach widzimy, jak poeta wpada w nałóg, o czym sam nie wie. I już są zarodki artystycznego narcyzmu, a to też groźna choroba. Mając lat niewiele więcej niż 20, notując niemal w siodle, widzi przenikliwie. „Jutro zbledną, zmaleją socjalizm, komunizm i ludzkość stworzy sobie nowych Chrystusów i zawsze będą ją za nos wodzić i jacyś nadludzie prowadzić”. Potem: „Znikną idee dziś ludzkość porywające – to, w imię czego dziś się ginie, stanie się jutro śmieszną, niewartą wspomnienia przeszłością”. I celnie: „Jak się okazuje, wszelki fanatyzm prowadzi do zbydlęcenia. Wolnym więc może być tylko człowiek samotny”.

W końcu Pleszew, mogę już wypaść z walizką na peron. Im mniejsza miejscowość, tym większa i lepsza publiczność na spotkaniu. W miasteczku wszędzie znaki czasu. Mały handel już niemal zjedzony przez markety. W bibliotece na pięć lat zapisy na „50 twarzy Greya” EL James (tam ruja i porubstwo). W Ostrowie świetna knajpka z sushi, kelnerka w wdziękiem i z grzywką zachowuje się jak Japonka. Przy sąsiednim stoliku młoda nauczycielka mówi do znajomego z rozbawieniem: „W szkole małe dzieci tańczyły do angielskiej piosenki, w której powtarzał się refren: »International oral sex«”. Duch czasu uparł się być liberalny, też na naszej prowincji, która przestaje być prowincjonalna.

 

Poprzednie felietony na www.przeglad-tygodnik.pl

Wydanie: 14/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy