Święto (bez)pracy

Święto (bez)pracy

Jeszcze jest w kalendarzu. Oznaczone na czerwono. Jak każde legalne i oficjalne święto państwowe. Święto Pracy. Dla młodych to prehistoria i egzotyka. Dla prawicy – komunistyczny skansen, pozostałość po minionym systemie. A dla tej części lewicy, która wyprowadziła sztandar i zamieniła czerwień na delikatny róż, 1 Maja to kłopot. Wypada coś zrobić. Ale co? Garstka ludzi na pochodzie to tylko oznaka słabości. A tych kilka dni wolnego bardziej zachęca do wyjazdu niż do manifestacji. Coś więc będzie, ale raczej z poczucia obowiązku niż z porywu serca. Najbardziej zadowolony z tego będzie rząd, dla którego już sama nazwa święta to wyzwanie. Piąty rok sprawowania władzy, a na rynku pracy tragedia. Ponad 2 mln dorosłych Polaków nie ma pracy. Byłoby ich dwa razy więcej, gdyby nie wentyl emigracyjny. Wielka emigracja na razie skutecznie rozładowuje napięcia w Polsce, bo zasilając budżety rodzin w kraju, pozwala im jakoś przeżyć.

Porównanie polskich płac z unijnymi wygląda przygnębiająco. Jesteśmy w Unii wystarczająco długo, by zobaczyć, jak bardzo rozjechały się zarobki beneficjentów, czyli kadry zarządzającej, w porównaniu z płacą minimalną. Gdy zarobki menedżerów są już porównywalne z unijnymi, a bankowców nawet wyższe, to płaca minimalna, czyli ok. 350 euro miesięcznie, bardzo odstaje nawet od średniaków europejskich, gdzie jest trzy-cztery razy wyższa. A należy pamiętać, że z tych pensji trzeba jeszcze utrzymać rodzinę. I że wielu pracujących jest w ogóle poza systemem ubezpieczeń. Armia zatrudnionych w szarej strefie znalazła się w niej z przymusu. Bo tylko tam jest jakaś praca. Słowo „jakaś” najlepiej oddaje charakter tego zajęcia i wysokość zarobków. Wiedzą o tym wszyscy ludzie władzy i politycy. I na tym się kończy.

Czy zatem są powody do świętowania? Gdyby 1 Maja bezrobotni – ci, którzy wyemigrowali za pracą, i ci, którzy są w szarej strefie – pokazali rządowi pięść, mielibyśmy Mount Everest buntu. Jest ku temu jeszcze jeden powód. Coraz dłuższe nożyce rozwarstwienia zarobków. To zadziwiające, jak bardzo egoistyczna i pazerna jest warstwa najlepiej zarabiających. Amok, w jakim w czasie krótszym niż życie jednego pokolenia chce doskoczyć do najbogatszych i dorównać tym, którzy fortuny budowali przez pokolenia. I udaje im się to, bo Polska dla takich ludzi i ich interesów to cudowny kraj. Ciągle jesteśmy krajem bez reguł. Kto cwańszy, bezczelniejszy i sprawniej manipulujący machiną państwową, ten bogatszy. Żerowanie na majątku państwowym będzie widocznie trwało do ostatniej publicznej złotówki. A żerujący i tak symboliczne podatki będą płacili nie u nas, ale w rajach podatkowych. Bezrobotnym i otrzymującym minimalną płacę pozostanie na majowe święta zjedzenie wyrobu kiełbasopodobnego upieczonego dla bezpieczeństwa na grillu i popicie go czymś piwopodobnym.

A lewica? Krąży. To stan między nostalgią a oportunizmem dnia codziennego. Zamiast projektów zmiany świata, w którym miliony znalazły się na marginesie, mamy wyścig liliputów. O kawałeczek władzy. O poprawę swojego szarego życia. Liliputy polityki chcą przecież dołączyć do tych, którzy stali się bogatsi. Chcą się znaleźć w świecie celebrytów. Pomaganie im w tym jest stratą czasu i energii.

Wydanie: 17-18/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy