Strefa partyjna

Strefa partyjna

Moje receptory są nieco przytępe, gdy chodzi o bodźce idące ze strefy partyjnej. To oczywiste, że partie są użytecznym i niezastąpionym narzędziem demokracji, ale równie oczywiste jest, że powodują wiele zła. Dawid Hume zastanawiał się, kto jest bardziej godny szacunku: wynalazca czy ustawodawca, ale nie miał wątpliwości, że twórcy partii i odłamów zasługują na potępienie i nienawiść. „Partie podkopują ustrój, prawa czynią bezradnymi i rozbudzają najdziksze animozje wśród ludzi tego samego narodu, którzy wzajemnie powinni udzielać sobie wsparcia i ochrony. Tym zaś, co czyni założycieli partii jeszcze wstrętniejszymi, jest trudność, jaką napotykają próby wytępienia tych chwastów, gdy raz zapuszczą korzenie”. Pycha, jaka charakteryzuje partie, pochodzi z ich przekonania, że mają w swoich rękach najpoważniejsze sprawy kraju. W rzeczywistości nie zawsze tak jest. Amerykański system polityczny, wzór dla całego świata, rozważnie wyłącza z rywalizacji partyjnej najdrażliwszą tam kwestię rasową (pamięta się wojnę secesyjną). Nieograniczona wolność dyskusji okazuje się ograniczona, gdy o tę kwestię chodzi. Amerykanie na całym świecie ustanawiają swoje fundacje broniące praw człowieka, gdyby jednak np. Rosjanie próbowali ustanowić u nich fundację w sprawach rasowych, już następnego ranka FBI zrobiłoby z tym porządek. Partie dzielą się na personalne, pochodzące z osobistych animozji, i realne – mówi Hume – to znaczy mające odrębne interesy i poglądy. Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość są partiami personalnymi. Ich członkowie, a zwłaszcza przywódcy, się nie lubią, a mówiąc, że jedni są „solidarni”, a drudzy „liberalni”, jedni „narodowi”, a drudzy „europejscy”, przypisuje się im różnice, których realnie między nimi nie ma. To, co ich różni, pochodzi z cech osobowości. Pisowcy są agresywni, a z platformersami da się wytrzymać.
Sojusz Lewicy Demokratycznej nie jest partią wodzowską, ale utrzymuje się przy życiu dzięki jednemu człowiekowi. Przed powrotem Leszka Millera partia miała w sondażach nieco ponad 2% poparcia, o czym się zapomina. Jak na partię, która unika ostrych, budzących zainteresowanie problemów, 8% poparcia to nie jest zły wynik. Dlaczego partia wyrastająca z tak lub inaczej definiowanej tradycji lewicowej nie zajmuje stanowiska w takich sprawach jak reprywatyzacja, będąca ciągiem oszustw i nadużyć dokonywanych w ogłuszającym hałasie antykomunizmu, tego żaden z politologów nie pokusił się wyjaśnić. Nie chodzi tu tylko o transfer własności państwowej i komunalnej do prywatnych kieszeni. Dziesiątki tysięcy ludzi traci mieszkania, które im państwo zapewniało, a teraz to państwo umywa ręce i kapituluje przed „świętym prawem własności”. Dlaczego z własności nie uczyniono tematu ogólnospołecznej dyskusji? Oczywiście, że po 45 latach eksperymentu kolektywistycznego należało umocnić prawo indywidualnej własności, ale do tego trzeba było uporządkować pojęcia. Straszliwy zamęt myślowy istnieje w tej kwestii. Gdy ludzie widzą, że reprywatyzacja jest nową grabieżą, szacunku do prawa własności nie nabierają. Jerzy Giedroyc jest wielkim autorytetem, ale okazuje się, że tylko wtedy, gdy jego poglądy dogadzają władzy solidarnościowej. Żadnej reprywatyzacji – mówił – tylko tabliczka z nazwiskiem, do kogo to kiedyś należało.
Natychmiast po wyborach samorządowych, nie dając sobie czasu do namysłu, Włodzimierz Cimoszewicz przekonywał w TVN 24, że wynik dla SLD jest katastrofalny, a odpowiedzialność spada na Millera. Mówił to jednak nie z ubolewaniem, jak można by się spodziewać po polityku, którego ta partia wyniosła na najwyższe urzędy, lecz z Schadenfreude. Partia popełniła błędy, Leszek Miller także, jak choćby w sprawie wyborów samorządowych. Nie pojedyncze błędy decydują o losie partii. Obciążać Millera winą za niezadowalający wynik wyborów to tak, jakby winić Włodzimierza Cimoszewicza za to, że w wyborach prezydenckich otrzymał tylko 10% głosów. Przegrał, bo siły były nierówne. Jego przegrana uznana została nawet za sukces, a nie za katastrofę. SLD ma przeciwko sobie nie tylko dwie najsilniejsze partie, ale także panującą ideologię państwową. III RP nie przestaje prowadzić totalnej wojny z PRL. Służą temu szkoła, historia i politologia uniwersytecka, zacieranie prawdy, kto był sojusznikiem, a kto wrogiem w czasie wojny. Przecież czasy Polski Ludowej, której ja osobiście wcale dobrze nie wspominam, zostały gruntownie zafałszowane, ten fałsz jest agresywny, a „nasi okupanci” dodają mu morałowego patosu. Że w tych warunkach bezbronny ideologicznie SLD utrzymuje się na scenie politycznej, jest godne podziwu.
W wypowiedziach Włodzimierza Cimoszewicza przykre jest to, że nie krytykuje SLD argumentami politycznymi, lecz przemawia tonem morałowym i wyższościowym. Jakie to ma podstawy?

Wydanie: 49/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy