Strefa nieważkości

Strefa nieważkości

Na niedużym zgromadzeniu w krakowskiej „Kuźnicy” profesor Aleksander Krawczuk, powszechnie znany historyk dziejów starożytnych i były minister kultury, miał takie oto mniej więcej przemówienie. W swoim czasie Rzymianie zajęli Irak, później musieli się wycofać, dziś nie ma w Iraku ani jednego Rzymianina, o czym tu więc mówić, przejdźmy do spraw polskich. Mamy słuszne powody do niezadowolenia z polityków zasiadających w rządzie i Sejmie, reprezentujących nas za granicą i podobnych. Najwyższy już czas wyciągnąć wnioski z godnego ubolewania stanu rzeczy, zagrażającego nam wszystkim i źle rokującego przyszłości naszego kraju. Złemu można zaradzić tylko przez powołanie do władzy lepszych polityków. Powinni to być ludzie o dowiedzionej uczciwości, pod każdym względem nieposzlakowani, niezamieszani w żadne afery czy niejasne układy. Także ich krewni oraz różni znajomi z czasów szkolnych, studenckich i innych powinni być wolni od wszelkich podejrzeń. Rządzenie trzydziestoośmiomilionowym narodem w epoce globalizacji jest zadaniem niezmiernie trudnym, skomplikowanym, powinni zatem ci politycy być wszechstronnie wykształceni, znać dogłębnie prawo i ekonomię, medycynę i służbę zdrowia, umieć dostrzec zło w każdym konkretnym przypadku i z góry te przypadki przewidywać. Trzeba też od nich wymagać, aby potrafili rozpoznać, gdzie się kończy prawo, a zaczyna luka prawna, i żeby bezzwłocznie wypełniali te luki. Nie możemy też sobie pozwolić na polityków nieznających się na gazie, jego tranzycie, liniach przesyłowych, że wymienię przykładowo kilka z tysiąca problemów szczegółowych, na których dobry polityk powinien się znać. Uczciwie mówiąc, powinien znać się na wszystkim. Do tych kwalifikacji trzeba jeszcze dodać wrażliwość społeczną, pochylanie się nad krzywdą każdej jednostki, a także czujność na łamanie praw człowieka w rozmaitych krajach świata, czy to w Tybecie, czy na Białorusi. Oceniając jakość ustrojów i rządów za granicą, zwłaszcza wschodnią, nie powinien brać za wzór Polski, bo wiadomo, że nasze państwo cechują liczne niedostatki, jak korupcja, masowe bezrobocie, bieda z nędzą czy kompromitująca klasa polityczna, ale stawiać innym najwyższe wymagania, bo tylko w ten sposób można podnieść świat do poziomu nauk Jana Pawła II. Niektórym z państwa – ciągnął profesor Krawczuk – może się wydawać, że idę za daleko w swoich postulatach, bo ludzi, którzy spełnialiby te wszystkie wymagania, nie ma na świecie. Mylicie się. Nie doceniacie możliwości, jakie tkwią w osobach na pozór powierzchownych, na oko biorąc, niemających o niczym pogłębionego sądu i niby to skłonnych do przeinaczania faktów. Nie spodziewacie się, jakie głębie wiedzy i moralności kryją się w przekupce, niezależnie od tego, czy ona stoi przy straganie i wabi klientów, czy siedzi w telewizji i przepytuje ministra obrony narodowej. Mogę wam z miejsca wymienić z imienia i nazwiska kilkanaście osób sławnych w całej Polsce, które na wszystkim się znają, w każdej sprawie mają słuszny sąd, od razu bez zbędnych dowodów potrafią wskazać, kto winien i zrugać go przed całym krajem. Żeby w kraju było dobrze i bezbłędnie – kończył Aleksander Krawczuk – proponuję powołać do rządu Monikę Olejnik, Jacka Żakowskiego, Bronisława Wildsteina, Piotra Najsztuba, potem dokooptuje się innych.

Ani jeden głos sprzeciwu nie podniósł się przeciw propozycjom mówcy. Obecni dopowiedzieli sobie w duchu nazwisko przyszłego prezydenta, już kandydującego zresztą Tomasza Lisa.

***

Coraz trudniej rozróżnić prasę brukową od poważnej, zwłaszcza gdy chodzi o dział komentarzy. Na pierwszej stronie „Tygodnika Powszechnego” komentarz do wizyty prezydenta w Moskwie. Z pewnością zbyt prymitywny w treści i grubiański w tonie, aby mógł się ukazać, na przykład w „Fakcie”. Autor (autorka) nie potrafi paru zdań napisać rzeczowo, bez prześmiewek, na serio. Tylko jedno zdanie w nadtytule jest prostym stwierdzeniem faktu: „Choć jesteśmy w Unii i NATO, Rosja nie traktuje nas serio”. Rzeczywiście po ostatnich ekscesach polityków i podbijających im bębenka mediów trudno zza granicy wschodniej czy zachodniej dostrzec wiele powodów do traktowania Polski serio. To się może zmienić, ale na razie są powody, aby było tak, jak głosi nadtytuł. „Tymczasem w polskich mleczarniach i fermach szaleją lotne brygady rosyjskich inspektorów” – pisze komentator (komentatorka) „Tygodnika Powszechnego”. Te brygady nie wdarły się do Polski na czołgach, można je było zatrzymać na granicy. Ich przybycie ma chyba jakiś związek z tym, że Polska chce coś sprzedać Rosji. Niech sprzedaje komu innemu i rosyjskie brygady przestaną szaleć. „Rozdrażniona Moskwa miota się od ściany do ściany: albo nie zauważa Polski na mapie, albo histerycznie reaguje na każdy drobiazg…”. Wszystko nieprawda. Moskwa nie miota się od ściany do ściany. Polskę na mapie zauważa. Nie reaguje histerycznie na każdy drobiazg. O wizycie prezydenta Kwaśniewskiego czytamy: „Akurat nawinął się drug Aleksandr, więc dostało mu się za wszystko…” i autor wymienia, za co mu się dostało. W rzeczywistości nic mu się nie dostało, za to styl („drug Aleksandr” i podobne), który miał nas rozśmieszyć, przyprawia o mdłości. „Rosja każde słowo krytyki pod swoim adresem odbiera jako atak i natychmiast przystępuje do kontrataku”. Znowu zmyślenie. W Polsce Rosja jest krytykowana, oskarżana, piętnowana itp. przez większość mediów niemal nieustannie, a w Moskwie to lekceważą i tylko bardzo rzadko na to reagują, zresztą w słowach nader oględnych. Są tam bardzo przewrażliwieni na opinie zachodnie – zwłaszcza niemieckie i amerykańskie – ale polskimi się nie przejmują i przeważnie z nich kpią. Jest to bardzo niesymetryczne w stosunku do polskich reakcji na to, co głosi się w Rosji. „Gazeta Wyborcza” (4 września) doniosła: „SdPL żąda interwencji u Rosjan”. Co takiego wyrządził nam Kreml, że partia Marka Borowskiego „domaga się od polskiego MSZ zdecydowanych działań”? Oto wystarczyło, że telewizja ORT nadała dla widzów w krajach bałtyckich film nieprawdziwie przedstawiający pakt Ribbentrop-Mołotow. Do takiej śmieszności politycy rosyjscy rangi Borowskiego by się nie posunęli.
Trzeba rozróżnić trzy odmiany polskiej rusofobii. Jedna wynika z solidarności z moskiewską (przeważnie) inteligencją, nastawioną wrogo do każdej władzy, widzącej w instytucji państwa niebezpieczeństwo, a nie obronę. Ta inteligencja dziedziczy stereotypy postaw po swojej dziewiętnastowiecznej poprzedniczce i tylko inaczej je nazywa. (Z bogatej literatury na temat roli dawnej inteligencji wyróżniam rozdział w książce Richarda Pipesa „Russia under the Old Regime”). Ten rodzaj rusofobii reprezentuje „Gazeta Wyborcza”. Druga odmiana jest narodowo-katolicka, obejmująca również katolicyzm liberalny. Rusofobia katolicka nie wymaga objaśnień, warto może jedynie dodać, że przyczyniła się w pewnym stopniu (może niedużym, ale jednak) do wzbudzenia u prawosławnych Rosjan błędnych podejrzeń, że papież z Krakowa nie był całkiem szczery w swoich inicjatywach wobec Rosji i prawosławia. Słowa Jana Pawła II o dwóch płucach chrześcijaństwa, zachodnim – katolickim i wschodnim – prawosławnym, przez polskich katolików zostały zinterpretowane w ten sposób, że to drugie płuco jest polskie, czyli też katolickie. I mamy wreszcie trzecią odmianę rusofobii, wyrastającą z opisanego przez Dorotę Masłowską poziomu wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną. Cytowany artykuł należy do tej odmiany.

Wydanie: 42/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy