Kadry ponad wszystko

Kadry ponad wszystko

Jak tu być ministrem spraw zagranicznych, kiedy wszyscy, w ministerstwie zwłaszcza, czekają na jego dymisję? I bardziej interesuje ich, kto będzie następcą Waszczykowskiego, niż to, czego minister od nich chce.

Ba! Już nawet jest znane miejsce, gdzie minister W. się uda – to Nowy Jork, siedziba stałego przedstawicielstwa RP przy ONZ. Tam Waszczykowski ma być naszym ambasadorem. A na razie ma w MSZ posprzątać.

Sprzątanie to oczywiście rewolucja kadrowa, która ma być przeprowadzona po przyjęciu ustawy o służbie zagranicznej. No i budowa „nowej dyplomacji”. Pisaliśmy już o tej „budowie” parokrotnie i kolejne ruchy kadrowe ministra to potwierdzają. Zasada jest prosta: ściągnąć kogoś z tytułem naukowym, najlepiej z Krakowa. To na ambasadora. A do pomocy dać mu młodzież – taką, która PiS już kocha albo pokocha. Za awans oczywiście.

Potwierdzeniem tej zasady było niedawne przesłuchanie w Sejmie kandydata na ambasadora w Holandii. To Marcin Czepelak z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, z Katedry Prawa Międzynarodowego Prywatnego. Wszystko się zgadza?

Marcin Czepelak wcześniej nie miał nic wspólnego z dyplomacją. Poza tym, że holenderskie MSZ sponsorowało mu stypendium w Hadze, w Akademii Prawa Międzynarodowego. Jego dorobek naukowy dotyczy prawa międzynarodowego prywatnego. Tytuł habilitacji brzmi: „Autonomia woli w prawie prywatnym międzynarodowym Unii Europejskiej”

Niby więc wszystko dobrze się kojarzy – prawo międzynarodowe, Haga, Unia Europejska – ale tak naprawdę ma to niewiele wspólnego z polityką zagraniczną RP i powinnościami ambasadora. Pan Czepelak, który właśnie zmienia zawód, może o tym nie wiedzieć, ale w MSZ taką świadomość chyba mieć powinni.

Nawiasem mówiąc, budowa nowej dyplomacji przez PiS przypomina początek lat 90., kiedy to Skubiszewski z Geremkiem również ściągali do MSZ ludzi z ośrodków akademickich. Różnie to się skończyło. Były strzały w dziesiątkę, ale chyba więcej porażek. I nie ma co się dziwić – dyplomacja wymaga potężnej wiedzy, doświadczenia, umiejętności rozmawiania, kierowania ludźmi – to wszystko wykształca się latami i nie każdemu jest dany w tej dziedzinie sukces. Cóż, polskim politykom wystarcza, że kandydat jest „swój”, a poza tym umie jeść widelcem, zna język obcy i nadano mu jakiś tytuł naukowy. To ma świadczyć o jego umiejętnościach i klasie. I już od razu można go wysyłać na szefa placówki! Dla nich dyplomata to nie zawód, ale funkcja. Najwyraźniej mierzą innych swoją miarą…

Nawiasem mówiąc, jeśli rozmawiamy o obsadzie stanowisk w dyplomacji – czy ktoś wyobraża sobie, żeby generałem albo kapitanem statku została osoba, która wcześniej nie miała nic wspólnego z wojskiem lub żeglugą?

Spójrzmy jeszcze inaczej – w publicystyce (zwłaszcza prawicowej) wciąż przewija się pogląd, że Rosja dysponuje szczególnie sprawną, bardzo skuteczną dyplomacją. A najwyraźniej nikt z całego naszego grona „patriotów” nie próbował się zastanowić, dlaczego tak jest i jak Rosja swoją dyplomację kształtuje… O próbach kopiowania systemu nawet nie ma co wspominać.

Wydanie: 19/2017

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 10 maja, 2017, 08:08

    Dlaczego nie ma felietonów L. Stommy

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy