Kandydat spod celi

Kandydat spod celi

Były prezydent Lula da Silva ignoruje ustawę i chce startować w wyborach prezydenckich

15 sierpnia w Brazylii oficjalnie rozpoczęła się wielka kampania wyborcza. Już 1 października 147 mln uprawnionych do głosowania mieszkańców tego kraju będzie wybierać prezydenta, dwie trzecie Senatu, całą Izbę Deputowanych i gubernatorów 26 stanów. Jednak wydarzenia ostatnich czterech lat sprawiają, że Brazylijczycy są bardzo rozczarowani klasą polityczną i 60% uprawnionych do głosowania jeszcze nie wie, czy w ogóle pójdzie na wybory.

Walka o ułaskawienie

Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores – PT) jako kandydata w wyborach na prezydenta zgłosiła Lulę da Silvę, który od kwietnia odsiaduje karę 12 lat więzienia za korupcję. Kierownictwo PT zbagatelizowało tym samym ustawę nazywaną Czystą Kartoteką, która zakazuje kandydowania osobom skazanym przez sądy drugiej instancji, jak w przypadku byłego prezydenta. Adwokaci Luli uważają bowiem, że sprawa nie weszła jeszcze na wokandę Sądu Najwyższego, a ten może uniewinnić byłego prezydenta, choć wielu prawników uważa to za niemożliwe. Zdaniem adwokatów Luli zarejestrowanie kandydatury powinno mu gwarantować prowadzenie kampanii. W końcu gdyby Trybunał Wyborczy zajął stanowisko niekorzystne dla niego, miałby jeszcze możliwość odwołania się, a zatem kontynuowania kampanii wyborczej.

Podnoszone przez tłumy hasło „Lula kandydatem” stało się więc rzeczywistością. Celem Luli jest wygranie wyborów. W wypadku zwycięstwa jako prezydent zostałby bowiem ułaskawiony od zarzutów korupcyjnych i zwolniony z więzienia. Nie jest to nierealny scenariusz. Różnica w sondażach przedwyborczych między Lulą (33%) i jego najbliższym przeciwnikiem, ultraprawicowym byłym wojskowym Jairem Bolsonarem (18%) jest olbrzymia.

Dlatego druga strona sporu robi wszystko, aby jak najszybciej zablokować kandydaturę byłego prezydenta. Po pięciu godzinach od zarejestrowania jego nazwiska prokurator generalny wystąpił do Trybunału Wyborczego z wnioskiem o skreślenie Luli z listy wyborczej. Ostateczną decyzję Trybunał Wyborczy musi wydać do 17 września. W przypadku negatywnego stanowiska trybunału Lula w ciągu tygodnia będzie mógł złożyć apelację od tej decyzji. Jeśli Trybunał Wyborczy ponownie nie zmieni zdania, były prezydent będzie miał trzy dni na złożenie odwołania. Gdyby jednak zdecydował się ustąpić i kandydatem PT na prezydenta zostałby Fernando Haddad, w przypadku jego zwycięstwa Lula mógłby liczyć na ułaskawienie. Gdyby Haddad został prezydentem, wiceprezydentem byłaby Manuela D’Ávila z Partii Komunistycznej Brazylii.

Dzień dobry, prezydencie Lula!

Konsekwencją skreślenia Luli z listy kandydatów byłaby ostra reakcja zwolenników byłego prezydenta. Zakaz kandydowania Luli zostanie bowiem przez nich uznany za nowy impeachment. Ukuto nawet slogan: „Wybory bez Luli są oszustwem”, bo ponad 30% wyborców nie mogłoby głosować na swojego kandydata. Z drugiej strony przeciwnicy Luli uważają, że to wybory z Lulą będą oszustwem.

Już samo zgłoszenie kandydatury Luli zostało wykorzystane do zorganizowania Narodowego Marszu o Wolność dla Luli. Dziesiątki tysięcy osób udały się w tym celu do Brasilii, pod gmach Trybunału Wyborczego, w którym kandydatura została wpisana na listę. W czasie wiecu wystąpiły przewodnicząca Partii Pracujących Gleisi Hoffmann i była prezydent Dilma Rousseff.

Cela najsłynniejszego więźnia Brazylii jest zazwyczaj otwarta. Strażnicy zamykają ją tylko na noc. W ciągu dnia Lula przyjmuje w niej adwokatów, senatorów, biskupów i polityków swojej partii. Poniedziałki rezerwuje dla liderów Kościołów. Czwartki przeznacza na wizyty członków rodziny.

Luiz Inácio Lula da Silva pozostaje ciągle najpopularniejszym politykiem ostatnich lat w Brazylii. 15-metrowa cela z prostokątnym stolikiem stała się jego gabinetem na okres pobytu w więzieniu. Jedni doradzają mu, co powinien zrobić, aby uniknąć 12-letniego pobytu za kratkami, drudzy mówią o październikowych wyborach, jeszcze inni odnoszą się do batalii, jaką Lula musi stoczyć z sądami, aby móc prowadzić kampanię z więzienia. Gleisi Hoffmann narzeka, że Lula nie może się spotykać z regionalnymi liderami partii, a tylko odbywać spotkania w celi, wysyłać informacje i przekazywać instrukcje. Kiedy jego rywale jeżdżą po kraju i udzielają wywiadów, on ma zakaz rozmów z dziennikarzami, udzielania wywiadów telewizji, a nawet rozpowszechniania materiałów propagandowych swojej partii. W tej sytuacji PT zaczęła wykorzystywać materiały archiwalne i rozdawać uczestnikom manifestacji maski z podobizną Luli.

Walka o kandydowanie Luli jest tylko pretekstem do mobilizacji wyborców po stronie Partii Pracujących. Każdego ranka przed więzieniem w Kurytybie, gdzie były prezydent odsiaduje karę, zbierają się jego zwolennicy, krzycząc: „Dzień dobry, prezydencie Lula!”. Po południu o wpół do czwartej krzyczą: „Dobry wieczór, prezydencie Lula!”, a wieczorem o wpół do dziewiątej „Dobranoc, prezydencie Lula!”. Te powtarzane trzy razy dziennie okrzyki stały się już rytuałem obozowiska Wolność dla Luli. Od 7 kwietnia, kiedy Lula trafił do celi, przed więzieniem przewijają się grupy Brazylijczyków demonstrujących poparcie dla byłego prezydenta. Byli wśród nich m.in. piosenkarz i kompozytor Chico Buarque de Holanda, znany w Polsce z przeboju „Dziewczyna z Ipanemy”, były prezydent Urugwaju José Mujica i amerykański aktor Danny Glover („Barwy purpury” i „Śmiercionośna broń”). Anonimowi zwolennicy śpiewają też Luli piosenki i informują o wyjazdach i przyjazdach nowych grup w autobusach wynajętych przez PT.

Wybory tylko dla bogatych

O urząd prezydenta Brazylii zamierza walczyć 13 osób – 11 mężczyzn i dwie kobiety. Jair Bolsonaro, były wojskowy o poglądach skrajnie prawicowych, zwolennik stosowania tortur wobec przeciwników politycznych i legalizacji posiadania broni jest często porównywany do prezydenta Filipin Rodriga Duterte. Zamierza na niego głosować 18% ankietowanych. Swoją popularność rozbudowuje głównie w mediach społecznościowych, do których biedni ludzie nie mają dostępu. Podobną taktykę przyjęła Marina Silva, ewangeliczka, która o urząd prezydenta będzie się starać po raz trzeci (według sondaży może liczyć na 10% poparcia). Drugą kobietą startująca w wyścigu do fotela prezydenta jest czarnoskóra Vera Lúcia ze Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Robotników, PSTU, pracownica zakładów obuwniczych. Na poparcie biznesu może liczyć przedstawiciel politycznego centrum, Geraldo Alckmin. Jego słabością jest reprezentowanie establishmentu politycznego, którego Brazylijczycy chcą się pozbyć.

Kandydatem Demokratycznej Partii Pracy (PDT) jest Ciro Gomes, były minister osierocony przez lewicę Luli. Wybrany przez partię Podemos Alvaro Días, były gubernator stanu Paraná, zapowiedział, że stanowisko ministra sprawiedliwości w swoim gabinecie powierzy sędziemu Sergio Moro, który wydał wyrok uwięzienia Luli. Startują też Guilherme Boulos (PSOL), lider Ruchu Pracowników bez Dachu nad Głową; José María Eymael (chrześcijańska demokracja), kandydat w wyborach 1998, 2006, 2010 i 2014 r.; João Amoêdo (Novo); João Goulart Filho (PPL), pisarz, syn prezydenta João Goularta, który w 1964 r. złożył wizytę w Polsce.

W kraju o jednej z największych nierówności społecznych na świecie o wyborze decydować będzie zawartość kieszeni polityka. W 2015 r. została bowiem przyjęta ustawa, która zakazuje przyjmowania dotacji na kampanię wyborczą od firm. Odtąd kandydaci będą mogli liczyć tylko na fundusze, które przyzna im Kongres, proporcjonalnie do liczby deputowanych każdej partii zasiadających w roku wyborów w obu izbach. Do podziału między 35 formacje polityczne są 2 mld reali (454 mln euro). Zdaniem brazylijskich polityków to bardzo mało.

W lutym tego roku Trybunał Wyborczy przyjął jednoznaczne rozwiązanie: każdy kandydat pokrywa koszty swojej kampanii z własnych pieniędzy. W ten sposób wybory stały się z dnia na dzień łatwiejsze dla bogatych. Dziewięć najważniejszych ugrupowań politycznych reprezentowanych w Kongresie zapowiedziało już ustami swoich przywódców koncentrację kampanii na weteranach partyjnych, bo nie będzie to zbyt kosztowne.

Rządząca Partia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (PMDB) zdecydowała się wystawić Henrique Meirellesa, byłego ministra finansów. Jego majątek osobisty jest wyceniany na 59,5 mln euro. W wyborach municypalnych w 2016 r., już pod rygorem obowiązującej ustawy, zwycięzcami najtańszej od dziesięcioleci kampanii, było 23 milionerów wybranych spośród kandydatów w 92 największych miastach kraju.

Młodzi ludzie marzący o karierze politycznej szukają wsparcia finansowego w RenovaBR, organizacji, która zebrane miliony reali postanowiła rozdzielić między 134 Brazylijczyków aspirujących do Kongresu. W ostatnich miesiącach powstało ponad 10 podobnych organizacji wspomagających kandydatów niezależnych. Eduardo Mufarej, który jest założycielem RenovaBR, uważa, że: „Szanse na wygranie są znikome. Ale jest to pierwszy i ważny krok. Nasi kandydaci, to absolwenci uniwersytetów Harvard i Yale, czego jeszcze nie było w zamkniętej polityce brazylijskiej”.

Walka o głosy kobiet

Między kandydatami rozpoczęła się ostra walka o głosy ponad 77 mln kobiet, które stanowią 52,5% elektoratu. Tymczasem według ankiety instytutu Datafolha 41% kobiet nie widzi kandydata, który mógłby je przekonać, 33% zamierza głosować in blanco. Jest to dowodem na marginalne traktowanie kobiet przez polityków od dziesięcioleci. W kraju, w którym stanowią większość, mają minimalny udział we władzach. W Izbie Deputowanych jest ich niewiele ponad 10%. W wymiarze lokalnym na siedmiu radnych przypada tylko jedna kobieta pełniąca tę funkcję. Jedyną kobietą prezydentem kraju była Dilma Rousseff, pozbawiona urzędu w sierpniu 2016 r. Brazylia plasuje się na 154. miejscu wśród 193 krajów Unii Międzyparlamentarnej pod względem obecności kobiet w polityce. Za nią są tylko państwa arabskie i wyspy Polinezji. Kobiety brazylijskie nie czują się częścią systemu politycznego.

W staraniach o głosy kobiet kandydaci proponują im stanowiska wiceprezydentów w swoich gabinetach. Pięciu kandydujących mężczyzn zapowiedziało, że stanowiska wiceprezydentów powierzą kobietom. Zamierzał tak zrobić również Bolsonaro, ale odradziła mu to żona. Jak dotąd problemy kobiet w debacie politycznej prawie nie występują. Bolsonaro pozwolił sobie na zaskakujące stwierdzenie: „Kobietom jest nawet lepiej niż nam, mężczyznom. Niedługo będziemy chcieli mieć ich płace”. I choć trudno się zgodzić z tą opinią w kraju, gdzie tylko w tym roku zamordowano 1133 kobiet, a w całym roku 2017 – 4539, to pozostali uczestnicy debaty nie zareagowali.

Kto przekona większość 147 mln wyborców, ten stanie na czele największej gospodarki Ameryki Łacińskiej (PKB w 2017 r. – 2,5 bln dol.), która dopiero co wyszła z głębokiej recesji. Scena polityczna jest skomplikowana jak nigdy. Klasa polityczna przeżyła niezliczoną ilość procesów sądowych związanych z korupcją (casus Petrobrasu), impeachment Dilmy Rousseff w 2016 r., jej niepopularnego prezydenta Michela Temera z poparciem 5-7%) oraz uwięzienie byłego prezydenta Luli da Silvy (kwiecień 2018).

Przez ten czas kraj był potęgą bez głowy. Niespotykana jest skala przemocy. W 2017 r. w Brazylii zanotowano niemal 64 tys. zabójstw w ciągu roku, ofiar jest więcej niż w Syrii. W fawelach toczą się krwawe potyczki między wojskiem i policją a gangami. 725 tys. osób siedzi w więzieniach (trzecie miejsce w świecie). Maleją wynagrodzenia. Rozczarowanie jest tak duże, że znaczna część społeczeństwa zaczęła marzyć o powrocie dyktatury, jaką Brazylia przeżyła w latach 1964-1984. Bolsonaro nie jest jedynym, który wykorzystuje te sentymenty. A jeżeli Lula nie będzie mógł jednak wystartować w wyborach, to między Bolsonaro a Alckminem dojdzie do ostatecznej rozgrywki. Prawdę mówiąc, do odnowy brazylijskiej sceny politycznej może dojść dopiero w roku 2022.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 35/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy