Katyń i pamięć o jego ofiarach

Katyń i pamięć o jego ofiarach

Uroczystość nadania wyższych stopni żołnierzom, policjantom, KOP-owcom, pomordowanym w Związku Radzieckim w 1940 r., czyli ofiarom Zbrodni Katyńskiej, była huczna. I zapewne kosztowna. Nie wiem, czy żyje jeszcze ktoś spośród żon, braci, sióstr ofiar decyzji stalinowskiej. Być może ks. Peszkowski zamknął księgę tego pokolenia „Rodziny Katyńskiej”. Pozostały natomiast jeszcze dzieci pomordowanych. Ja też jestem jednym z nich. Trudno powiedzieć, ilu nas było na pl. Piłsudskiego. Niektórych można było zauważyć w czasie uroczystości wśród zebranych. Nosili na szyi zdjęcia ludzi w mundurach. Jesteśmy ludźmi w podeszłym wieku. Najmłodszy z nas musiał już przekroczyć 67 lat. Nie wiem, czy znajdzie się wielu takich, którym ten grubo pośmiertny awans przyniósł wielką satysfakcję. Gdyby tak pan prezydent zamiast organizowania publicznego widowiska wykazał się prawdziwym współczuciem – można było sprawdzić, kto z nich żyje w niedostatku i pomóc tym najbiedniejszym. Byłby to gest bardziej ludzki, mniej kosztowny i mniej – zapewne – widoczny, ale niosący prawdziwy ładunek człowieczeństwa.
Start życiowy dzieci, których ojcowie zostali zamordowani w Rosji sowieckiej, był bez wątpienia trudniejszy niż ich rówieśników wychowujących się w pełnych rodzinach. Ale przecież wojna pochłonęła znacznie więcej ofiar i dzieci osierocone przez Mord Katyński stanowiły niewielki procent sierot powojennych. Ale jeśli ten akt ludobójstwa był skrzętnie ukrywany przez władze PRL, a jest bardzo mocno politycznie wykorzystywany przez władze IV Rzeczypospolitej, to troskliwe zajęcie się grupą najuboższych wśród niewielu już pozostałych przy życiu „sierot katyńskich” byłoby lepszym sposobem uczczenia pamięci ich ojców, niż ten, którego byliśmy świadkami.
A tak na marginesie, w pierwszym dniu uroczystości dostojni uczestnicy układali płonący krzyż. Żołnierze wręczali notablom zapalone znicze, które ci – pod czujnym okiem kamer telewizyjnych – ustawiali na środku placu. Wszystko odbywało się zgodnie ze scenariuszem imprezy, gdy nagły powiew wiatru zgasił kaganek w ręku Lecha Kaczyńskiego. Czyżby można podejrzewać, że duchy ofiar nie zaakceptowały sposobu uczczenia ich pamięci i jego pomysłodawcy?
Jerzy Wołk-Łaniewski
syn majora-lekarza Macieja Wołk-Łaniewskiego, jeńca obozu w Starobielsku

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy