Kiedy mówi prawdę

Kiedy mówi prawdę

Łukasz Szumowski – minister zdrowia czy propagandy

Obecnie groźniejszy niż koronawirus jest dla Polaków wirus grypy. Jesteśmy przygotowani na diagnostykę, opiekę i leczenie pacjentów. Sam fakt pojawienia się wirusa nie będzie ani katastrofą, ani tragedią, ani czymś nadzwyczajnym – mówił pod koniec stycznia minister zdrowia Łukasz Szumowski, gdy z Chin płynęły już bardzo niepokojące wieści.

I była to pierwsza koronawirusowa ściema, którą uraczył nas szef resortu zdrowia. Jak się potem okazało, niejedyna.

Ściema nr 1: Gotowi

Wojciech Konieczny, senator Lewicy, wiceprzewodniczący senackiej Komisji Zdrowia: – W styczniu dowiedzieliśmy się, że epidemia może nam zagrażać. 4 lutego odbyło się więc posiedzenie senackiej Komisji Zdrowia poświęcone koronawirusowi. Było widać duży spokój, wręcz uśpienie, zarówno ze strony Narodowego Funduszu Zdrowia, jak i Głównego Inspektoratu Sanitarnego czy Ministerstwa Zdrowia. Powtarzano, że epidemia jest daleko, nie wiadomo, czy do nas przyjdzie, ale w razie czego sanepid jest gotowy. Ze strony ministerstwa słyszeliśmy zapewnienia, że dysponujemy odpowiednią liczbą miejsc i respiratorów w szpitalach. Przedstawicielowi NFZ zadałem też pytanie, czy zamierza finansowo wspomóc służbę zdrowia, żeby przygotować się do ewentualnej epidemii. Odpowiedział, że NFZ dysponuje rezerwą finansową, która w razie czego będzie uruchamiana, i nie potrzeba żadnych dodatkowych pieniędzy. Dopiero po czasie było widoczne, jak bardzo zlekceważono zagrożenie.

Mimo wszystko zaufanie do głównodowodzącego w walce z epidemią wzrosło. W połowie marca ponad 41% badanych (w sondażu przeprowadzonym na zlecenie portalu Onet.pl) raczej ufało lub zdecydowanie ufało ministrowi. Zapewne przyczynił się do tego nie tylko zmęczony wygląd polityka (jak sugerowali niektórzy), ale też, powiedzmy uczciwie, wpływ miała rozsądna, szybka decyzja o powszechnym tzw. lockdownie. Za nią należy szefa resortu
zdrowia pochwalić.

Początek epidemii to moment, kiedy pracę ministra Szumowskiego doceniała nawet opozycja. – Odnosiłem wtedy wrażenie, wynikające z rozmów prowadzonych w sposób partnerski na posiedzeniach komisji, że minister i wiceministrowie naprawdę działają na rzecz ochrony zdrowia, jedynie wiceminister Waldemar Kraska jest tu bardziej politykiem – mówi Zdzisław Wolski, poseł Lewicy, członek sejmowej Komisji Zdrowia, lekarz POZ. – Zarówno minister Szumowski, jak i inni jego zastępcy działali w jednym szeregu z opozycją, starając się o właściwe przygotowanie do nadchodzącej epidemii. W tej fazie był sprawnie działającym ministrem – oczywiście na ile mógł działać, bo zarządzał zaniedbywaną od lat służbą zdrowia w fatalnym stanie, w dodatku przy niewielkim wsparciu ze strony rządu. Ale to było kiedyś.

Potem wizerunek dzielnego ministra zepsuła cała lista półprawd, przykładów owijania w bawełnę i wreszcie zwykłych kłamstw, które słyszeliśmy z ust Łukasza Szumowskiego w ostatnich tygodniach.

Ściema numer 2: Każdy szpital może uzupełnić zapasy

Luty. Minister Szumowski mówił wtedy tak: – Każdy szpital ma obowiązek, zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, takie środki (ochrony osobistej, czyli maseczki, gogle, kombinezony dla personelu medycznego – przyp. red.) posiadać. Ale oczywiście my uruchamiamy Agencję Rezerw Materiałowych i każdy szpital, gdzie jest oddział zakaźny, w pierwszej kolejności może swoje zapasy uzupełnić. Oczywiście z pewnym nadmiarem, bo znowu chcemy być zabezpieczeni na wypadek zwiększonego zapotrzebowania.

Jednak ARM nie przygotowała się na zwiększone zapotrzebowanie na środki ochrony (przemilczmy litościwie głośną sprawę sprzedaży masek, ponieważ, jak potem tłumaczono, sprzedano sprzęt wymagający kosztownego przeglądu). Stanowiskiem za to, jak wiadomo, zapłacił szef ARM. Dlaczego? – Zbyt trzymał się procedur, które były normalne w czasach, kiedy wszystko działało w sposób normalny – mówił w Radiu ZET Jacek Sasin, minister aktywów państwowych, któremu podlegała wówczas ARM.

Tyle że ARM nie jest w ogóle jednostką decyzyjną w sprawach zdrowia publicznego, lecz „wykonuje decyzje ministra właściwego do spraw energii”. Jak nieoficjalnie mówi mi urzędnik resortu, któremu podlegała ARM, „to jest agencja od rezerw ropy i gazu, skąd ci ludzie mieli wiedzieć cokolwiek o jakiejś epidemii?”.

Senator Wojciech Konieczny: – W marcu epidemia do nas dotarła. Na moje pytanie, kiedy będą sprzęt i środki ochrony osobistej – bo ten problem już wtedy był zgłaszany przez dyrektorów szpitali – wiceminister zdrowia, senator Kraska, odpowiedział, że skoro co roku są epidemie grypy, to szpitale powinny być przygotowane zarówno na grypę, jak i na koronawirusa. W ogóle podczas obrad Senatu słyszeliśmy cały szereg tego typu odpowiedzi. Szpitale miały same sobie radzić. Mówiliśmy, że epidemia jest coraz bliżej i trzeba się lepiej przygotować, mieć dużo większą liczbę laboratoriów czy testów. Senatorowie PiS byli w tej kwestii bierni.

Zdzisław Wolski relacjonuje, jak wyglądało to w sejmowej Komisji Zdrowia: – To, że przygotowanie do nadchodzącej epidemii jest wyraźnie spóźnione, wyszło na jaw, gdy okazało się, że nie ma żadnych zabezpieczeń, jeśli chodzi o środki ochrony osobistej. Minister przekazywał nam więc wcześniej nieprawdziwe informacje o tym, że placówki służby zdrowia, przede wszystkim szpitale, mają ich właściwą ilość.

Podczas jednej z konferencji prasowych minister Szumowski bronił się, że środków ochrony brakuje, bo nie zadbali o nie dyrektorzy szpitali.

Rafał Hołubicki, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej: – Jak szpitale miały je kupić na zapas, skoro dostają pieniądze co miesiąc i nie stać ich, by robić zapasy? Jeżeli rząd nie przewidział epidemii, to jak miały to zrobić szpitale? W dodatku dostawy w pewnym momencie były przeznaczone tylko dla jednoimiennych, leczących COVID-19, więc jak inne szpitale miały się zabezpieczyć, zwłaszcza że ceny poszły horrendalnie w górę? Teraz są zwiększane transporty środków z ARM, również dla innych placówek, ale wciąż słyszymy, że zdarza się, że paczka rękawiczek idzie na np. osiem oddziałów. Co to są więc za zapasy? Większość praktyk lekarskich, np. stomatologów, musiała zamknąć gabinety. Chcemy też zaapelować o zamrożenie cen, bo niby jest zapis w ustawie, który miał to umożliwić, ale nie korzysta się z niego. Szpitale zakaźne są teraz całkiem dobrze zaopatrywane, martwimy się jednak o inne placówki – co będzie się działo, jeśli środków dla nich wciąż będzie brakować?

Ściema numer 3: Wina WHO

Minister Szumowski bynajmniej nie ma wyrzutów sumienia z powodu zaniedbania kwestii środków ochronnych (bo jak inaczej określić to, że ministerstwo nie sprawdziło nawet stanu zapasów w ARM?). W rozmowie z Radiem ZET w połowie marca tłumaczył się, że to Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przespała epidemię, a jej komunikaty były zbyt uspokajające. Za takie właśnie uznał słowa szefa WHO, który ocenił ryzyko wystąpienia globalnego zagrożenia jako wysokie.

Ściema numer 4: Informacja i transport do szpitala

– Dla Polaków wracających z zagranicy przygotowaliśmy komunikaty SMS-owe, w których przekażemy odpowiedni zasób informacji, co mają robić w razie niepokojących objawów – to akurat słowa premiera Morawieckiego, który towarzyszył Szumowskiemu na jednej z wielu konferencji prasowych. Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michał Dworczyk, dodał, że na wszystkich lotniskach pasażerowie mają mierzoną temperaturę.

– Oczywiście później służby sanitarne – jeżeli istnieje podejrzenie i podwyższona temperatura – prowadzą badanie lekarskie takiej osoby. Jeżeli ma wysokie ryzyko zarażenia koronawirusem, jest odwożona do najbliższego oddziału zakaźnego – to już słowa ministra Szumowskiego. Nieprawdziwe.

– Na lotniskach nie było żadnych procedur zabezpieczających. Gdy wracałam, rząd chwalił się także, że każdy przyjeżdżający z zagranicy dostał SMS-em powiadomienie, by zgłaszać się do sanepidów. Niczego nie dostałam – opowiada Dagmara, która wracała z Hiszpanii na początku marca. To samo słyszę od Agnieszki wracającej z Madrytu. Obie same wyznaczyły sobie kwarantannę, ale na lotnisku nie widziały nikogo z termometrem, nikt ich nie zatrzymał, mimo że w tamtym czasie epidemia w Hiszpanii rozkręcała się na dobre.

Przy okazji rozmowy z Dagmarą wypłynął kolejny przykład tego, że minister Szumowski wyrzuca z siebie gładkie zdania, które ładnie brzmią w telewizji, ale nie mają pokrycia. Dagmara, która w końcu zachorowała, wbrew zapewnieniom ministra nie została odwieziona do najbliższego oddziału zakaźnego (od początku powinno być jasne, że to nierealne), ale sama musiała tam dotrzeć po wielokrotnych bezskutecznych próbach uzyskania pomocy w sanepidzie. Kontakt z sanepidem i otrzymanie jakiejkolwiek informacji były ogromnym i powszechnym problemem.

– Do szpitala musieliśmy dotrzeć własnym transportem – mówi Tomek, chory na COVID-19. – Byliśmy wtedy osobami „z kontaktu” z osobami zarażonymi, mimo to nie odizolowano nas, a wręcz dano przyzwolenie na poruszanie się w mieście, gdyż wymazobus – jak go nazwano – dotarłby do nas dopiero po tygodniu. Wyniki testu otrzymałem po 32 godzinach, tak samo mama mojej dziewczyny. Jej wyniki zaginęły i odnalazły się następnego dnia, ale dopiero po naszej interwencji telefonicznej.

Ściema numer 5: E-porady i e-zwolnienia – bułka z masłem!

W początkach marca minister zdrowia zapowiadał również, że NFZ będzie zalecał lekarzom rodzinnym kontakt z ewentualnymi zakażonymi koronawirusem poprzez telediagnostykę. W TVP Info dodał, że po telekonsultacji możliwe będzie wystawienie zwolnienia. Zapewnił, że działa infolinia NFZ.

Rzeczywistość funkcjonowania infolinii NFZ i teleporad opisywałam już przed paroma tygodniami. Skalę chaosu systemu pokazuje jeszcze jeden fragment mojej rozmowy z Tomkiem: – W sprawie przedłużenia L4 (Tomek dostał je wcześniej, przed zrobieniem testu, ale skończyło się ono w trakcie kwarantanny) sanepid odesłał mnie do lekarza rodzinnego, lekarz rodzinny po kontakcie z sanepidem powiedział, że nie może wystawić L4, że robi to sanepid. W wojewódzkiej stacji epidemiologicznej poinformowano mnie, że to jednak lekarz POZ powinien wystawić zwolnienie. Co prawda, może to zrobić sanepid, ale „jak zrobi to lekarz pierwszego kontaktu, będzie najszybciej”. Od 4 kwietnia nie miałem już więc L4, ale nadal musiałem przebywać w izolacji, bo mam wynik dodatni, a poszczególne placówki sanepidu przerzucały się odpowiedzialnością między sobą a lekarzem pierwszego kontaktu. W miasteczku, w którym mieszkamy, ani nasz lokalny sanepid, ani ten w pobliskim większym mieście, ani sanepid województwa śląskiego nie mają w moim odczuciu jasno określonych procedur dla osób z wynikiem dodatnim. Ostatecznie L4 wystawił lekarz POZ. Sam był zdegustowany tym, jak ten system działa, i że nikt nic nie wie. Moja dziewczyna i jej mama (również z dodatnimi wynikami) miały dokładnie te same problemy, co jest zaskakujące, gdyż ten sam oddział sanepidu prowadził wcześniej moją sprawę. Widać, że nie wyciągnięto żadnych wniosków z mojej sytuacji.

Ściema numer 6: Nadzór nad kwarantanną i izolacją domową

Minister Szumowski na jednej z marcowych konferencji: – Wypracowaliśmy mechanizm objęcia opieką osób, które są objęte kwarantanną. Do drzwi każdej osoby objętej kwarantanną zapuka policja, zapyta, czy wszystko w porządku, czy czegoś nie trzeba, ale też potwierdzi, czy osoba objęta kwarantanną jest tam, gdzie powinna być.

Tomek: – Od telefonicznego przekazania wyników przebywamy w izolacji, ale żadne służby – ani policja, ani MOPS – nie mają nas na liście osób przebywających w izolacji czy kwarantannie. Nikt nie przyszedł, by sprawdzić, czy jesteśmy w domu. Oczywiście izolujemy się, bo jesteśmy odpowiedzialni, ale czy wszyscy się stosują do tych zaleceń?

Ściema numer 7: Maseczki niepotrzebne, maseczki potrzebne

Któreś z tych stwierdzeń ministra Szumowskiego musi być nieprawdziwe. W tej sprawie minister wyłożył się więc – jako lekarz – jeszcze bardziej niż w kwestii wirusa takiego-jak-grypa.

Zdzisław Wolski: – Widać, że Ministerstwo Zdrowia wydaje decyzje bez ładu i składu. Najpierw minister Szumowski mówił, że maseczki są do niczego niepotrzebne (luty, RMF FM – przyp. red.), a ostatnio, że mamy je nosić przez rok czy dwa lata.

Czyżby rząd potrzebował specjalnego środka, który pomoże odmrozić gospodarkę, i dlatego maseczki stały się konieczne? Jak wskazuje poseł, przy tak małej liczbie wykonywanych testów nie wiemy, czy już jesteśmy w szczycie zachorowań, czy jeszcze nie. – To ogromne zagrożenie dla gospodarki, bo jeśli nie zainwestujemy w rzetelną ocenę zagrożenia, będziemy musieli gospodarkę mrozić długo – na wszelki wypadek. I to będzie dramat, bo w efekcie kryzysu, który dotknie także ochronę zdrowia, zwiększy się liczba zgonów z powodu innych chorób. A przecież nasze zdrowie publiczne było chore jeszcze przed epidemią – stwierdza Wolski.

Senator Konieczny: – Zadziwiające jest lekceważenie nakazu chodzenia w maseczkach i nagłe wprowadzenie go wtedy, gdy pojawiły się wraz z chińskimi transportami i uruchomiono produkcję w kraju. Jestem zwolennikiem tezy, że wcześniej nie wprowadzono obowiązku noszenia masek, ponieważ ich w Polsce nie było. Zamiast bowiem w lutym wyprodukować i sprowadzić do Polski kilkadziesiąt milionów masek, aby w marcu wszyscy mogli w nich chodzić, zrobiono to dopiero na tak późnym etapie rozwoju epidemii. W dodatku nakaz noszenia wszedł z tygodniowym opóźnieniem, tak jakby zagrożenie miało się dopiero pojawić. Widać wyraźnie, że działania ministerstwa były wymuszone okolicznościami, a nie zaplanowane, wynikające z pomysłu na to, jak walczyć z epidemią. Dowodem jest też zbyt daleko idąca decyzja w sprawie zakazu wejścia do lasu. Nie wiadomo, dlaczego go wprowadzono, a teraz – gdy liczba chorych rośnie – zniesiono. Sądzę, że decyzja o zakazie związana była z tym, że nagle uświadomiono sobie powagę sytuacji i chciano nadrobić zaniedbania nieprzemyślanymi restrykcjami, które okazały się bez sensu.

Także przy okazji masek wychodzi sprawa braku reakcji rządu na spekulacyjne podnoszenie cen. Zwykłe maseczki chirurgiczne, które przed epidemią kosztowały 20 gr, teraz sprzedawano nawet po 5-6 zł.

Ściema numer 8: Mamy wystarczająco dużo testów. Robimy ich 20 tys. na dobę

To pierwsze minister Szumowski deklaruje w drugiej połowie marca, drugie – kilka dni temu.

Jaka jest prawda? Pod względem liczby testów na milion mieszkańców zajmujemy 23. miejsce w Europie (na 27 krajów – dane z portalu EURACTIV.pl). Przez wiele tygodni wleczemy się w ogonie, mimo że, jak mówi Zdzisław Wolski, „od początku było wiadomo, że testów było za mało”.

Ale minister zdrowia… nie wie, dlaczego idzie nam tak beznadziejnie, mimo że epidemia ciągnie się co najmniej dwa miesiące. 21 kwietnia, w Radiu TOK FM, pytany, dlaczego nie wykonuje się deklarowanych 20 tys. testów na dobę, mówił: „Trudno na to pytanie odpowiedzieć”. Tym razem można jednak pochwalić pana ministra za to, że powiedział prawdę i nie zrzucał winy na lekarzy, dyrektorów szpitali, WHO ani cyklistów.

Jak więc w praktyce wygląda testowanie? Dagmara z objawami koronawirusa trafiła na oddział zakaźny jednego ze szpitali w pierwszej połowie marca. – Siedzę w izbie przyjęć z kilkoma osobami, pomieszczenie nie pozwala na duże odległości między nami. Co chwila ktoś przychodzi lub dzwoni, większość jest odsyłana, gdy tylko pada informacja, że od powrotu z zagranicy minęło więcej niż 14 dni. Nie ma pytania, kiedy zaczęły się objawy. Ludzie są odsyłani, nawet gdy wrócili później, mają objawy, ale nie są one pełne ani tak silne jak w wytycznych. To dziesiątki, może nawet setki potencjalnych zarażonych tylko w tym jednym miejscu. Przyjętych do testowania zostaje kilka osób. Takie są procedury.

I te procedury nie zmieniają się w kolejnych tygodniach. Ze słów Tomka, który próbował dodzwonić się do sanepidu pod koniec marca, wynika, że jeszcze wtedy – kwalifikując na test – pytano go o kontakt z osobami z zagranicy lub powrót z zagranicy, choć na tym etapie rozwoju epidemii w Polsce nie miało to już sensu. Czyżby za pomocą nieaktualnych kryteriów pozbywano się nadmiaru „chętnych”?

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja w drugiej połowie marca podkreślał w piśmie do głównego inspektora sanitarnego Jarosława Pinkasa, że wytyczne GIS o wykonywaniu testów u osób w stanie zagrożenia życia lub hospitalizowanych z powodu ciężkiej infekcji górnych dróg oddechowych są całkowicie niewystarczające. Apelował o natychmiastowe zmiany w zakresie przeprowadzania diagnostyki.

Rafał Hołubicki: – Otrzymaliśmy kilka zgłoszeń od osób, które mimo skierowania na test nie mogą być przebadane, ponieważ jest ogromna kolejka. Z doniesień medialnych dowiadujemy się, że np. w jednym z miast na Dolnym Śląsku na test czeka ponad tysiąc osób. Problem nie leży więc po stronie lekarzy, którzy rzekomo nie wypisują skierowań. Ale gdzie ten problem rzeczywiście jest? Należałoby zapytać ministerstwo.

Rzecznik NIL przyznaje, że ostatnio przepustowość laboratoriów rzeczywiście się zwiększyła: – Według deklaracji MZ wynosi 20 tys. testów na dobę. Tyle że jednego dnia zrobiono ich maksymalnie ponad 14 tys., w pozostałe dni średnio 11 tys. – to oficjalne dane podawane przez MZ – więc wciąż relatywnie mało. Skąd problem? Wiemy np., że nie ma dostępu do tzw. wymazówek, którymi pobiera się materiał do badań. W efekcie pozostajemy na szarym końcu w europejskich statystykach i bardzo wiele osób na kwarantannie czeka w kolejce. Ciągle mamy więc do czynienia z organizacyjną niewydolnością i chaosem informacyjnym w tej kwestii.

Ściema numer 9: Medycy mogą się testować, kiedy chcą, a nie tylko raz w tygodniu

To już aktualny cytat, z 20 kwietnia, gdy minister Szumowski wypowiadał się dla radiowej Trójki. Wcześniej sam głosował w Sejmie przeciwko senackiej poprawce w sprawie cotygodniowych testów dla lekarzy.

Wygląda na to, że pan minister narobił niezłego bałaganu. Publicznie powiedział coś, co brzmi znakomicie, ale też nie jest prawdą. A przynajmniej jeszcze nie jest.

O co chodzi? Deklaracja ministerstwa to odpowiedź na skargi lekarzy, którzy nie mogą swobodnie wydawać skierowań na testy na koronawirusa. Tymczasem powszechne, systematyczne testowanie personelu medycznego to teraz priorytet i podstawa bezpieczeństwa pacjentów, bo, jak mówi Rafał Hołubicki, wiadomo, że 70-80% zakażonych nie ma objawów – i są wśród nich lekarze i pacjenci przyjmowani na różne oddziały. Oficjalne wytyczne GIS wciąż jednak pozwalają na testy tylko wtedy, gdy ktoś ma objawy COVID-19 lub kontaktował się z chorym. Lekarze muszą więc konsultować się z GIS lub lekarzami ze szpitali czy oddziałów zakaźnych. To dla nich ogromne utrudnienie.

23 kwietnia, trzy dni po radiowej wypowiedzi ministra, pytam Rafała Hołubickiego, czy resort wydał w tej sprawie jakiś oficjalny komunikat. – Nie, nic nie ma – odpowiada rzecznik NIL. – Apelowaliśmy o dostęp do testów dla lekarzy, słaliśmy pisma. Z GIS dostaliśmy informację, że… przekazał nasze zapytanie do ministerstwa. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że resort zdrowia nad tymi wytycznymi zaczął pracować. Poza tym, co powiedział minister w radiu, nie mamy żadnych oficjalnych wiadomości. Mówimy więc teraz lekarzom – bazując na deklaracji pana ministra – by wszystkim robili testy, jeśli mają jakiekolwiek podejrzenie zakażenia, poza wytycznymi GIS, które i tak są już nieaktualne.

Nie wiadomo także, co z lekarzami i personelem POZ. Zdzisław Wolski: – Część pacjentów muszę obejrzeć osobiście, bo nie zawsze da się postawić diagnozę przez telefon. U nas, w Częstochowie, nie ma żadnych realnych możliwości zrobienia szybkiego testu. Laboratoria się zatykają. Co więcej, aby oddział sanepidu wydał dyspozycję, by testy wykonano, musi coś się wydarzyć w placówce, inaczej jej nie dostaniemy, bo jako lekarze musimy udowodnić kontakt z chorym itd. Poza tym – kto miałby za te testy zapłacić? Lekarze i pielęgniarki ze swoich pieniędzy? Nie mamy zakontraktowanych środków na zakup testów dla personelu. Dlatego my, jako Lewica, próbowaliśmy wprowadzić możliwość zrobienia testów personelowi medycznemu chociaż raz na tydzień. Nie ma tego nadal. Wiem, że niektóre samorządy fundują już obwoźne laboratoria. Ale ministerstwo dopiero zastanawia się, czy wykupić taką usługę.

Ściema numer 10: Wybory korespondencyjne są bezpieczne

Zdzisław Wolski: – Mętne wypowiedzi ministra zdrowia i głównego inspektora sanitarnego, że wybory korespondencyjne w maju nie zagrażają naszemu zdrowiu, są wierutnym kłamstwem. Jestem przekonany, że minister Szumowski jako mądry lekarz doskonale wie, że stanowią zagrożenie, ale z powodów politycznych nie mówi tego wprost. W mojej ocenie to również dla niego było dużym dyskomfortem – wybór, czy mówić prawdę zgodnie ze swoją wiedzą i sumieniem, także lekarskim, czy działać na zlecenie polityczne. Niestety, wybrał to drugie.

Pomysł zorganizowania majowych wyborów korespondencyjnych negatywnie oceniło Polskie Towarzystwo Epidemiologiczne. Eksperci wskazali, że proponowana forma zagraża, po pierwsze, członkom komisji wyborczych, po drugie, samym wyborcom – poprzez pakiety wyborcze i brak możliwości ich dezynfekowania.

Panie ministrze, mimo wszystko ciągle nie jest za późno, by powiedzieć prawdę.

Fot. Andrzej Iwańczuk/REPORTER

Wydanie: 18/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy