Kłamstwo i strach to paliwo polityki

Kłamstwo i strach to paliwo polityki

Politycy kłamią, bo są przekonani o swojej moralnej wyższości

Dr Tomasz Witkowski – psycholog, publicysta, autor kilkunastu książek, m.in. „Psychologia kłamstwa. Motywy, strategie, narzędzia”. Współpracuje na stałe z „Research Digest” publikowanym przez British Psychological Society. Założyciel Klubu Sceptyków Polskich.

Wyobraźmy sobie, że jestem dobrze zapowiadającym się politykiem i właśnie panu obiecuję bon 2000+ na wakacje. Uwierzy mi pan?
– Nie.

Co powinnam powiedzieć, jaka powinnam być, żeby mi pan uwierzył?
– Powinna pani być kimś, kto poprzednio składał obietnice i je realizował.

Ale jestem politykiem początkującym, wcześniej nieznanym.
– Może niekoniecznie ja, ale inni ludzie mogą pani uwierzyć, gdy wszyscy politycy zawiedli ich zaufanie. Wtedy chwytają się niepewnego zawodnika. Jak kiedyś kandydata na prezydenta Stana Tymińskiego, człowieka znikąd.

Pan by mi nie uwierzył, więc kto by uwierzył? Prości ludzie? Mam obiecać im coś więcej?
– Uwierzy ten, kogo odpowiednio się przestraszy, kto się boi, a te obietnice gwarantują, że nie zrealizuje się czarny scenariusz, który przed nim się rysuje. Już dawno nic mnie tak nie zbulwersowało jak to, że Jarosław Kaczyński w Telewizji Trwam straszył starsze osoby, że polscy liberałowie będą, podobnie do tych z Zachodu, wyłączać urządzenia podtrzymujące życie w szpitalach, straszył śmiercią. Wiele starszych osób nie jest w stanie takich informacji sprawdzić zarówno ze względu na swoje kompetencje intelektualne, jak i z braku kompetencji cyfrowych, często też nie potrafią czytać po angielsku. Następnego dnia kandydat na prezydenta Andrzej Duda zapewniał, że zrobi wszystko, żeby kultury liberalnej nie dopuścić do władzy, że nigdy nie zgodzi się na eutanazję.

Właściwie każda kampania jest spektaklem, w którym wszyscy bierzemy udział, a w jego trakcie wciska nam się kit, straszy nas, czy nam się to podoba, czy nie. Wedle tego, co pan mówi o Kaczyńskim, spektakl jest świetnie wyreżyserowany.
– Czy on jest świetnie wyreżyserowany? Nie wiem, czy Jarosław Kaczyński, mówiąc to wszystko, wiedział, że kłamie. Bo z kłamstwem mamy do czynienia wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że mówimy nieprawdę, że świadomie wprowadzamy w błąd drugą stronę.

Chce pan powiedzieć, że Kaczyński wierzy w to, co mówi?
– Nie mam pojęcia. Ale wiem, że nie używa internetu, z przyczyn emocjonalnych nie czyta myślicieli mających inne zdanie niż on. Być może zatem wierzy w takie bzdury, że ludzie z Holandii uciekają do Polski przed przymusową eutanazją. Tak jak nie wiem, czy w latach 30. XX w. Hitler wierzył, że to Żydzi są winni kryzysu ekonomicznego, czy świetnie reżyserował spektakl. Przeciętny odbiorca nie jest w stanie stwierdzić, czy Kaczyński wierzy w to, co mówi, czy to tylko spektakl wyreżyserowany przez cynicznych specjalistów od public relations. Na pewno ewidentnie paranoidalna osobowość Kaczyńskiego dopasowała się świetnie do garnituru lęków charakterystycznego dla wielu ludzi w tym kraju.

Ale też chyba nasi politycy pewne zjawiska szalenie upraszczają. Zamiast np. wytłumaczyć, jak działa mechanizm skomplikowanych procesów międzynarodowych, mówią: Unia Europejska nas gniecie.
– Tego typu przekazy są adresowane do konkretnej masy wyborczej. I tu nie chodzi o wykształcenie, bo nawet ludzie po studiach wcale nie garną się do poszukiwania informacji, nie myślą krytycznie, nie starają się weryfikować źródeł. Pewien rodzaj lenistwa intelektualnego jest charakterystyczny dla człowieka jako gatunku. Kiedyś przeprowadzono eksperyment, podczas którego próbowano odpowiedzieć na pytanie, czy myślenie boli. Okazuje się, że tak. Rozwiązywanie trudnego zadania matematycznego dawało mniej więcej taki obraz fal EEG jak wtedy, gdy badany wkładał ręce w strumień lodowatej wody. Dlatego, unikając wysiłku myślenia, często podążamy za autorytetami. Dokonujemy bardzo szybkich ocen i w sytuacji wyborczej, jaka była ostatnio, większość ludzi podjęła decyzję wyboru mniejszego zła. To są zręby racjonalności, wolimy poprzestawać na uogólnieniach, kupujemy je łatwo, przyjmujemy za dobrą monetę, jeżeli z grubsza pasują do naszego obrazu rzeczywistości. Sami jesteśmy krytyczni wobec UE, a ten człowiek mówi, że ona nas gniecie, pewnie wie coś więcej niż my, więc ma rację. Uzupełniamy sobie w ten sposób swoje hipotezy albo raczej je potwierdzamy. Aktywnie szukamy w otoczeniu informacji potwierdzających nasze informacje.

Szukamy potwierdzenia, tworzymy bańki informacyjne, szczególnie poprzez media społecznościowe, a te są doskonałym środkiem dla populistów spod znaku Donalda Trumpa, który na Twitterze wyprawia harce.
– Tak, populiści w internecie czują się dobrze. Internet to szczytowe osiągnięcie demokracji – tutaj każdy może publikować i każdy może znaleźć odbiorców. Ale baniek informacyjnych tak bardzo bym nie demonizował. Że to niby Facebook ogranicza nam dopływ informacji. Pamiętam czasy, kiedy w naszych domach zaczynały się pojawiać telewizory. Też wtedy żyliśmy w bańkach informacyjnych: podwórko, ulica, klasa szkolna. Do drugiej dzielnicy trudno było pójść, bo można było oberwać od chłopaków, więc chronienie baniek informacyjnych było dużo skuteczniejsze. Żeby tę bańkę przebić, trzeba było słuchać po kryjomu, niezbyt głośno Wolnej Europy albo BBC. Bańki były zawsze. Natomiast rzeczywiście kiedyś rzadziej do głosu dochodzili ludzie, którzy nie mieli żadnych kompetencji, a w tej chwili mogą pociągnąć za sobą tłumy.

Dlaczego niepełnosprawna, 78-letnia pani jest tak oszołomiona propagandą TVP, że wpada w rodzaj amoku i mówi przed wyborami: „Ja muszę Polskę ratować”? Musi wsiąść do taksówki, powstrzymać Trzaskowskiego. Bo po polsku nie umie się wypowiedzieć, dlatego gada pięcioma językami, i nawet Warszawą rządzić nie umie. Tak działa pranie mózgu.
– To lęk jest podstawą takich zachowań. Najpierw zbudowano u tej starszej pani poczucie zagrożenia. Sytuacja w Polsce ma znamiona konfliktu nierozwiązywalnego, przypomina wojnę. A wtedy podejmuje się działania propagandowe polegające na demonizowaniu przeciwnika do tego stopnia, że druga strona boi się go. Kiedy hitlerowskie Niemcy zostały pokonane, w niemieckich miejscowościach popełniano masowo samobójstwa ze strachu przed dzikimi ze Wschodu, przed żołnierzami radzieckimi. Oni nie byli gorsi niż inni żołnierze wchodzący na teren, który uznali za zdobyty: odbierali, co uznali za należne, gwałcili, rabowali itp. Ale propaganda niemiecka zrobiła z tych żołnierzy monstra i ludzie woleli zabić się, niż spotkać się z nimi. W Demminie zabiło się jednocześnie około tysiąca ludzi. Wróg nie może mieć ludzkiej twarzy, trzeba zrobić z niego potwora. W polskiej wojnie politycznej, bo tak trzeba nazwać to, co obserwujemy, ta druga strona musi zostać potworem, a potem trzeba zrobić wszystko, żeby ją powstrzymać.

Jak uchronić ludzi takich jak ta starsza pani przed siłą kłamstwa, skoro nawet specjalista ma kłopot, by na podstawie mikroekspresji, mowy ciała odszyfrować, czy polityk kłamie, czy nie?
– Tutaj chyba nie ma złotej recepty. Spójrzmy, co się stało w Wielkiej Brytanii w trakcie referendum brexitowego. Tuż po głosowaniu spotkałem 79-letniego Brytyjczyka, który nie wziął w nim udziału. Pytam, dlaczego. „Bo to byłoby decydowanie o rzeczywistości, w której będą żyły moje dzieci, moje wnuki”. Był jednak odosobniony. Lęk przed czymś spowodował, że starsi ludzie wybrali młodym przyszłość.

Nam wybrali prezydenta.
– Na pewno częściowo zadziałała kiełbasa wyborcza, ale przede wszystkim rozbudzany, coraz silniejszy lęk.

Jakie jest rozwiązanie?
– Cały czas mówię o wykształceniu, ale to praca na pokolenia, nie zrobi się tego za jednym zamachem. Oprócz wykształcenia jest też kwestia zbudowania zaufania, odbudowy takiego stosunku do zawodów zaufania publicznego. W Polsce antyszczepionkowcy oskarżają lekarzy ze szpitala, że uśmiercają pacjentów, podając im morfinę i inne opioidy. Izba lekarska składa wniosek do prokuratury o ściganie autorów tych oskarżeń. I co robi prokuratura? Uznaje, że oskarżenie lekarzy o zabijanie swoich pacjentów nie zagraża interesowi społecznemu. Moja wyobraźnia, jeśli chodzi o możliwości budowania zaufania społecznego, w tym momencie się kończy. Wspomniana wcześniej starsza pani dorastała, kiedy nie zwracano uwagi na zaufanie społeczne. Ale również w ostatnich latach zrobiono wiele, aby podważyć zaufanie do różnych grup zawodowych. Zbigniew Ziobro ścigał i cały czas ściga lekarzy, prawników oskarża się o korupcję. Politycy pogłębiają istniejące podziały. Nie możemy więc winić starszej pani, że wybiera populistów.

Akceptujemy polityka, którego lubimy, nawet wiedząc, że on kłamie, jakoś mu wierzymy.
– To dość oczywiste i banalne. Możemy zrobić prosty eksperyment myślowy. Czy pani okłamuje czasami swoje dziecko?

Jak każdy rodzic, drobne kłamstewko dla dobra dziecka…
– I właśnie mamy gotowy schemat moralnego uzasadniania wykroczeń przeciwko własnym wartościom. Okłamując swoje dziecko, uważa pani, że nie występuje przeciwko niemu, tylko dla jego dobra. Czyli literalnie to nie jest grzech. Prawdopodobnie, gdy dziecko dowiaduje się o tym, ma jakieś pretensje, ale rozumie, że skłamała pani dla jego dobra. To samo robimy ze swoimi rodzicami, bliskimi, jeśli uznajemy, że lepiej skłamać dla ich dobra. Oni to wybaczają, bo traktują to jako działanie dla ich dobra, nawet jeżeli nie do końca z tym się zgadzają. Podobnie jest z politykami. Nawet jeśli ktoś odkryje, bo przeczyta rzetelny artykuł, że na Zachodzie przymusowej eutanazji nie ma, pomyśli: „I tak lepiej, żebym zagłosował na tego polityka, bo zrobił to dla dobra wszystkich”. Wyborca tak sobie uzasadnia kłamstwa polityków.

Oczywiście lubimy tych, którzy są podobni do nas i mają podobne poglądy. Czyli bardziej tych o jasnej karnacji skóry niż o ciemnej itd. Tutaj zahaczamy o niższą tolerancję w stosunku do osób, które inaczej wyglądają, mają inną orientację seksualną, inne poglądy. Gorzej tolerujemy wykroczenia dokonywane przez takie osoby.

Opisany przez pana schemat siedzi w głowie odbiorcy kłamstw, a co siedzi w głowie kłamiącego, np. polityka?
– A co siedzi w pani głowie, kiedy okłamuje pani syna? Chce go pani np. uchronić przed jakimś wrogiem, przed kimś, kto mu źle życzy. Okłamie pani wtedy tego wroga bez wahania. I to jest ten relatywizm moralny. Korzenie odnajdziemy w chrześcijaństwie: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Przez kilkaset lat wojen krzyżowych „niewierni” nie byli naszymi bliźnimi. Podobnie chrześcijanie dla „niewiernych” nie byli bliźnimi. To samo dzieje się na każdej wojnie. Zabić bliźniego swego to popełnić grzech ciężki, ale wróg to nie jest bliźni, to obcy.

No tak, rasista kopie „asfalt”, nie człowieka, armie niszczą wrogie siły nieprzyjaciela, nie zabijają ludzi.
– Tak, przez 2 tys. lat chrześcijaństwa, które ma w Dekalogu „nie zabijaj”, wykonywano z przemyślnym okrucieństwem i bez najmniejszych skrupułów karę śmierci. Umożliwił to św. Tomasz z Akwinu, uznając, że osoba, która zabiła, pozbawiła się godności ludzkiej, więc w jej przypadku przykazanie „nie zabijaj” nie obowiązuje. Godność jest fundamentem etyki, a w konsekwencji również uregulowań prawnych. Jeśli zatem uznajemy, że popełniając jakiś czyn, osoba pozbawiła się godności, stawiamy ją poza jakimkolwiek prawem moralnym.

Gdy tak pana słucham, myślę, że Robert Feldman, profesor psychologii i neuronauki, zastępca rektora Uniwersytetu Massachusetts, miał rację, mówiąc, że „kłamstwo jest smarem interakcji społecznych, pozwala im przesuwać się do przodu”.
– Dopóki żyjemy – komunikujemy, a dopóki komunikujemy, można nas zawsze posądzić o kłamstwo. Nawet jeżeli milczymy, interpretacja tego milczenia nie zawsze musi być poprawna, nie zawsze milczeniem przekazujemy coś, co byśmy chcieli. Można powiedzieć, że przestajemy kłamać w chwili śmierci.

Politycy kłamią, a to od razu przenika do opinii publicznej – przez internet, przez prasę. Ale jeśli dziennikarz skłamie, musi sprostować, polityków zaś nie obowiązuje żaden kodeks etyczny. Premier Morawiecki staje setny raz przed kamerami i, patrząc nam w oczy, setny raz powtarza nieprawdę… Internet przezwał go Mateuszkiem Kłamczuszkiem. No ale podobno kłamstwo setny raz powtórzone staje się prawdą.
– Tak, to jest problem. Bo jeżeli Andrzej Duda obiecał coś przed wyborami i tuż po nich zaczyna się wycofywać, mówiąc, że to były jego życzenia, a nie obietnice, to wykorzystuje słowa do rozmydlania prawdy. Żyjemy w czasach, kiedy językoznawcy uznają wykorzystywanie pleonazmu fakty autentyczne za uzasadnione, bo fakty autentyczne stały się czymś różnym od faktów medialnych. No i mamy robiące karierę określenie postprawda. Świat przestaje być powoli czarno-biały, jednoznaczny, fakty stają się medialne, rzeczywistość staje się wirtualna. Powszechnie dostępne oprogramowanie pozwala dowolnej osobie – czy to Andrzejowi Dudzie, czy Donaldowi Trumpowi – włożyć dowolną wypowiedź w usta, dostosowując do wypowiedzi ich mimikę i artykulację. Takie nagranie udostępnione w internecie staje się faktem medialnym, ale przecież nie jest faktem autentycznym.

Dlaczego więc politycy kłamią?
– Na przykład dlatego, że są przekonani o swojej moralnej wyższości. To powoduje, że przystępują do tego, a nie innego ugrupowania. Prawdopodobnie dopiero za przekonaniem o moralnej wyższości idą kolejne motywy, takie jak cynizm i wyrachowanie.

Kłamstwo jest więc nieodłącznym elementem gry politycznej. John Mearsheimer, ekspert od polityki zagranicznej USA, twierdzi, że politycy kłamią na gruncie narodowym, na międzynarodowym czegoś nie dopowiedzą, coś podkoloryzują, ale starają się nie kłamać.
– Na gruncie międzynarodowym powstrzymuje ich siła, boją się nie tyle kłamstwa, ile konsekwencji kłamstwa. Boją się równie silnych jak oni i silniejszych. Za kłamstwo spotykają ich bardzo poważne konsekwencje, z wydaleniem z danej grupy włącznie. Zrobiłeś nam świństwo, więc nie chcemy cię. Są organizacje, które gwarantują pewną stabilizację. Jest lęk przed tym, co się stanie, jeżeli wypadnie się z tej grupy. Prosty przykład z zupełnie innej beczki: jeśli trafimy w więzieniu do grupy grypsujących, będzie nas obowiązywał pewien kodeks moralny. Drugiego grypsującego nie wolno nam okłamać, okraść itd. Można to zrobić strażnikowi, innemu więźniowi, ale nie grypsującemu, bo spotkają nas poważne konsekwencje z szykanami i wydaleniem z grupy włącznie. Choć… kiedy obserwuje się polskich rządzących, wydaje się, że nie mają żadnych oporów przed wypadnięciem z międzynarodowej gry.

Chyba nawet proszą się o to.
– No właśnie, przykład polskiej polityki zagranicznej nie potwierdzałby tezy Mearsheimera. Może niekoniecznie z powodu kłamstwa proszą się o wykluczenie z gry, ale bezczelnością, absurdalnością posunięć na arenie międzynarodowej już tak. Dziennikarzy obowiązuje prawo prasowe, jeśli je złamią, mogą wylądować w sądzie. Tak samo w polityce międzynarodowej są dość poważne konsekwencje nadużycia zaufania. Afery, w które były zaangażowane różne ekipy rządzące w ostatnich latach, pokazują jednak, że politycy w Polsce mogą bezkarnie nadużywać zaufania wyborców. Owszem, mogę zdecydować, że politycy są kompletnie niegodni zaufania i nie pójdę na wybory, ale co zyskam taką postawą? Pokażę politykom, że liczba osób chodzących na wybory maleje, więc oni przestają się liczyć?

Ostatnie wybory pokazały coś przeciwnego: frekwencja była wysoka.
– Ale została napędzona strachem. Wybory z niską frekwencją odbywały się w czasach stosunkowo spokojnych: była ciepła woda w kranie, prąd, chleb. I wtedy ludzie nie szli na wybory, bo było im wszystko jedno, czy ta, czy tamta partia jest u steru. Ludzie się nie bali, bo wiedzieli, że jest rozwój ekonomiczny, nie ma bezrobocia, jest praca. Że granice są otwarte, żyjemy, bawimy się, pracujemy. Polityka, który kłamie, nie spotkają żadne konsekwencje ze strony wyborców, kiedy decyduje mniejsze zło. One mogłyby być, gdyby polityka kiedykolwiek była budowana na zaufaniu. Niestety, większość naszych wyborów polegała nie na nagradzaniu osób godnych zaufania, lecz na odsuwaniu od władzy tych, których uznawaliśmy za złych.

Jean Baudrillard nazywa to, co robią politycy, uwodzeniem. Uwodzą obywateli poprzez obiecywanie im realizacji pragnień. I to jest chyba jeszcze szkoła Machiavellego.
– Oj, ja bym w stosunku do tego, co robią nasi politycy, na pewno nie użył słowa uwodzenie. To słowo ma kontekst damsko-męski. Zakłada obecność pozytywnych, przyjemnych bodźców. A nasi politycy zastraszają na każdym kroku: a to liberałowie będą odcinać aparaturę podtrzymującą życie, a to homoseksualiści będą nasze dzieci chędożyć. I potem nawet jak ci politycy nic nie zrobią, to jednak dotrzymają obietnicy, że nie będzie eutanazji, małżeństw homoseksualnych albo przynajmniej adopcji dzieci przez te małżeństwa. Tak oto polityk myśli: uratowałem rzeczywistość przed totalną katastrofą. No i co z tego, że nic nie zrobiłem, że gospodarka się załamała? Były przecież ważniejsze rzeczy do zrobienia! Czy to jest uwodzenie? To jest zastraszanie, bliższe zaganianiu bydła do zagrody. Nasi wyborcy gromadzą się nawet nie przy samcu alfa, bo przy najlepszych chęciach trudno tak nazwać prezydenta Dudę, lecz przy reprezentancie opcji, która najpierw rozbudza, a potem redukuje ich lęki.

Wróćmy do Machiavellego.
– Książę Machiavellego wchodzi do księstwa zdobytego, a nie odziedziczonego w wyniku praw dynastii. Zdobytą władzę musi utrwalić i dostosować swoje metody rządzenia do tego, czego lud oczekuje. Jest wyrafinowanym graczem – potrafi poruszać różne struny, doprowadzić do tego, że lud będzie go miłował. A jeśli nie będzie go miłował, to – mówi Machiavelli – niech przynajmniej się boi. To jest druga propozycja, nie pierwsza. W Polsce mamy księstwo dziedziczone, mimo to lud jest rządzony poprzez wzbudzanie nie miłości, tylko lęku. Wielki ukłon dla Machiavellego, wiele nauki powinno płynąć od niego do rodzimych polityków. On proponuje co prawda instrumentalne traktowanie rzeczywistości społecznej, ale mądre. Sugeruje tworzenie dobrego państwa, gdzie miłość jest skutecznym środkiem zdobywania i utrzymywania władzy. Książę, jeśli to możliwe, powinien doprowadzić do tego, żeby lud go umiłował, a nie żeby się go bał lub popierał z obawy przed zagrożeniami.

Cóż, daleko w Polsce do tego…
– Tak, podobnie jak daleko do sytuacji, o której pisał w słynnym traktacie o wojnie Sun Tzu. W jego przekonaniu wygranie wojny oznaczało nie zniszczenie przeciwnika, lecz doprowadzenie do tego, żeby oddziały wroga stanęły pod naszym dowództwem, i przekonanie najechanych narodów, że jest się lepszym władcą, niż był poprzedni. Nie znajduję w historii zbyt wielu tak prymitywnych sytuacji jak obecnie w Polsce.

W kłamaniu wielką rolę odgrywa fatyczna funkcja języka, służąca podtrzymaniu kontaktu. Na ulicy słychać gdakanie na zasadzie: no, tak, tak, ten Trzaskowski taki jest okropny, tak, tak, ten Duda to dopiero! Antropolog Robin Dunbar napisał książkę „Pchły, plotki a ewolucja języka”. Na początku język pełnił w ludzkich grupach funkcję podobną do wzajemnego iskania się małp. Takiego gdakania.
– Polacy są przedstawicielami, jak to określają psycholodzy, kultury narzekania, społeczeństwem o jednym z najniższych wskaźników zaufania w Europie. Jesteśmy nieszczęśliwi, nieufni, naburmuszeni na sąsiadów. Nasze narzekactwo nie jest genetyczne, bo nie ma czegoś takiego jak charakter narodowy. To ponuractwo należałoby przypisać warunkom zewnętrznym i uwarunkowaniom historycznym. Przeciętny Amerykanin zwykle deklaruje samopoczucie lepsze niż przeciętne, co z logicznego punktu widzenia źle brzmi, ale o czymś mówi. To samo badanie zrobione w Polsce pokazuje, że przeciętny Polak zwykle deklaruje samopoczucie gorsze niż przeciętne. Kiedy spotykają się dwaj Amerykanie, na pytanie, co słychać, pada odpowiedź: wszystko świetnie, fantastycznie, a jak spotykają się Polacy, na pytanie, co słychać, odpowiadają: stara bieda, w polityce kiepsko, zdrowie kiepsko, wątroba boli. Wymieniamy informacje negatywne, nie pozytywne. Bogdan Wojciszke przeprowadził kiedyś badania, w których spróbował odpowiedzieć na pytanie, jakie to przynosi rezultaty. Okazuje się, że narzekanie, poza tym, że podtrzymuje relacje, obniża nastrój. Polacy po takiej wymianie zdań rozchodzą się w gorszym nastroju, niż gdy się spotkali.

Fot. Jakub Kamiński/East News

Wydanie: 32/2020

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Józef Brzozowski Żory
    Józef Brzozowski Żory 4 sierpnia, 2020, 12:51

    Takie wywiady jak ten z dr Tomaszem Witkowskim uczące, i wyjaśniające wiele niedopowiedzeń, chciałbym czytać znacznie częściej.

    Mam tylko jedno pytanie dotyczące relatywizmu moralnego. Pan Witkowski mówi, cytuję: „Tak, przez 2 tys. lat chrześcijaństwa, które ma w Dekalogu „nie zabijaj”, wykonywano z przemyślnym okrucieństwem i bez najmniejszych skrupułów karę śmierci. Umożliwił to św. Tomasz z Akwinu, uznając, że osoba, która zabiła, pozbawiła się godności ludzkiej, więc w jej przypadku przykazanie „nie zabijaj” nie obowiązuje.” Moja wątpliwość jest w tym cytacie, czy słowo „Umożliwił” nie lepiej by zastąpić słowem: „Uzasadnił”. Coś, co trwało przez 12 stuleci można uzasadnić, nie umożliwić.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Kris
      Kris 4 sierpnia, 2020, 18:15

      Bo świat jest pełen hipokryzji i wszystko można uzasadnić wszystkim. Dlatego uważam, że zdecydowanie bardziej etyczna jest prostytutka niż ksiądz, bo ona mówi wprost co i za ile chce dać i nie robi uzasadnienia tego ideami transcendentnymi.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy