Klawisze – chłopcy do bicia

Klawisze – chłopcy do bicia

Więziennictwo jest na końcu łańcucha pokarmowego, nikt, kto znajduje się przed nim, nie jest zainteresowany zmianami

Kajetan Dubiel – były dyrektor generalny służby więziennej

Wspólnicy podrzucają brzeszczot, więźniowie mają w celi ukryte długie liny, przepiłowują kraty, wymykają się, spuszczają po murze, tam czeka samochód i… znikają. Banał, zupełnie jak w kiepskim filmie kryminalnym.
– Niestety, tak to może wyglądać.
Na dodatek wydaje się, że nie są szczególnymi spryciarzami – po trzech dniach nakrywa ich policja. Ich ucieczka nie wystawia dobrego świadectwa służbie więziennej z zakładu karnego w Grudziądzu. A prasa spekuluje, że uciekinierzy musieli mieć wspólników wśród funkcjonariuszy. Błyskawicznie zostają odwołani dyrektor Okręgowej Służby Więziennej w Bydgoszczy i dyrektor Zakładu Karnego w Grudziądzu.
– Otóż właśnie! Odwołać dyrektorów – najlepsze rozwiązanie, rzuca się coś na żer opinii publicznej. Tylko co to rozwiązuje? Pamiętam z czasów mojej pracy kuriozalne sytuacje, takie jak w Białołęce – w więzieniu było 1,4 tys. więźniów, a po godz. 16 pilnowało ich 27 funkcjonariuszy. Wątpię, czy od tamtej pory dużo się zmieniło na lepsze, więzienia jak były przepełnione, tak są.
Do niedawna siedziało w nich niemal 80 tys. więźniów.
– Teraz trochę mniej, bo pozwalniano tzw. rowerzystów – tych, którzy trafili do więzienia za jazdę na dwóch kółkach po pijanemu. Nadal jednak mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźników osadzonych na 100 tys. mieszkańców. Już kilka lat temu Rada Europy stwierdziła, że polskie więziennictwo nie spełnia minimalnej normy 3,5 m kw. powierzchni mieszkalnej na więźnia. Dano nam półtora roku, żeby to poprawić. Gdy zostałem dyrektorem generalnym służby więziennej, powiedziałem ministrowi Kwiatkowskiemu: przecież nie zlikwiduję przeludnienia bez inwestycji, nakładów… Usłyszałem: tak, tak, ale to jest pańskie główne zadanie. Odszedłem ze służby i przeludnienie zlikwidowano, ale na papierze.
Bywały lata, że więziennictwo dostawało na inwestycje 300 mln zł rocznie. Gdy w 2009 r. zostałem dyrektorem – było to 70 mln zł, rok później 50 mln zł. W tym czasie Ministerstwo Sprawiedliwości miało budżet w wysokości 670 mln zł. Z jednej strony buduje się pałace sprawiedliwości, a z drugiej mamy więzienia w budynkach jeszcze sprzed I wojny światowej.
Paweł Moczydłowski, także były szef więziennictwa, twierdzi, że na ponad 150 więzień zaledwie trzy są zbudowane według współczesnych wymogów. Ucieczki z Grudziądza nie da się jednak usprawiedliwić przeludnieniem ani przestarzałą infrastrukturą.
– Przede wszystkim nikogo nie chcę usprawiedliwiać! Wskazuję natomiast, że na to wydarzenie trzeba patrzeć w szerszym kontekście. Wie pan, mam takie porównanie – więziennictwo jest na końcu łańcucha pokarmowego, nikt, kto znajduje się przed nim: kuratorzy, policja, prokuratura, sądownictwo, nie jest zainteresowany zmianami, bo im to pasuje. Łatwiej znaleźć chłopca do bicia i pokazać: to nie my jesteśmy winni, to więziennictwo.
Zacznijmy więc od policji.
– W Polsce jest dziewięć służb, które mają prawo prowadzić pracę operacyjną w więzieniach, m.in. policja, straż graniczna, CBA, kontrwywiad wojskowy. Na przykład policja wybiera więźnia, którego chce rozpracować, podrzuca mu telefon, on przez niego gada i jest podsłuchiwany. Podrzucane są też inne rzeczy, tylko służba więzienna nic o tym nie wie. Głośno się robi, dopiero gdy wybucha jakaś afera.
Co ma pan na myśli, mówiąc: jakaś afera?
– Z więzienia na warszawskim Mokotowie pewien mafioso wydawany jest policji na przesłuchanie. Przyjeżdża po niego karetka, a dowódca konwoju pokazuje kwit na jeszcze jednego więźnia. Nasz człowiek mówi: obaj są niebezpieczni, nie wolno ich wieźć razem. Słyszy: gówno cię to obchodzi, mam rozkaz, dawaj tego drugiego. Służba go przyprowadza, ten wsiada do karetki i co robi? Z mety wali w gębę tego pierwszego. Za pięć minut na pasku programu informacyjnego ogólnopolskiej stacji telewizyjnej jest wiadomość o zajściu w więzieniu na Mokotowie. A drugie dno jest takie, że tamten oberwał, aby zaczął lepiej współpracować z policją. Ponieważ całe wydarzenie miało miejsce na terenie więzienia, wszystkiemu winni są głupi klawisze, bo o niczym nie wiedzą. Rozumiem, że praca operacyjna rządzi się określonymi zasadami, jednak wpadki nie mogą iść na konto służby więziennej, w której każdy grzebie, jak mu się podoba. To źle działa na ludzi.
We wspomnianym przez pana łańcuchu pokarmowym znalazło się także sądownictwo.
– Podstawową sprawą jest filozofia karania. Mamy w Polsce 10 tys. więźniów z wyrokami do jednego roku, dwie trzecie siedzi z wyrokami do trzech lat – w krajach rozwiniętych stanowią oni 18-20%. U nas duża liczba więźniów w ogóle nie kwalifikuje się do odsiadki! To miał na myśli prof. Zbigniew Hołda, wielki autorytet w dziedzinie prawa karnego i więziennictwa, zakładając, że więźniów powinno być 40-45 tys., a nie ponad 79 tys. Niestety, wśród sędziów pokutuje przekonanie, że lepiej zamknąć człowieka na pół roku, niż dać mu karę w zawieszeniu. Jedną z najważniejszych funkcji kary jest jej stopniowanie. U nas dochodzi do takich absurdów, że do więzienia trafia za kradzież batonika niedorozwinięty umysłowo chłopak. Afera wybucha dopiero wtedy, gdy naczelnik płaci za niego kaucję, i raptem Polska się dowiaduje, z jakimi wypaczeniami mamy do czynienia w całym systemie orzekania i egzekwowania kary.
Nowoczesne systemy skupiają się na tym, aby człowiek wchodzący w konflikt z prawem po raz pierwszy nie trafił do więzienia. Funkcjonują rozbudowane programy, których celem jest resocjalizacja i prewencja kryminalna.
– Ich istotą jest kontrolowana wolność i sprawowanie pieczy nad sprawcą przestępstwa, który pozostaje pod dozorem kuratora lub policji. To fundamentalna zasada resocjalizacji: zanim wsadzi się człowieka do więzienia, daje mu się szansę poprawy. Również po wyjściu na wolność człowiek nie powinien trafiać w pustkę.
Na początku października, kilka godzin po opuszczeniu więzienia w Sztumie, pedofil recydywista zgwałcił dziewięciolatka. Mężczyzna właśnie skończył odsiadywać kilkuletni wyrok za pedofilię na oddziale dla więźniów stwarzających poważne zagrożenie społeczne. Porażka resocjalizacji?
– To pokazuje, że nie działa cały system, nie tylko resocjalizacji. Na to, co się wydarzyło, wpłynęło wiele przyczyn. Z więzienia wyszedł człowiek bezdomny, bez meldunku. W tym momencie powinien go przejąć kurator, a trzeba wiedzieć, że mamy ich w Polsce 7 tys. W całym cywilizowanym świecie kurator przychodzi do więzienia, żeby poznać gościa, który niebawem wyjdzie i będzie jego podopiecznym. U nas kuratorzy strasznie przed tym się bronią. W efekcie człowiek wychodzi z kwitkiem, na którym ma adres, gdzie się zgłosić. I to wszystko.
A jeśli się nie zgłosi?
– To po prostu się nie zgłosi. Druga sprawa: więzienie powiadamia policję, że więzień wychodzi, a on akurat nie ma meldunku. Informuje się więc policję, że ostatnim miejscem zamieszkania był Grudziądz. I gdzie ma pójść dzielnicowy, żeby zobaczyć, co się dzieje z tym człowiekiem? Trzecia kwestia dotyczy współpracy sądów z więziennictwem, co doskonale widać właśnie na przykładzie tego pedofila. Proszę sobie wyobrazić, że sąd dał mu zalecenie, aby skontaktował się z placówką leczniczą w… Krakowie!
To absurd!
– Zgadzam się. Następna rzecz: on jest alkoholikiem, odbywał karę na oddziale terapeutycznym. Wyszedł za mury, nie miał dokąd pójść, co więc zrobił jako pierwsze? Podejrzewam, że napił się wódki.
I, mówiąc potocznie, otworzyła mu się z tyłu głowy jakaś klapka – zrobił, to co zrobił.
– Badania potwierdzają, że 80% pedofilów w dzieciństwie padało ofiarą przemocy seksualnej – i to w najbliższym otoczeniu, w rodzinie. Inną przyczyną są także nawykowe zachowania ugruntowane przez poprawczaki lub więzienia. Patologiczne środowisko z dzieciństwa lub młodości w połączeniu z późniejszym alkoholizmem stymuluje więc takie zachowania. I tak od jednostkowego przypadku dochodzimy do spraw ogólnych, które powodują, że cały system nie działa. Podejmowane są doraźne działania, z których niewiele wynika.
A konkretnie?
– Wprawdzie w 2006 r. uchwalono zmiany w kodeksie, na mocy których więziennictwo miało uruchomić programy adresowane do więźniów z zaburzeniami preferencji seksualnych, a więc także do pedofilów, ale bez leczenia farmakologicznego. Natychmiast nam odebrano tę możliwość, bo Ministerstwo Zdrowia miało uruchomić system przejmowania tych ludzi. I co? Mijają dwa lata i zostaje powołana komisja, która po półtora roku kończy pracę stwierdzeniem: potrzeba 120 mln zł, aby uruchomić system przejmowania więźniów. Ale my, więziennictwo, nie dostaliśmy z tego ani złotówki, ani etatu.
Reformy na papierze.
– I to jest nieszczęście więziennictwa. Ministerstwo Sprawiedliwości wydaje wytyczne i ma w nosie, że w ślad za tym nie idą żadne siły ani środki. Dopiero gdy wybucha jakaś głośna sprawa – która pokazuje dramatyczne zaniedbania jak w przypadku Trynkiewicza – politycy zaczynają mówić o potrzebie gruntownych zmian i robi się medialny szum, np. wokół farmakologicznego kastrowania. W pośpiechu uchwala się tzw. ustawę o bestiach, której w ogóle nie trzeba było uchwalać. Wystarczyło, żeby obowiązujące prawo zaczęło działać. Rusza program, na który przeznacza się kupę pieniędzy, i cała propagandowa para idzie w gwizdek. A więzienia nadal będą przepełnione, resocjalizacja będzie pozorna.
Przykładem może być zakład karny w Białej Podlaskiej, który ma charakter półotwarty, trafiają do niego recydywiści, m.in. osoby uzależnione od alkoholu. Z myślą o nich utworzono oddział terapeutyczny. Więzienie dysponuje 395 miejscami, a na początku tego roku prawie drugie tyle, ponad 380 skazanych, czekało w kolejce na przyjęcie.
– Natomiast do opinii publicznej przebija się przekaz: z więzienia wyszedł pedofil i tego samego dnia zgwałcił chłopca, najpierw uderzając go kamieniem w głowę. I co pomyśli ten przeciętny Kowalski? Kto za to odpowiada? Więziennictwo!
Pytanie, które zadam, może się wydać prowokacyjne: być może ten pedofil powinien trafić nie do więzienia, ale do szpitala psychiatrycznego?
– Dobre pytanie… U nas na różne sytuacje kryzysowe mamy najprostsze rozwiązania: zwolnić dyrektorów lub powołać zespół, który ma problem załatwić. Byłem członkiem takiego zespołu w latach 2006-2007, zajmowaliśmy się wprowadzeniem systemu kontroli nad pedofilami. Co z tego, że został opracowany program, który wzorował się głównie na angielskich i amerykańskich rozwiązaniach, skoro potem zmieniła się władza i projekt przepadł w ministerialnych szufladach. W Ministerstwie Sprawiedliwości – po tym jak wyszły z niego prokuratura i sądy – praktycznie są jedynie więziennictwo i kuratorzy. Niestety, ministerstwo nie ma pomysłu na więziennictwo. Uważam, że optymalnym rozwiązaniem byłby urząd probacji i więziennictwa, tak jak w Anglii, Danii lub Szwecji – jedna czapa i dwie ręce, które pracują w tym samym obszarze, są samodzielne i nikt w nich nie grzebie – a zwłaszcza politycy.
Pozostaje więc czekać na kolejne „afery”.
– Nie zdziwiłyby mnie. Mamy do czynienia – jak ja to nazywam – z efektem trzciny, która przechyla się tak, jak wiatr zawieje. Prosty przykład: w 2010 r. wydano ponad 180 tys. przepustek, skorzystało z nich 60% osadzonych, a tzw. niepowroty stanowiły 0,22%. To był wówczas najlepszy wskaźnik w Europie. Wystarczyło, że zdarzyło się jakieś głośne niewrócenie z przepustki, i co na to ministerstwo? Ograniczyć przepustki! W efekcie w zeszłym roku wydano niecałe 76 tys. przepustek, z których skorzystało 30% więźniów. A przecież przepustka to jedna z podstawowych metod resocjalizacji. I tak odbijamy się od ściany do ściany, od afery do afery – z jakimś pedofilem, jakimś samobójstwem lub jakąś ucieczką, które rozgrzeją na kilka dni media.

 

Wydanie: 43/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy