Mao bronił Gomułki

Mao bronił Gomułki

Overview

Nieznane kulisy Października ‘56

Prof. Krzysztof Gawlikowski – badacz klasycznej i nowożytnej myśli chińskiej, dyrektor Centrum Cywilizacji Azji Wschodniej Uniwersytetu SWPS

W Październiku ‘56 i jeszcze parę lat później polska inteligencja ogromnie fascynowała się Chinami. Hasło Mao: „Niech rozkwita sto kwiatów i rozwija się sto szkół myślenia”, potraktowano jako program nowego, demokratycznego socjalizmu, obok jugosłowiańskich inspiracji „rad robotniczych”. Chyba nigdy przedtem ani potem nie mieliśmy tak bliskich stosunków z Chinami. A jak wyglądał nasz Październik z perspektywy chińskiej? Jak wyglądały wtedy Chiny?
– Wylądowałem w Chinach jesienią 1964 r. To był specyficzny okres po tragicznych eksperymentach Wielkiego Skoku, okres tzw. uregulowania. Mao w praktyce został odsunięty od władzy po plenum w Lushanie (1959 r.). Partią faktycznie kierował Deng Xiaoping, a funkcję głowy państwa przejął Liu Shaoqi, co także bardzo poszerzyło możliwości premiera Zhou Enlaia, kierującego rządem od proklamowania ChRL, starającego się prowadzić politykę pragmatyczną. Krótki epizod polityki „stu kwiatów” też był odległą przeszłością, bo wszystkie niemaoistowskie kwiatki zostały ścięte w „kampanii przeciwko prawicowcom”.

To był okres, kiedy przywrócono działki przyzagrodowe, wobec tego istniały ryneczki chłopskie, sam na takim obok naszej uczelni kupowałem pomidory, owoce. Był to wciąż biedny, wiejski kraj, niemal cały Pekin był parterowy, z nielicznymi samochodami i masami rowerów, a kraj był odizolowany od świata. Cudzoziemców w Pekinie było wtedy bardzo niewielu. Wszystkich studentów cudzoziemców może kilkuset. Z krajów demokracji ludowej na mojej uczelni byłem ja, Niemiec z NRD, troje Węgrów, czterech Rumunów, później dojechało kilkoro Rosjan.

A z Zachodu?
– Pojedyncze osoby. Dopiero w roku 1965, kiedy de Gaulle nawiązał stosunki z Pekinem, przyjechała grupa Francuzów. ChRL była w tym czasie bojkotowana, nieuznawana przez Amerykę i jej satelitów, gdyż Waszyngton i w związku z tym ONZ uznawały jako rząd ogólnochiński tylko władze narodowców na Tajwanie. A w samych Chinach był to okres pewnego luzu politycznego i względnego dostatku, nie było wielkich kampanii ideologicznych, politycznych. Rządzili – można rzec – maoiści pragmatycy. Mniej interesowali się ideologią, a bardziej pragmatyką, żeby jakoś wyprowadzić kraj na prostą po tych wszystkich eksperymentach i zaburzeniach.

Byłem jedynym Polakiem żyjącym na mieście

Do Pekinu pojechał pan na wymianę.
– Zajechałem tam jako człowiek dobrze znany ambasadzie ChRL w Warszawie, student sinologii, pomagający w Polsce wielu studentom chińskim itd. A w Chinach dokumentację dotyczącą studentów cudzoziemców prowadzono bardzo skrupulatnie. Byłem ostrożny. Dwa lata wcześniej na Uniwersytecie Pekińskim w ramach wymiany był asystent z Uniwersytetu Warszawskiego. Rzekomo popełnił samobójstwo, zadając sobie siedem ran, nożem, w plecy. Komisja powołana przez obie strony – naszą ambasadę i stronę chińską – zgodnie uznała jednak, że to było samobójstwo. W tej sprawie przeprowadziłem na własną rękę śledztwo. I cóż… Gdziekolwiek napotkałem jakiegoś jego znajomego, to uciekałem jak najdalej. Jego znajomi Chińczycy byli zatrudnieni albo w jakimś reaktorze atomowym, albo w technicznej obsłudze radiostacji… Z sinologią nie mieli nic wspólnego.

pazdziernik_adwords

Łatwo było panu takie śledztwo prowadzić?
– W Pekinie przebywałem do końca sierpnia 1966 r., czyli do wybuchu rewolucji kulturalnej. Byłem jedynym Polakiem żyjącym na mieście (wszyscy inni żyli w ambasadzie), który oglądał początki rewolucji kulturalnej. Moje kontakty z naszą ambasadą pozostawały dosyć luźne. Poza niektórymi prywatnymi znajomościami, z tłumaczami Bogusławem Zakrzewskim i Ksawerym Burskim. Obydwaj zatyrani jako znający język chiński. Ambasada liczyła wprawdzie kilkadziesiąt osób, ale w większości nieznających języków. Najróżniejsze pociotki jakichś dygnitarzy, nieraz zwyczajne głupki, siedziały tam za niezłe pieniądze.

Praktycznie nie wychodząc na miasto.
– Niedaleko ambasady był sklep dla cudzoziemców, dla dyplomatów, tam robili zakupy. Chińczycy parę razy sprawdzali, czy biegam z donosami do ambasady, czy nie. A ponieważ stwierdzili, że nie biegam, w końcu dali mi korzystny status indywidualny, równy studentom z Wietnamu Południowego. Ze wszystkich cudzoziemców oni byli wtedy najbardziej uprzywilejowani przez Chińczyków.

Mój przyjaciel sekretarz

Studiował pan także na Uniwersytecie Pekińskim?
– To później. W drugim roku. Na pierwszym uczęszczałem do Pekińskiego Instytutu Języków Obcych. To była szkoła elitarna, najprawdopodobniej kontrolowana, utrzymywana i zarządzana przez chiński wywiad. Cudzoziemców było tam około stu. Plus kilkuset Chińczyków, którzy uczyli się języków obcych, zachodnich. Nie spotkałem tam nikogo, kto by się uczył np. arabskiego czy rosyjskiego. Przy czym oni byli już po normalnych studiach językowych. Doskonalili praktyczne posługiwanie się językami i oswajali z cudzoziemcami, wtedy w Chinach niemal istotami z Marsa. Sekretarzem partii w tej szkole był starszy pan, dawny oficer w armii wyzwoleńczej, a wcześniej dowódca partyzancki i uczeń Mao z Yan’anu, z tamtejszej akademii wojskowo-politycznej. A w okresie naszego Października był szefem wywiadu w ambasadzie chińskiej w Warszawie. Przeszedł już na emeryturę w służbach i w ramach tej emerytury został sekretarzem partii w naszej szkole.

I jego podpytywał pan o Październik?
– Interesując się Chinami, wiedziałem to, co wtedy było wiadome elitom politycznym w Polsce. Że to dzięki poparciu Chin dla „narodowego kursu” Gomułki i naszego wielkiego przełomu destalinizacji oraz pewnego uniezależnienia od Moskwy udało się uniknąć interwencji sowieckiej w Polsce i losu Budapesztu, a czołgi radzieckie jechały już na Warszawę. Dlatego sam Gomułka i premier Cyrankiewicz odczuwali wciąż pewną wdzięczność dla Chin i nadal odnosili się do nich dość życzliwie, a w rezultacie Polska nie włączała się w radzieckie kampanie antychińskie jak inne kraje satelickie. Ponieważ ten chiński sekretarz partii znał trochę polski, słabo mówił, ale bardzo dużo rozumiał, zaprzyjaźniliśmy się i dosyć często spotykaliśmy. Informował mnie o najróżniejszych chińskich sprawach. I o historii niedawnej, którą sam przeżywał, i o tym, co się dzieje aktualnie w chińskiej polityce, o kontrowersjach w kierownictwie, o tym, że zaczyna się wielka ruchawka, o nadchodzącej rewolucji kulturalnej, której skali oczywiście nie przewidywał. Byłem jednym z nielicznych cudzoziemców, którzy orientowali się, o jak wielką stawkę toczy się gra, jak fundamentalne są rozbieżności w kierownictwie kraju. Wraz z grupą studentów cudzoziemskich zostałem przyjęty przez Peng Zhena, wówczas mera Pekinu, a jak wiedziałem od mojego sekretarza – następcę Mao. Przy pewnej okazji dyplomatycznej zostałem przedstawiony marsz. Zhu De. Miałem na co dzień informacje od człowieka z pekińskiej elity! A on, wiedząc, że z tego, co mi mówi, niczego nie doniosę do ambasady, chętnie się spotykał. „Zarabiamy tutaj tyle, że trudno nam wydać te pieniądze – objaśniał. – Ubierać się nie możemy, żadnego luksusu pokazywać nie możemy. To sobie chociaż poużywamy z jedzeniem!”. A ze mną mógł sobie swobodnie porozmawiać.

Ochab musiał uwolnić się od Judina

I używaliście.
– Największy mój posiłek u niego zaczął się o godz. 10 rano, a skończył o 9 wieczór. Wróciłem jak balon, z trudem wszedłem po schodach do siebie do pokoju. On mi opowiadał i o mechanizmach polityki, i o niektórych osobach w Chinach, o funkcjonowaniu ambasady w Warszawie, mechanizmach wysyłania wiadomości do Pekinu, a przede wszystkim o Październiku, który przeżył w Polsce. Później miałem bazę wiedzy do dopytywania innych Chińczyków. Zgodnie z tymi informacjami rola Chin była o wiele większa, niż u nas się sądzi! Przed Październikiem w oczach Chińczyków Polska niczym się nie wyróżniała ani nie budziła szczególnego zainteresowania. Była jednym z krajów demokracji ludowej, sąsiadem ZSRR. Do września 1956 r.

Do VIII Zjazdu KPCh.
– Do pierwszej sesji VIII Zjazdu, bo później była druga, w 1958 r., która rozpoczęła Wielki Skok. Na zjazd przybyła delegacja partyjna z Polski, z ówczesnym I sekretarzem Edwardem Ochabem na czele. Na wszystkie ważniejsze spotkania delegacji polskiej z Chińczykami przychodził ambasador radziecki Paweł Judin. W delegacji był też Franciszek „Witold” Jóźwiak, były organizator milicji, wiceminister bezpieczeństwa, a wtedy wicepremier i członek Biura Politycznego, wówczas jeden z najbardziej zaufanych ludzi Moskwy w kierownictwie PZPR. Przy wszystkich spotkaniach Ochaba byli więc ambasador radziecki i Jóźwiak. Nie było zatem możliwości rozmowy o polskich relacjach z Moskwą. Gdy ten pobyt się kończył, ostatniego dnia delegacja polska się podzieliła. Cała delegacja, z Jóźwiakiem na czele, pojechała do Szanghaju i Chin Południowych. A Ochab miał odlecieć do Warszawy. Oficjalnie skrócił pobyt w związku z przygotowaniami do plenum. Rano miał samolot. Przyjechał na lotnisko, żeby odlecieć do Moskwy, gdzie miał zaplanowaną przesiadkę.

Wreszcie był sam.
– Odprowadzał go marsz. Zhu De, który był wtedy w Chinach drugą osobą po Mao Zedongu. Mao był przywódcą politycznym, Zhu De wodzem wojskowym, który wygrał wojnę domową, a w chińskim Biurze Politycznym zajmował się „krajami socjalistycznymi”. Premier Zhou Enlai, choć ważny, bo kierował państwem, był trzeci. I Ochab, już na lotnisku, zażyczył sobie poważnej rozmowy politycznej z marsz. Zhu De. Po raz pierwszy, będąc tam przez parę dni, miał okazję do rozmowy w cztery oczy, tylko z chińskim tłumaczem. Chińczycy ogłosili więc, że samolot ma usterkę techniczną i nie może wylecieć. Opóźnienie odlotu wyniosło mniej więcej sześć godzin. Te sześć godzin Ochab i Zhu De spędzili na rozmowach.

Sami?
– Dokładnie nie umiem powiedzieć, kto jeszcze na lotnisko przyjechał, dzisiaj już nie pamiętam szczegółów, ale wiem, że jeszcze jacyś wysocy dostojnicy dojeżdżali tam na prośbę Zhu De. No i można było się domyślać, że jacyś gońcy z karteczkami jeździli do Mao. Otóż wedle opowieści mojego sekretarza Ochab w Pekinie, na lotnisku, uzgadniał z Chińczykami powierzenie Gomułce bardzo eksponowanego stanowiska, może przywództwa PZPR. Jak pan wie, Ochab był starym komunistą. A jedną z takich absolutnie na sztywno wbitych do ich głowy zasad była dyscyplina. To, że na każdą rzecz, którą się robi, trzeba mieć pozwolenie kierownictwa. Bez niego nic nie można było zrobić! Żadnych samowolek, więc Ochab, jako stary komunista, choć był szefem partii w Polsce, był przyzwyczajony, że wszystko musi uzgadniać „wyżej”!

Ale z kim, skoro on był najwyżej?
– Oczywiście z Kremlem! Proszę pamiętać, że KPP była oddziałem Kominternu. I miała działać zgodnie z wytycznymi Kominternu. Tak że oni, starzy komuniści, byli przyzwyczajeni do uzgadniania wszystkiego z Kremlem. A ponieważ to było już po śmierci Stalina, był tam Chruszczow i wszystko się posypało wraz z krytykami Stalina.

Chruszczow nie miał jeszcze silnej pozycji…
– A w tym czasie Chińczycy zaczęli lansować koncepcję, że największym i najstarszym rewolucjonistą jest Mao. I po Stalinie funkcję przywódczą w całym obozie socjalistycznym i ruchu komunistycznym powinien sprawować Mao. W Polsce natomiast, w PZPR i wśród inteligencji, narastało zmęczenie dominacją moskiewską na każdym kroku, rządami ludzi Kremla, a potępianiem wszystkiego, co nasze, polskie. Zmęczenie tą propagandą, której nie dawało się czytać. Zwłaszcza wśród Polaków, którzy nie przeszli szkoły chederowej, nie mieli za sobą tej specyficznej tradycji intelektualnej dogmatycznego studiowania Księgi. Bo ci starzy komuniści, przeważnie żydowskiego pochodzenia, z takim samym podejściem studiowali księgi komunistyczne i trzymali się dogmatów marksistowskich, powtarzając ustalone formułki. Jak pan tę samą formułkę ma powtarzać 200 razy, 1000 razy, to „zaczyna nosić”. Chciałoby się zmienić chociaż jedno słowo. A nie można! Bo naruszy to dogmat!

Ochab wyjeżdżał do Chin, gdy w partii i w kraju wrzało, Gomułka i inni już zostali wypuszczeni z więzień, oczekiwano fundamentalnych zmian, przede wszystkim uwolnienia spod buta Moskwy. Gomułce pamiętano obietnicę, że w Polsce nie będzie na wsi kołchozów, i oskarżenia ze strony Bieruta o „narodowe odchylenie”, co jeszcze umacniało jego legendę patrioty.
– I właśnie w Pekinie Ochab postanowił o tych planowanych zmianach „narodowych” porozmawiać z Chińczykami, uzyskać ich akceptację. Chociaż i do Chin leciał przez Moskwę, i z Pekinu wracał przez Moskwę, nikomu tam nie powiedział o planowanych zmianach. Ponieważ uzgodnił to w Pekinie. Otrzymał akceptację bardziej samodzielnej linii, no i obietnicę wsparcia. Pamięta pan z dokumentów Października te awantury, te wrzaski Chruszczowa, że przecież nie uzgodniliście tego z nami!? To był kluczowy element! Jak możecie cokolwiek robić, nie uzgodniwszy z Kremlem? No, Ochab uzgodnił w Pekinie. Tylko nie powiedział tego Chruszczowowi. Gomułce zapewne powiedział, chociaż nie wiem, w jakim momencie. Bo relacje Gomułki z Chińczykami były szczególne, nie całkiem zrozumiałe dla innych osób z kierownictwa. W każdym razie jego sekretarz Namiotkiewicz, z którym rozmawiałem później jako emerytem politycznym i który interesował się Chinami, o tych uzgodnieniach pekińskich zupełnie nie wiedział.

Za tydzień druga część rozmowy z prof. Gawlikowskim, poświęcona interwencji Chin w obronie Października. A w niej m.in. o:
• gorącej linii między ambasadą ChRL w Warszawie a Pekinem,
• negocjacjach rosyjsko-chińskich w sprawie Polski i Węgier,
• koncepcjach Stalina podziału Chin na pięć części i stosunkach ZSRR-ChRL.

Wydanie: 43/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy