Kogo Giertych traci w terenie

Kogo Giertych traci w terenie

Coraz więcej śląskich działaczy LPR uważa, że Giertychowi po zdobyciu stołka już na nich nie zależy. Dlatego odchodzą Pod koniec sierpnia czterech z pięciu radnych Sejmiku Śląskiego z ramienia Ligi Polskich Rodzin odeszło z partii. Zajmowali wysokie stanowiska w Okręgu Województwa Śląskiego LPR. – Do tej decyzji dojrzewaliśmy kilka miesięcy. LPR i jej lider zmierzają w nieznanym dla nas kierunku. To, co przyciągnęło nas w szeregi tej partii, funkcjonuje teraz wyłącznie na papierze. Okazuje się, że dla działaczy wysoko postawionych w strukturach LPR jedynym celem było zdobycie władzy, odpowiednich posad. Reszta, a szczególnie ludzie w terenie, którzy pracowali na ich sukces, nie liczy się – podsumowuje odejście z partii Stanisław Zapała, były wiceprzewodniczący okręgu. Wszechpolacy na listach Stanisław Zapała, Jan Borzynowski, Eugeniusz Mikołajczak i Bernard Szweda od lat działali w nurcie chrześcijańsko-narodowo-patriotycznym. Zapała przed stanem wojennym był szefem „Solidarności” na jednym z wydziałów w Hucie Katowice. Został wyrzucony z pracy. Potem zwrócił się ku organizacjom katolickim. Był związany z Instytutem Edukacji Narodowej, powstałym z inspiracji tzw. lubelskiej szkoły filozoficznej, związanej z kolei z KUL. Gdy w 2001 r. powstała Liga Polskich Rodzin, środowisko skupione wokół Zapały pomagało zbierać podpisy kandydatom partii startującym w wyborach samorządowych. – Osoba rejestrująca wówczas listę wyborczą LPR popełniła kardynalny błąd. Zgłosiła listę zawierającą mniej kandydatów, niż wymagano. Z tego powodu jako jedyna ta lista nie została zarejestrowana – przypomina Zapała. – To mnie nie zniechęciło. Uznałem, że partia ma ciekawy, bardzo mi bliski program, i postanowiłem się z nią związać. W ciągu roku wraz z kolegami zwiększyli liczebność partii na Śląsku do 500 osób. Ponieważ byli znani w swoich środowiskach, ludzie szli za nimi do LPR i działali bardzo aktywnie. Dziś działacze LPR czują się wykorzystani przez liderów do czarnej pracy podczas wyborów. – Ciężko i bezinteresownie pracowaliśmy, aby wylansować kandydatów na posłów, a zostaliśmy oszukani – mówi z goryczą Stanisław Zapała. – Na listy weszli nie liderzy kół terenowych, ale młodzi ludzie preferowani przez Giertycha, zazwyczaj związani z Młodzieżą Wszechpolską. Góra LPR, wylansowani przez nas posłowie, zupełnie zapomnieli o terenie. Do tego wypowiedzi lidera na niektóre tematy, np. o Romanie Dmowskim, są nie do przyjęcia. Dlatego postanowiliśmy odejść – podsumowuje Stanisław Zapała. Pucz na zebraniu O niekonwencjonalności metod działania Ligi przekonała się boleśnie Barbara Dziuk, niezwykle zaangażowana w sprawy społeczne działaczka z Tarnowskich Gór. Od wielu lat udzielała się w różnych ruchach chrześcijańskich. Jest znana w mieście z organizowania wielu imprez charytatywnych i dla dzieci. Zawsze była niezależna, aż do czasu, gdy zaczęto ją namawiać na związanie się z LPR. Jako matka czwórki dzieci najbardziej zainteresowała się programem prorodzinnym partii. Złożyła deklarację, a potem została prezesem koła terenowego obejmującego Tarnowskie Góry i Bytom. Liczyło ono wówczas ok. 30 osób. Dzięki swemu zaangażowaniu zdobyła 40 potencjalnych nowych członków. Skończyło się na potencjale. – Procedura przyjmowania do partii jest kilkuetapowa. Najpierw składa się deklaracje w kole, następnie jest kilkutygodniowy okres przyglądania się kandydatowi na członka, potem deklarację opiniuje szef okręgu, a następnie trafia ona do rąk lidera partii, który przyjmuje oficjalnie nową osobę. Zainteresowani wstąpieniem do LPR w Tarnowskich Górach czekali na decyzję lidera trzy miesiące i nie doczekali się. Nie zostali formalnie przyjęci i to było pierwszym ciosem dla Barbary Dziuk. Kolejny przybrał formę lokalnego puczu. Na zebraniu koła przed wyborami parlamentarnymi pojawił się lokalny działacz z grupą osób, twierdząc, że są to nowi członkowie LPR. Nowo przybyli pozbawili Barbarę Dziuk funkcji prezesa koła. – Złamano wtedy kilka podstawowych punktów statutu. Lista nowych członków powinna być potwierdzona przez Zarząd Główny LPR. Obserwator, który przybył rzekomo z ramienia partii na te wybory, nie miał żadnej legitymacji ani upoważnienia. Opisałam całą sytuację i wysłałam protest na ręce pana Giertycha. Przez dwa miesiące nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, w końcu wystąpiłam z partii. Została mi tylko ta legitymacja – Barbara Dziuk pokazuje mi legitymację członkowską LPR. Teraz pani Barbara będzie kandydować w wyborach samorządowych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2006, 38/2006

Kategorie: Kraj